fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Polityczna sztuka pojednania

Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski pojednali się podczas uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II w kwietniu 2005 roku w Rzymie. Zachęcił ich do tego były premier Tadeusz Mazowiecki
Fotorzepa
Jeśli przeciwnicy podają sobie ręce i się godzą, to zwykle dlatego, że mają w tym jakiś interes
Na scenie politycznej ze świecą szukać pojednań płynących z potrzeby serca. Do pojednania musi być impuls. Jeśli już dochodzi do politycznej zgody, jej podłożem jest zazwyczaj interes. Wyjątki się zdarzają, ale rzadko.
– Polacy nie są narodem, który się kocha – uważa Krzysztof Janik z SLD. Tę opinię w odniesieniu do polityki podzielają wszyscy rozmówcy „Rz”.
[srodtytul]Dla władzy nad mediami[/srodtytul]
Hitem politycznych pojednań ostatnich dni jest porozumienie PiS z SLD w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.
Nikt nie ma wątpliwości, że ta kuriozalna zgoda – ideologie obu ugrupowań mieszczą się na przeciwstawnych biegunach – ma jeden doraźny cel. Jest nim przejęcie kontroli nad publicznymi mediami. I będzie trwała tyle, ile wspólne władanie telewizją i radiem.
– Potwierdza się obiegowa prawda, że można się pogodzić nawet z diabłem, jeśli przyniesie to wymierne korzyści – mówi z rozgoryczeniem prominentny polityk PiS przeciwny „pojednaniu”. – Brzydzi mnie to ze względów, powiedzmy, estetycznych, ale najgorsze jest, że w ten sposób przełamaliśmy tabu i od teraz w polityce możliwe są dowolne „deale”.
[srodtytul]„Ohydna gra”[/srodtytul]
Gdy prezydent Lech Kaczyński zaproponował niedawno Lechowi Wałęsie wspólne uczestnictwo w obchodach 30. rocznicy powstania „Solidarności”, część obserwatorów odebrała tę propozycję jako próbę pojednania. Ale nie Wałęsa, który nazwał inicjatywę Kaczyńskiego „ohydną grą”, która ma mu ułatwić prowadzenie kampanii prezydenckiej w 2010 r. 
Pojednania między obu polskimi prezydentami oczywiście nie ma. Za to Wałęsa dzięki tej wypowiedzi Kaczyńskiego, brylował w mediach. Nie było dnia, by się nie wypowiedział. 
Raz mówił, że się zgadza. Gotów jest nawet wystąpić razem z Kaczyńskim podczas najbliższych obchodów rocznicy Sierpnia. Jak się okazuje, w tegorocznych uroczystościach zamierza uczestniczyć, ale samodzielnie. 
Częściej jednak były prezydent wypowiada się w takim duchu: – Kaczyńscy puścili bąka i trzeba przewietrzyć tę atmosferę, przeprosić, wyczyścić albo poddać się rozprawie sądowej.
– Kulturowo Polacy są zaprogramowani na niby pojednania. Z chęcią o nich mówią, ale niespecjalnie w nie wierzą – uważa Wawrzyniec Konarski, politolog. I wyjaśnia, że to efekt całego splotu wydarzeń historycznych: – Hołd pruski jest tego świetnym przykładem, jest traktowany jako historyczne pojednanie, mimo że nic Polsce to nie dało.
[srodtytul]Buzek i Krzaklewski[/srodtytul]
Polityk, który jest darzony dziś w Polsce największym zaufaniem, to europoseł PO Jerzy Buzek (według ostatniego sondażu CBOS ufa mu 64 proc. Polaków). Gdy był premierem – jedynym w ostatnim 20-leciu, który sprawował urząd przez całą czteroletnią kadencję – nie był masowo popierany. Ale po latach zaprocentowała jego niemal genetyczna skłonność do ugody. To za jego premierostwa karierę zrobiło dziwnie brzmiące słowo „koncyliacyjność”. Było mottem działalności Buzka. Ale wówczas premierowi zarzucano brak umiejętności podejmowania trudnych decyzji. I nazywano człowiekiem bez właściwości.
Przez te lata z nikim na tyle się nie skonfliktował, by się musiał jednać. Nawet z Marianem Krzaklewskim, wtedy wszechpotężnym przywódcą AWS, od którego wpływów w końcu swoich rządów się uniezależnił. Jak głosi obiegowa pogłoska, za tym uniezależnieniem stała kobieta. Czyli Teresa Kamińska, szefowa doradców premiera Buzka.
Autorem jednego z najbardziej niefortunnych pojednań był właśnie Krzaklewski. Przez 11 lat szefował związkowi „Solidarność”, a w ostatnich wyborach do europarlamentu startował z list PO. Partii, której lider Donald Tusk od początku lat 90. postulował radykalne ograniczenie politycznej roli związków zawodowych. 
[wyimek]Skłonnego do ugody premiera Buzka nazywano człowiekiem bez właściwości[/wyimek]
Krzaklewski na prawicowo-związkowym Podkarpaciu, regionie trudnym dla PO, przegrał z szefową lokalnych struktur Platformy Elżbietą Łukacijewską. Choć startowała z drugiego miejsca na liście, za Krzaklewskim. Były szef „S” nie uwiódł mieszkańców regionu, mimo że stamtąd pochodzi. Przegrał. Także dlatego, że chciał być „za, a nawet przeciw”. 
W czasie kampanii podczas telewizyjnych debat bronił racji związkowych przeciw racjom rządu Tuska. W ten sposób przestał być wiarygodny i dla jednych, i dla drugich.
To polityczne pojednanie, dyktowane interesem wejścia do europarlamentu pod szyldem liberalnej PO, okazało się mocno nieskuteczne. Po prostu kompromitujące. I to na tyle, że marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, jedyna osoba, która podczas obrad zarządu Platformy sprzeciwiała się umieszczeniu Krzaklewskiego na liście, powiedział nie bez satysfakcji po jego przegranej: – Trzeba znaleźć jakieś zajęcie dla Krzaklewskiego.
[srodtytul]Trop cmentarza[/srodtytul]
– Jeśli chce pani pisać o politycznych pojednaniach, to najlepiej iść tropem cmentarzy – takiej rady udzielił „Rz” Ludwik Dorn, były marszałek Sejmu za rządów PiS. Dziś śmiertelnie skonfliktowany z prezesem tej partii Jarosławem Kaczyńskim.
To chyba dobra rada. Bo największe polityczne pojednanie III RP nastąpiło podczas uroczystości pogrzebowych Jana Pawła II w Rzymie w 2005 r. Pogodzili się wtedy byli prezydenci Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski. Do podania sobie rąk skłonił ich Tadeusz Mazowiecki, również obecny na rzymskich uroczystościach.
– To może podacie sobie rękę – zachęcił pierwszy solidarnościowy polski premier. 
Tak też zrobili. Choć podczas pamiętnej telewizyjnej debaty prezydenckiej w 1995 r. Wałęsa powiedział do Kwaśniewskiego: – Panu to mogę nogę podać. 
Jak ujawnił niedawno Wałęsa, pojednanie to zasługa kościelnych hierarchów, którzy zresztą zabiegali o to od dłuższego czasu. Tym, który chciał pojednania, był też sam papież.
Dziś Wałęsa używa argumentu, że w sprawie pojednania z Kwaśniewskim uległ presji Kościoła. Ale stara się zapomnieć, że kilka miesięcy później gościł w swoim domu na hucznych imieninach Kwaśniewskiego z
małżonką. Z wielkimi honorami. Żadni przedstawiciele Kościoła na nim tego nie wymogli. Tylko Danuta Wałęsowa miała wtedy lekko zażenowaną minę. I nic dziwnego. Kto jak kto, ale żona zna najlepiej prawdziwe intencje męża. I motywy politycznych pojednań.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA