fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Delikatesy na nowojorskim chodniku

Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Moja argentyńska ciotka była na granicy ataku apopleksji, kiedy widziała, że wychodząc z domu brałam do torebki jabłko „na potem”. Syczała: Jak to będziesz je tak sobie jadła na ulicy!?
Jej zdaniem jedzenie poza domem lub restauracją to szczyt złego smaku i dowód kompletnego braku wychowania.
Dzisiaj wystawiona byłaby na jeszcze cięższą próbę, gdyby zobaczyła najelegantsze ulice Manhattanu, gdzie znacznie szykowniejsi ludzie, niż jej polska siostrzenica w Buenos Aires, ustawiają się w gigantycznych kolejkach do kolorowych wózków z jedzeniem, a potem opychają się na stojąco albo przysiadając na murku czy parkowej ławce, wszystkim, od wyszukanych hot dogów przez tacos po homara z Maine.
Zagłębie ulicznych jadłodajni, to V Aleja. Przy przecznicach od 50. w górę dominują wózki z potrawami koszernymi. Początek przygotowań niekoniecznie apetyczny. Poprzerastane tłuszczem, podzielone żyłkami ochłapki mięsa kucharz kroi tasakiem. Ciach, ciach, ciach i rozrzuca po grillu. Kolejka cierpliwych głodnych wystrojonych w burberry rośnie. Ciach, ciach, ciach. Na mięsem unosi się zupełnie niezły zapach. Przyprawy ze słoika, pokrojone bułki-pity, posiekana sałata. Niebo w gębie. Ogromna porcja 9,95 dolara.
Z daleka czuję zapach barbecue. Na gorących węglach szaszłyki z drobiu, słodkie kartofle, pokrojona w paski wołowina, kulki z mielonego rybiego mięsa. Panoszy się gigantyczny barani kebab doprawiony kuminem, czerwonym piekielnie ostrym chili, odrobiną świeżego imbiru. Wszystko przyrządzone nie według arabskiej receptury, ale z chińskiej prowincji Xinjiang. Porcja kosztuje dolara.
Z odległości kilkudziesięciu metrów jestem w stanie wyczuć w El Peluche cziczarones, wielkie skwarki tak kruche, że rozpływają się w ustach. Albo dominikańskie czimiczurri – upieczonego na grillu hamburgera z grubo siekanej wołowiny, podawanego z sałatką z kapusty, cebuli i sosem keczupowo-majonezowym w mięciutkiej bułce, której nikt nie każe jeść do końca, ale w czymś trzeba to podać. Pół przecznicy dalej parówki w Hello Berlin na rogu 54 i V Alei. To odważne wejście na bardzo konkurencyjny rynek, ale młodych Niemców uratował pomysł. Zwykła parówka nazywa się tutaj Mercedes, z dodatkiem curry zaś – Porsche. Volkswagen to najtańsza niemal bezmięsna wersja.
Ukoronowanie ulicznej uczty to homar z Red Hook Lobster Pound. Złowiony kilka godzin wcześniej po upieczeniu na grillu podawany jest z kawałkiem kukurydzy, sałatką kartoflaną i domowym majonezem. Może być jeszcze w bułce lub w gigantycznym kartoflu, które pełnią rolę talerza. Red Hook Lobster funkcjonuje tylko w weekendy od września do zamarznięcia łowisk w Maine, a potem od kwietnia do maja.
Deser jest jeden. Lody z Big Gay Ice Cream Truck. Złoty medal daję waniliowym z polewką z wasabi albo czekoladowym z solą morską i oliwą z oliwek. Kiedy w Nowym Jorku jestem głodna, zawsze idę na spacer V Aleją. Po przejściu kilkunastu przecznic wiem, że nie tylko jestem strasznie głodna, ale na co strasznie głodna. Zawsze żal mi wtedy jedzących śniadanie w Starbucksie, gdzie muszą za nie zapłacić prawie 50 dolarów. Myślę, że gdyby w Nowym Jorku była moja ciotka z Buenos, niestety, poszłaby właśnie tam. W Starbucksie siedzi zawsze dużo ciotek.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA