fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czekiści piszą historię

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Na nasze szczęście wersja historii stworzona przez kremlowskich propagandystów jest dla Zachodu nie do przyjęcia – twierdzi publicysta „Rz”
Istotę przełomowej zmiany w rosyjskiej „polityce historycznej”, dokonanej po objęciu prezydentury przez Władimira Putina, najkrócej ujął pisarz Wiktor Jerofiejew: „za Jelcyna Lenin był dobry, a Stalin zły. Za Putina Lenin jest zły, a Stalin dobry”.
To logiczne. Borys Jelcyn oparł swój wizerunek na haśle budowania Rosji demokratycznej i szanującej prawa człowieka. Było to dobrze odbierane na Zachodzie. Lenin też jest, generalnie, dobrze na Zachodzie widziany jako idealistyczny bojownik o lepsze jutro ludzkości, którego szlachetne idee przez następcę zostały wypaczone.
Putin uznał jednak, że bardziej, niż epatować świat entuzjazmem dla demokracji, opłaca się epatować Rosjan ideą wielkiego narodu, przywracaniem ojczyźnie potęgi i należnej pozycji w świecie. W centrum rosyjskiej tożsamości ustawił więc zwycięstwo w „wielkiej ojczyźnianej”, a Stalina zaczął przedstawiać jako władcę, który, owszem, był okrutny i nie cofał się przed zbrodniami (jak to car), ale dał Rosji wielkość, uczynił ją potęgą, której cały świat się bał.
[srodtytul]Urokliwa bajka Chruszczowa[/srodtytul]
Takie przewartościowanie ocen pierwszych sowieckich przywódców kompletnie rozbiło tradycyjną – sowiecką jeszcze – narrację historyczną, zwłaszcza w części dotyczącej II wojny światowej. Narrację mocno propagowaną od czasów Nikity Chruszczowa aż do połowy lat 90., oczywiście kompletnie sprzeczną z historyczną prawdą, ale logicznie spójną i – trzeba przyznać – fabularnie urokliwą.
Rzecz w tym, że jedną z zasadniczych tez owej upowszechnionej wieloletnimi staraniami propagandy Kremla i jego zachodnich „pożytecznych idiotów” narracji stanowiło, że Stalin, kreujący się na wielkiego geniusza i wodza ludzkości, w istocie był tchórzem.
Jako tchórz panicznie się bał Hitlera i za wszelką cenę chciał uniknąć wojny z nim, jako idiota zaś sądził, że uda mu się to, kiedy podpisze z Führerem jakiś świstek, odda mu swe surowce strategiczne i jak ognia będzie unikał prowokowania go zbrojeniami.
Z takim Stalinem, proszę bardzo, bajka trzymała się kupy i można ją było w nieskończoność powielać w literaturze, filmie i pracach „historyków”. Człowiek, który na nieszczęście zdołał przechwycić schedę po wielkim Leninie, skupiony na ugłaskiwaniu Hitlera, zamiast zadbać o Armię Czerwoną, zostawił ją niedozbrojoną, pozbawioną najlepszych dowódców i zdezorganizowaną, co po zdradzieckiej napaści Hitlera doprowadziło do straszliwych klęsk.
Ale wielki naród po tym ciosie powstał niczym Ilja Muromiec i wykazał się takim męstwem i ofiarnością, że nawet pod dowództwem generalissimusa tak nieudolnego, że „prowadził wojnę na globusie”, przeszkadzającego tylko prawdziwym bohaterom w rodzaju Gieorgija Żukowa, pokonał hitlerowską bestię, ratując przed nią cały świat.
[srodtytul]Car, który uczynił Rosję wielką[/srodtytul]
Z chwilą jednak, gdy zdecydowano, że Stalin był wielkim zwycięskim wodzem, spójna dotąd opowieść poszła w gruzy. Albo zwycięski car, który uczynił Rosję wielką, albo tchórzliwy idiota. Jedno z dwojga.
Oczywiście łatwo udowodnić, że Stalin tym drugim nie był. Od czasów „Lodołamacza” Wiktora Suworowa, który bodaj pierwszy, a w każdym razie pierwszy tak skutecznie, podważył oficjalną sowiecką wersję „wielkiej ojczyźnianej”, jego tezy potwierdziła plejada historyków i dziesiątki dokumentów. Stalin zawarł pakt z Hitlerem i dostarczał mu surowców niezbędnych do prowadzenia wojny po to, żeby popchnąć go do walki z Anglią i Francją.
Tej wojny potrzebował, żeby kapitaliści pozagryzali się nawzajem i żeby Związek Sowiecki mógł, zgodnie z doktryną Lenina, w odpowiedniej chwili „wyzwolić” Europę. Stalin nie zaniedbał wojennych przygotowań, przeciwnie – czynił je na skalę niewyobrażalną, tylko że szykował się do zupełnie innej wojny – „wyzwoleńczej”, zaczepnej.
Klęskę poniósł dlatego, że uderzenie Hitlera zaskoczyło Armię Czerwoną tuż przed tym, jak sama miała zaatakować, w najgorszej dla niej chwili, stłoczoną przy granicach i na moment bezbronną. A ostateczne zwycięstwo odniósł Stalin nie tylko dzięki ofiarności i patriotyzmowi żołnierzy, ale przede wszystkim dzięki skali rozwijanych od dawna zbrojeń, ogromnym ilościom dział, czołgów, samolotów i amunicji produkowanych przez przemysł przestawiony na długo przed napaścią Hitlera na reżim wojenny.
[wyimek]Rządzona przez czekistów Rosja w żywe oczy zaprzecza faktom. Zaprzecza, choć protokół do paktu Ribbentrop-Mołotow już dawno jest znany wraz z mapą rozbioru Polski z zamaszystym – ponadpółmetrowym! – podpisem Stalina[/wyimek]
Ta narracja jest jeszcze bardziej spójna logicznie niż chruszczowowska bajka i tłumaczy wszystkie fakty. Ale, choć zdejmuje ze Stalina odium głupoty, także nie pasuje do oficjalnej polityki historycznej putinowskiej Rosji. Bo w niej Stalin okazuje się prawdziwym sprawcą wojny światowej, a wielkość historycznego zwycięstwa Rosji nad faszyzmem umniejsza fakt, iż zatriumfowała nad potworem, którego sama wyhodowała, popchnęła do wojny i była mu w niej przez prawie dwa lata najwierniejszym sojusznikiem. Co więcej, wynika z niej jasno, że ZSRR był od zarania państwem zbrodniczym w stopniu co najmniej takim samym jak III Rzesza.
[srodtytul]Prawda według Stalina [/srodtytul]
Ta prawda nie obraża Rosjan, przeciwnie – pozwoliłaby im odbudowywać swą tożsamość na podobnym fundamencie, jak uczynili to Niemcy po denazyfikacji – na świadomości, że Rosja, od roku 1917 okupowana przez bolszewików, była pierwszą ofiarą ideologii równie obłąkańczej i zbrodniczej co narodowy socjalizm. Ale ta prawda obraża rządzących dziś Rosją i rosyjską pamięcią czekistów. Oni nie mogą przyznać, że było tak, jak było – podważyliby swe prawo do szermowania wielkoruską retoryką i kierowania „odbudowywaniem potęgi”.
Ktoś mógłby zapytać, czy spadkobiercy Feliksa Dzierżyńskiego, kata Rosjan, wychowankowie zbrodniczej formacji odpowiedzialnej za straszliwe wyniszczenie tak bogatego z natury kraju, niedawni pretorianie i beneficjenci komunistycznego reżimu, są akurat najlepszą do tego kadrą. To nie do pomyślenia!
Problem czekistów polega na tym, że innego, pośredniego wariantu historii wymyślić nie można. To znaczy można, tylko że nie będzie się on trzymał kupy. Nadwornym twórcom historycznych fantazji pokroju Lwa Sockowa czy Natalii Narocznickiej postawiono zadanie niewykonalne – usprawiedliwić pakt z Hitlerem i wyjaśnić klęskę początku „wielkiej ojczyźnianej”, ani nie przyznając prawdy, ani nie robiąc ze Stalina idioty.
Jak radzą sobie z wyjaśnieniem zgodnie z tymi aksjomatami przyczyn klęsk 1941 i 1942 roku, to temat na osobne opracowanie. Skupmy się więc na pakcie Ribbentrop-Mołotow. Jedynym wyjściem okazał się powrót do linii propagandy wytyczonej przed laty przez samego Stalina: pakt miał być w niej przebiegłym „opóźnianiem nieuchronnej agresji”.
Stalin mógł tak twierdzić, bo trzymał wszystkie archiwa pod kluczem, a świadków na muszce. Dziś jednak brnąć w taką bajdę nie sposób. Wymaga to zaprzeczania oczywistym faktom, takim jak istnienie tajnego protokołu do paktu dzielącego pomiędzy III Rzeszę i ZSRR Polskę oraz Europę Środkową. I rządzona przez czekistów Rosja konsekwentnie, w żywe oczy, zaprzecza. Zaprzecza, choć protokół ten dawno jest znany wraz z mapą rozbioru z zamaszystym – ponadpółmetrowym! – podpisem Stalina.
Można wziąć dowolnego grafologa z dowolnego kraju, niech porównuje z którymkolwiek z autografów „Koby”, autentyczność podpisu jest niewątpliwa.
Na nasze szczęście wersja historii napisana i uporczywie propagowana przez czekistów jest dla Zachodu nie do przyjęcia.
Manipulować faktami, wyolbrzymiać jedne kosztem innych – to się mieści w konwencji. Ale łgać w żywe oczy, upierać się przy oczywistych nonsensach, zastępując argumenty krzykiem i tupaniem nogą – takiego „duraczenia” Zachód już nie kupuje. Widać to było podczas obchodów na Westerplatte i w komentarzach światowych mediów.
Tezy rosyjskiej propagandy są nazbyt absurdalne. Tu już nawet nie trzeba sięgać po dokumenty i inne historyczne źródła, wystarczy chwilę pomyśleć.
Wspólnym z Hitlerem rozbiorem oddzielającej ją od Niemiec Polski chciała Rosja opóźnić niemiecką agresję? A któż to dla opóźnienia spodziewanej napaści sąsiada namawia go do wspólnego zasypania granicznej rzeki albo zburzenia płotu?
Ogromne transporty do Niemiec ropy, benzyny, żywności, rud i metali kolorowych, diamentów (laikom wyjaśnijmy, że nie chodzi tu o kosztowności – bez diamentowego wiertła nie da się wyprodukować lufy karabinu ani armaty) miały służyć opóźnieniu wojny? Znaczy się: daliśmy piromanowi bańkę nafty, zapałki i obietnicę, że w razie czego obrzucimy straż pożarną kamieniami, żeby opóźnić wybuch pożaru?!
Albo zarzut rzekomej gotowości Polski do wspólnego z Hitlerem ataku na ZSRR. Skoro ponoć Polska taka była do tego chętna, to dlaczego do takiego ataku nie doszło? Jedynym logicznym wytłumaczeniem byłoby, że polski minister spraw zagranicznych Józef Beck chciał, ale Hitler – nie. Tylko to, niestety, całkowicie nie do obrony, bo są dziesiątki niezbitych dowodów, że właśnie Hitler zaplanował sobie, by sojusznicza Polska osłoniła go od wschodu podczas wyrównywania wersalskich rachunków z Francją i Anglią, że o taki sojusz zabiegał, ba, można wręcz powiedzieć, że się do Polski umizgiwał.
Prasa niemiecka nigdy, wliczając w to czasy współczesne, nie pisała o Polsce tak dobrze jak w latach 1935 – 1938, sam Hitler piał zachwyty nad bohaterskim narodem polskim i pouczał swych podwładnych, że „istnienie Polski jest faktem, z którym muszą się pogodzić”. Dostał kosza i zemścił się za to na Polakach okrutnie – nie w tym rzecz, tylko w tym, jak czekiści wyjaśnią ten cud, że i Hitler chciał z Polską na Sowiety, i Beck chciał z Hitlerem na Sowiety, a z jakiegoś powodu to nie Polska z Hitlerem napadła Sowietów, tylko właśnie Sowieci wspólnie z Hitlerem – Polskę?!
[srodtytul]Wielkoruski szowinizm nie uwodzi[/srodtytul]
Mogę zrozumieć to butne przekonanie czekistów, że własnym obywatelom mogą zmasowaną propagandą wcisnąć każdy kit, ale skąd wiara, że równie łatwo kupi oczywiste bzdury cały świat?
Być może z pamięci czasów sowieckich. Gdyby nastroje w intelektualnych elitach Zachodu pozostawały takie jak wtedy, rzeczywiście każdy, kto w ogóle wspominałby o jakimkolwiek pakcie, byłby zaszczuwany i wyszydzany, zanimby wymówił nazwisko Ribbentrop, a potem jako „zbyt kontrowersyjny” usuwany z uniwersytetu czy Parnasu.
Ale od czasów Sartre’a (który po referacie Chruszczowa wzywał, by nie mówić o zbrodniach Stalina, bo to „odbiera nadzieję” masom pracującym) i podobnych mu „pożytecznych idiotów” trochę się zmieniło. Choćby to, że komunizm miał moc uwodzenia oderwanych od rzeczywistości intelektualistów na całym świecie, a wielkoruski szowinizm może uwodzić tylko Rosjan.
Sukcesy niemieckiej polityki historycznej, które zapewne są dla Kremla natchnieniem, wynikają z faktu, że Niemcy nie próbują kłamać. Przesuwać akcenty, relatywizować pewne sprawy – to tak. Ale nikt w Niemczech, a już na pewno żaden funkcjonariusz państwowy, nie powie, że to Polska zaczęła wojnę napaścią na Gliwice, ani nie będzie próbował „równoważyć” hitlerowskich zbrodni rzekomym prześladowaniem mniejszości niemieckiej w Polsce, powołując się na stare numery „Völkische Baobachter”.
Kreatorzy kremlowskiej wizji historii nie są tak powściągliwi. Powtórzę – na nasze szczęście.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA