Publicystyka

Pamiętajmy o Annie Walentynowicz

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Zostaliśmy postawieni przed z gruntu fałszywym wyborem: albo Walentynowicz, albo Wałęsa. W rzeczywistości polska historia zdoła pomieścić wszystkich swoich aktorów – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Mało kto pamięta, że pierwszym postulatem strajkujących w Gdańsku, stoczniowców w sierpniu 1980 roku, było przywrócenie Anny Walentynowicz do pracy. To jej usunięcie było iskrą powodującą eksplozję "Solidarności". Za około tydzień Walentynowicz kończy 80 lat. W świętowanie tej rocznicy, która nie powinna być wyłącznie jej osobistym świętem, nie zaangażowało się ani miasto Gdańsk, ani rząd Donalda Tuska.
[srodtytul]Oddać hołd bohaterom[/srodtytul] Grupa blogerów (działając bez zgody samej zainteresowanej) zaczęła zbierać pieniądze i zwróciła się do Kancelarii Premiera o symboliczną dla tej instytucji kwotę dla zorganizowania urodzin Walentynowicz. Otrzymali odmowę. Trudno, aby postawa taka nie wywołała oburzenia. Bardzo sensowny i wyważony felieton w tej sprawie opublikował w "Dzienniku" Robert Mazurek. Felieton ma formę listu otwartego do szefa Kancelarii Premiera Tomasza Arabskiego. Autor zwraca uwagę, że obecne wybory polityczne nie powinny przesłaniać wielkich historyczneych zasług. I że czas przełamać, jak to określa, "dwoistość historii, którą Polska zafundowała sobie ostatnio".
Wybrane w demokracji (tak zresztą powinno być w każdym systemie) władze stają się reprezentantami całego narodu. Mają obowiązek dbać o narodową tradycję, która jest fundamentem tożsamości wspólnoty i własnością wszystkich obywateli. Jednym z tych obowiązków jest oddanie honorów żyjącym bohaterom. Ich polityczne poglądy nie powinny w tej sprawie mieć znaczenia. iedawno rząd Donalda Tuska zaangażował się w przedsięwzięcie, którego nie sposób obronić. Polegało ono na zablokowaniu prac historyków nad polską historią najnowszą poświęconych Lechowi Wałęsie. Tym samym rząd i najbardziej dziś w Polsce wpływowe środowiska opiniotwórcze usiłują odgórnie narzucić kanon naszej najnowszej historii, którego bronić ma nowe wcielenie cenzury w wolnym już kraju. [srodtytul]Kto się boi Wałęsy? [/srodtytul] Obrońcy tego kanonu nie wahają się skutecznie prześladować niewygodnych sobie badaczy, czego dowodzą choćby losy dwóch młodych i niezwykle obiecujących historyków: Sławomira Cenckiewicza i Pawła Zyzaka. Spoza wielkich słów, które uzasadniać mają cenzorskie i zastraszające działania, wyłania się interes środowisk i osób żywotnie zaangażowanych, aby niewygodna dla nich prawda nie ujrzała światła dziennego, i polityczny interes ugrupowań wchodzących z nimi w alianse. Przypadek Anny Walentynowicz pokazuje drugą stronę owej instrumentalnie konstruowanej pamięci historycznej. Bezkrytyczne hagiografie jednych pisane są kosztem wykluczania z naszej historii innych jej aktorów. Postawieni zostaliśmy przed z gruntu fałszywym wyborem: albo Anna Walentynowicz, albo Lech Wałęsa. W rzeczywistości polska historia zdoła pomieścić wszystkich swoich aktorów. Odsłonięcie niechlubnych kart z życia bohaterów nie unieważnia ich wielkich czynów. Tak jak ich niekwestionowane dokonania nie czynią z nich osób nietykalnych, którym wolno łamać prawo i krzywdzić innych. W odpowiedzi na niewygodne publikacje "obrońcy" Wałęsy rozpętali jego wręcz bałwochwalczą kampanię. Apogeum jej stanowiły ostatnie imieniny wodza. Zgodnie z nową legendą to Wałęsa, właściwie indywidualnie, stworzył "Solidarność" i ofiarował nam wolność. Do kampanii tej przyłączyła się PO. Z tego powodu prestiż Wałęsy wzrósł zasadniczo (dowodził tego wielokrotny wzrost społecznego zaufania do niego), a on sam wyrósł ponownie na niezwykle wartościowego sojusznika. Tym samym jednak stał się ponownie niebezpiecznym przeciwnikiem, zwłaszcza że historyczny przywódca "Solidarności" dowiódł wielokrotnie, że jest osobą w niewielkim stopniu obliczalną, natomiast w ogromnym – megalomańską. Można odnieść wrażenie, że zwłaszcza w tej nowej sytuacji liderzy PO obawiają się Wałęsy, który z nikim nie chce się dzielić chwałą "Solidarności" i nie wybacza swoim przeciwnikom. Jeśli to jest przyczyną ich niepamięci w sprawie Walentynowicz, to wystawiają tym sobie najgorsze świadectwo. [srodtytul]Postać bez skazy[/srodtytul] Bohaterowie naszej najnowszej historii mogą skłócić się na całe życie i odmawiać podania sobie ręki. Od polityków, którzy są naszymi reprezentantami, oczekujemy, że oceniali będą ich realne zasługi. Walentynowicz nie miała tak wielkiego wpływu na naszą najnowszą historię jak Wałęsa. Zaistniała w niej jednak w sposób niezwykle znaczący i – co niezwykle rzadkie – pozostała postacią bez skazy. Bez względu na to, jakie ma dzisiaj poglądy. [ramka][link=http://blog.rp.pl/wildstein/2009/07/29/pamietajmy-o-annie-walentynowicz/]Skomentuj[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL