fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Znaki naszej państwowości

Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Czy wydarzenia będące symbolami naszej przynależności obywatelskiej i narodowej trzeba sprowadzać jedynie do łez i nieszczęść? Wszak mamy wiele okazji do radości i dumy – pisze publicysta
Przed niejakim czasem prasa przyniosła dosyć szczególną wiadomość. Roman Giertych wygrał proces sądowy przeciwko stacji TVN, która fałszywie poinformowała, że nie wywiesił 2 – 3 maja polskiej flagi na swoim domu. Okazało się, że chodzi o inny dom niż ten, w którym mieszka były wicepremier. Może dziwić drażliwość polityka, ale ten drobny incydent świadczy o tym, jak istotną wagę przywiązuje się (przynajmniej w niektórych środowiskach) do symboli narodowych i do należnego im poszanowania.
[srodtytul]Tylko pod białą flagą[/srodtytul]
Zjawisko to jest nader często spotykane w wielu społeczeństwach współczesnych i może nawet bardziej ugruntowane niż w Polsce. Dosyć wspomnieć powszechną obecność stars and stripes w kulturze masowej i obyczaju politycznym Amerykanów czy też trójkolorowego sztandaru w praktyce codziennej Francuzów. Ich przywiązanie do barw ustanowionych przez rewolucję i przeciwstawianych monarchicznej bieli i złotym liliom było jedną z przyczyn, dla których po upadku II Cesarstwa Francja odrodziła się jako republika. Henryk hrabia Chambord, wnuk Karola X, miał szansę zdobyć tron królewski, ale postawił warunek: uczyni to jedynie pod białą flagą. Francuzi się nie zgodzili, pozostali wierni symbolom republikańskim.
Barwy, godło i hymn narodowy, obok stolicy, paszportów, granic i stojących na nich słupów, mundurów, odznaczeń i orderów, świąt narodowych i organizowanych z tej okazji parad, to powszechne dziś w świecie oznaki niepodległej państwowości. Istnienie tych symboli i świadomie tworzony lub spontanicznie kształtujący się wokół niech kult są czynnikami spójni obywatelskiej.
W państwach wielonarodowych albo wieloplemiennych ma on przekraczać granice etniczne. Kult ten, przybierając nieraz niemal sakralną postać, oddziałuje na intelektualną i emocjonalną, a nawet irracjonalną stronę ludzkiej osobowości. Tak też ma funkcjonować i taki cel osiągnąć ustanowienie wspólnych (flaga, hymn) symboli dla powiązanych wzajemnie państw i narodów tworzących Unię Europejską.
[srodtytul]Od cara do Cyrankiewicza[/srodtytul]
Nie jest już takim symbolem, przynajmniej w Polsce dnia dzisiejszego, eksponowany publicznie wizerunek najwyższych dostojników państwa. W czasach rozbiorowych w pomieszczeniach urzędowych, a także w klasach szkolnych musiał wisieć na ścianie portret cesarza: w Kongresówce i na Kresach Wschodnich – rosyjskiego, w Galicji – austriackiego, w Wielkopolsce i na Pomorzu – niemieckiego.
Władze zaborcze miały – płonną, jak się okazało – nadzieję, że wokół nich skupi się trwała i powszechna lojalność polskich mieszkańców każdego z trzech zaborów. Ale sam fakt pojawiania się wizerunku obcego monarchy w takich miejscach jak szkoła wywoływał nieprzyjazne dla nich emocje. Doświadczył tego car Mikołaj II, którego portret był niszczony przez rozeźlonych uczniów w czasie strajku szkolnego w latach 1905 – 1906.
Po odzyskaniu niepodległości usankcjonowany prawem zwyczaj umieszczania na ścianach urzędów i szkół, obok godła państwowego, również portretu aktualnego prezydenta stał się powszechny i nie budził zastrzeżeń. Odrodzone państwo polskie potrzebowało, oprócz zwykłych symboli państwowości, także spersonifikowanego jej obrazu, której prezydent był konstytucyjnym strażnikiem. Mogło to mieć duże znaczenie dla ludzi przyzwyczajonych do myśli, iż państwo istnieje głównie dzięki temu, że jest podtrzymywane przez swoich najwyższych funkcjonariuszy.
Poza prezydentem na wielu ścianach pojawiły się z czasem kolejne portrety – marszałka Józefa Piłsudskiego; po jego śmierci generała, a potem marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Kult otaczający Józefa Piłsudskiego, zwłaszcza po 1926 r., przybrał też inne formy. Uroczyście obchodzone były imieniny Marszałka, uczniowie nakłaniani byli do pisania listów gratulacyjnych z tej okazji, życzenia składały mu liczne korporacje zawodowe i środowiska, kraj przybierał świąteczne szaty.
Na tę samą drogę zaczęto wstępować, gdy miejsce Józefa Piłsudskiego zajął Edward Rydz-Śmigły. Słynny stał się okólnik Ignacego Mościckiego, w którym wzywał on obywateli, by uważali Rydza za drugą osobę w państwie po prezydencie i oddawali mu należne uszanowanie.
Portrety dostojników państwowych i partyjnych pojawiły się też na ścianach oficjalnych pomieszczeń od 1944 r. Na widok publiczny wystawiane były przede wszystkim wizerunki przewodniczącego PKWN, następnie prezydenta RP, a wreszcie przewodniczącego Rady Państwa PRL – Bolesława Bieruta. Podobnie było z portretami gen. Karola Świerczewskiego, a następnie marszałka Konstantego Rokossowskiego.
[wyimek]Wizerunki najwyższych dostojników państwa nie są dziś jego symbolem. To dobrze. W warunkach ostrej krytyki społecznej wobec polityków nie byłby to dobry element edukacji obywatelskiej[/wyimek]
Gdy chodziłem do szkoły podstawowej i średniej w latach 50. i na początku 60., musiałem oglądać konterfekt pierwszego sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki oraz premiera Józefa Cyrankiewicza. Na urzędowych murach pojawił się też krótkotrwały przewodniczący Rady Państwa – marszałek Marian Spychalski.
Nawiązanie do obyczajów międzywojennych było tu, myślę, świadome. Chodziło o podkreślenie, że Polska Ludowa jest takim samym państwem jak II Rzeczpospolita, a prezydent Bolesław Bierut takim samym prezydentem jak Stanisław Wojciechowski czy Gabriel Narutowicz. Drugim prawdopodobnym celem, jakim się w tym względzie kierowano, było oswojenie obywateli z nowym ustrojem, którego dostojnicy partyjni i państwowi byli głównymi postaciami.
[srodtytul]Zmiana etosu[/srodtytul]
Obyczaj dekorowania urzędowych ścian tego rodzaju portretami znikł wraz z dojściem do władzy Edwarda Gierka. Miało to podkreślać, iż ludzie władzy zachowają skromność, porzucą ceremonialną pompę i położą kres dążeniu do ustanawiania tak lub owak pomyślanego kultu jednostki. Jak dalece udało się te zamiary zrealizować, to inna kwestia. Pozostaje jednak faktem, że aż do końca PRL do korzystania z takiej formy propaństwowej, a zarazem proustrojowej agitacji nie powrócono.
Po nadejściu III Rzeczypospolitej nie sięgnięto do praktyki wyposażania urzędowych pomieszczeń w wizerunki naszych państwowych luminarzy. Nie doczekał się takiego uhonorowania żaden z prezydentów. Postępowanie to uważam za słuszne. Nie jestem bowiem pewien, czy wobec ostrej, niekiedy przesadnie ostrej, krytyki społecznej, jaka spotyka naszych polityków, w tym kolejne głowy państwa, wypada posługiwać się w edukacji obywatelskiej ich wizerunkami.
Ponadto trzeba wziąć pod uwagę zmianę etosu społecznego Polaków. Jest on dziś bardziej związany z państwem jako przestrzenią instytucjonalną niż z jakimikolwiek postaciami, które tę przestrzeń zaludniają. Nastąpiła przy tym wyraźna demokratyzacja myślenia o państwie i niechęć do jego personalizacji. Ludzie władzy się liczą, ale to nie oni tworzą Rzeczpospolitą; tworzy ją ogół obywateli, a ich zbiorowego wizerunku nie pomieściłaby żadna ściana.
III Rzeczpospolita korzysta jednak w sferze symbolicznej z bogatego dorobku swojej międzywojennej poprzedniczki. Świadczy o tym nie tylko ponowne ukoronowanie naszego orła, powrót do tradycyjnej nazwy państwa, przywrócenie orderu Orła Białego i porzuconych na lata świąt narodowych, w tym 11 Listopada. Ma także miejsce odrodzenie się kultu dawnych bohaterów – z Legionów, ze Lwowa, spod Radzymina.
Podobne zabarwienie w myśleniu o państwie i narodzie przynosi czczenie ofiar Katynia, powstania warszawskiego, wojny obronnej 1939 r., Auschwitz, warszawskiego getta, powojennych represji skierowanych przeciw AK-owskiemu podziemiu. I oparta na nim oficjalna polityka historyczna.
[srodtytul]Cierpienie łączy[/srodtytul]
Pamięć o tych wydarzeniach i szacunek dla ich uczestników są ważnymi elementami nowo kształtowanego lub przywracanego do życia etosu patriotycznego. Muszę się jednak zgodzić z tymi, którzy uważają, że jest w nim nieproporcjonalnie wiele kultu klęski i męczeństwa w stosunku do pochwały narodowych sukcesów i zwycięstw. Ale – jak zauważył przed 130 laty Ernest Renan – “Tak, wspólne cierpienie łączy bardziej niż radość. W istocie pamięć narodowa o cierpieniach ma o wiele większe znaczenie niż zwycięstwa, bo cierpienia wiążą się z obowiązkami, one sterują wszystkimi masowymi ruchami” (w książce “Co to jest naród?”).
Filozof francuski epoki pozytywizmu odnosił to do swych rodaków i ich doświadczeń związanych z niedawno przegraną wojną z Prusami. W o ile większym stopniu uwaga ta dotyczyć może Polaków!
Czy jednak musimy się w całości poddać takiemu sposobowi myślenia? Czy wydarzenia przeszłości współkształtujące naszą państwowość i będące symbolicznymi znakami naszej przynależności obywatelskiej i narodowej trzeba sprowadzać jedynie do łez i nieszczęść, gdy dostatecznie wiele mamy okazji do radości i dumy?
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą tematyki konstytucyjnej, stałym współpracownikiem “Rzeczpospolitej”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA