fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Został tylko dudniący rytm

Black Eyed Peas królują na listach przebojów, bo ich utwory są skrajnie uproszczone, zrobione z niczego
AP
Muzyka POP. Nowy album grupy Black Eyed Peas „The E.N.D” zawojował świat, ale zamiast sukcesu pora odtrąbić śmierć piosenki
Pierwszy utwór z płyty „Boom Boom Pow” debiutował na szczycie listy „Billboardu”. To przebój z rodzaju totalnych: miesiącami będzie się sączył z radioodbiorników i telefonicznych dzwonków. Zamiast znudzić, lepiej zapadnie w pamięć. Jest odporny na zużycie, bo zrobiony z niczego – z kilku dźwięków. Tak brzmi teraz pop. Od kilku lat staje się coraz prostszy, a sezon 2009 stanowi apogeum: jesteśmy świadkami skrajnej redukcji muzyki, został już tylko nagi rytm.
W „Boom Boom Pow” słychać wyłącznie elektroniczne bity i pauzy. Żadnych instrumentów, zamiast melodii – rytm rozłożony na kilka taktów, zwinięty w pętlę, powracający. Nawet głosy nie są prawdziwe, bo wokoder zmienił je w mechaniczne gadanie robotów. Gadanie autotematyczne: tych kilka zwartych wersów jest ilustracją dźwięku (np. „Mam ten bit, mam ten bas, ten rock’n’roll to ponaddźwiękowe bum”), a sam tytuł, który fonetycznie brzmi „bum-bum-pau”, to zabieg dźwiękonaśladowczy – takie komputerowe uderzenia słychać w utworze. Znika nie tylko forma: ozdoba, aranżacja – nie ma także treści. Jest zrytmizowana pustka.
Dalej pójść się nie da. Czy to pogrzeb piosenki? – Black Eyed Peas jako ostatni przyparli muzykę do muru. Wcześniej swoje zrobili raperzy, producenci oraz gwiazdy popu, które z piosenkarzy zmieniły się w statystów.
[srodtytul]Rap pociął melodię[/srodtytul]
By zrozumieć, jak do tego doszło, trzeba się cofnąć o co najmniej dziesięć lat, do chwili, gdy w popie najważniejsi stali się twórcy hip-hopu, wzrosło znaczenie rytmu, utwory coraz wyraźniej pulsowały, a oprawa instrumentalna zeszła na drugi plan. Tekst piosenki musiał się nagiąć do bitów, słowa – wpasować między jedno a drugie uderzenie. Melodia została pokrojona na sample – mutowane i miksowane w kółko. Miejsce ballad Celiné Dion i rockowych pieśni Aerosmith zajęli raperzy, którzy przerywali monotonne rymowanie tylko w refrenie, by wokalistka r&b mogła przez moment popisać się głosem.
Koniec ubiegłego stulecia był też szczytowym momentem popularności klubowych brzmień. Taneczne parkiety stanowiły centrum muzycznego świata, a piosenka, by być przebojem, musiała się sprawdzać w zabawie. Dodatkowo wzrosła rola bitów i cyfrowego instrumentarium, a didżej i producent okazali się ważniejsi od wykonawców. Jednocześnie z takich gatunków, jak techno, do muzyki pop przedostały się minimalizm, rezygnacja z melodii i wokalu. Zmiany następowały błyskawicznie, w XXI w. na listach królowały piosenki coraz uboższe, jak „Yeah” Ushera (2004) czy toporna „Candy Shop” 50 Centa (2005) lub bardziej wyszukana zabawa z ciszą w wykonaniu Snoop Dogga i Pharrella Williamsa – „Drop It Like It’s Hot” (2004). Kolejni artyści grzecznie rezygnowali z linii melodycznych i pozwalali zmieniać piosenki w rytmiczne puzzle.
[srodtytul]Piosenki telefoniczne[/srodtytul]
Jeszcze w 2001 r. na listach mocno trzymały się piosenki, choćby ballada „Fallin’” Alicii Keys. Siedem lat później Keys nagrywała inaczej. Utwór „No One” składał się z potężnego pulsu i kilku akordów klawiszy, a zamiast śpiewu w refrenach słychać krzyk. Był z tego wielki przebój, ale i spór krytyków: jedni uważali, że Keys szuka nowego brzmienia i antycypuje mody, inni – że liczy pieniądze i sprzyja marnym gustom. Podobnie było z Justinem Timberlake’em: w 2006 r. i on rzekomo odkrył nowe brzmienie, wspólnie z hiphopowym producentem Timbalandem. Na płycie „FurureSex/LoveSounds” śpiewał już niewiele, raczej frazował i pozował: w teledyskach pojawiał się na tle cyfrowych wizualizacji. Pokazywały pulsujący kolorowy strumień – właśnie tak producenci „widzą” muzykę.
Timbaland zdominował popowe trendy, promując swe charakterystyczne bity za pośrednictwem najmodniejszych wykonawców – zaczął od Nelly Furtado, skończył na Madonnie. A w latach 90. i Timbaland był inny. Jego wczesne utwory brzmiały nowatorsko, ujmowały ciekawymi detalami. Doceniali go wymagający słuchacze, którzy korzystali z dobrego sprzętu, by wychwycić ukryte w piosenkach perełki. Teraz typowy słuchacz dysponuje głośnikami komputera, a najczęściej: odtwarzaczem mp3, iPodem lub telefonem komórkowym.
Piosenkę ma być dobrze słychać z głośnika komórki, by dwie nastolatki mogły umilić sobie przerwę w szkole. Rytm nie może ginąć w miejskim zgiełku, gdy ze słuchawkami w uszach czekamy na autobus. A refren nie dość, że wyraźny, to jeszcze powinien być skondensowany – by nadał się na dzwonek telefonu. Dźwięki uległy spłaszczeniu – dziś nagrywa się tak, by wyraźne pozostały dwa elementy: bit i głos.
[srodtytul]Gitara jako dekoracja[/srodtytul]
Na to zapotrzebowanie odpowiada nie tylko Black Eyed Peas, zespół, który kilka lat temu był symbolem fantazji i bogactwa dźwięków. W tym roku także raper Kanye West przeobraził się w futurystę – cały album nagrał z wokoderem i tzw. 808 – maszyną do produkowania bitów. Z barokowego r&b zrezygnowała Beyoncé – o niej można jeszcze mówić, że śpiewa, ale coraz prościej, czego dowodzi przebój „Halo”, niewiele różniący się od popularnej przed dwoma laty „Umbrelli” Rihanny. Oba utwory składają się z chwytliwego refrenu i wyeksponowanego rytmu. W sezonie 2009 królują syntezatory, a gitary, saksofony i fortepiany występują tylko w wideoklipach, jak dekoracje imitujące istnienie muzyki.
Współczesny pop jest zakładnikiem technologii i producenckiej pychy. Ta pierwsza sprawiła, że muzyka stała się gadżetem: użytecznym i jednowymiarowym. Ta druga odebrała jej fantazję. Tylko czy znajdzie się ktoś, kto o tym zaśpiewa?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA