fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

Kiedyś człowiek lgnął do ludzi

Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Z Leonardem Pietraszakiem rozmawia Małgorzata Piwowar
[b]Rz: W tym tygodniu telewizja przypomni aż trzy głośne filmy z pańskim udziałem: „Czarne chmury”, „Czterdziestolatka” i „Vabank”. Będzie pan oglądał?[/b]
Zawsze z przyjemnością przypominam sobie zwłaszcza „Czarne chmury”. Z rozrzewnieniem przyglądam się, jakie niesamowite rzeczy wykonywałem na planie, zwłaszcza w porównaniu z tym, do czego jestem zdolny dzisiaj. To było w końcu 35 lat temu. Młodsi koledzy mi zazdroszczą, bo dziś nie powstają filmy, w których mogliby się wykazać takimi umiejętnościami, jak szermierka czy jazda konna. [wyimek]Mam wielki sentyment do „Czarnych chmur” i reżysera Andrzeja Konica, to od nich wszystko się zaczęło. Zaraz potem dostałem role Karola w „Czterdziestolatku” i Kramera w „Vabanku”.[/wyimek]
[b]Krytycy twierdzili, że Krzysztof Dowgird z „Czarnych chmur” to owszem, udana rola, ale w nieudanym serialu...[/b]
Rzeczywiście pisali, że to trzeciorzędny serial w porównaniu, na przykład, z francuskimi filmami płaszcza i szpady. Tylko czy mieli rację, skoro był powtarzany już tyle razy i wciąż podoba się widzom? Ludzie znaleźli w nim wartości, których zawsze czujemy niedosyt, choćby – patriotyzm, dziś, niestety, bardzo wyświechtane pojęcie. Tamtym bohaterom chodziło o coś ważnego. Widzowie to dostrzegali, bo po każdej emisji dostawałem wiele listów z podziękowaniami.
[b]Co ten serial zmienił w pańskim życiu?[/b]
Pomógł mi zaistnieć w świadomości reżyserów. A bycie zauważonym w tym zawodzie jest bardzo ważne, by nie powiedzieć – niezbędne. Widzowie także inaczej patrzą na aktora, którego polubili, więcej mu wybaczają. Kiedy w połowie lat 60. przyjechałem do Warszawy z Poznania, nie była to łatwa zawodowa zmiana. W Poznaniu byłem znany, wygrywałem plebiscyty popularności, grałem wiele dużych ról. W Warszawie musiałem zaczynać wszystko od nowa.
[b]Chciał pan zrobić karierę?[/b]
To była raczej kwestia ambicji. Mój zawód bez niej nie ma sensu. Trudno sobie wyobrazić, żeby aktor chciał grywać tylko odźwiernych i lokajów. W Teatrze Klasycznym, do którego trafiłem po przyjeździe do stolicy, przez kilka sezonów głównie graliśmy „Dziś do Ciebie przyjść nie mogę”. To nie był szczyt moich marzeń. Bardzo chciałem dostać angaż w Ateneum. Ale kiedy starałem się o przyjęcie do zespołu, dyrektor Janusz Warmiński powiedział, że nie ma etatu. Wiadomo, że tak się mówi, kiedy nie chce się aktora zaangażować. Wszystko zmieniło się dopiero, kiedy zagrałem w „Czterdziestolatku”, czyli po siedmiu latach od tamtej rozmowy. Dostałem wtedy list, który do dziś przechowuję: „Szanowny, drogi kolego. Powołując się na naszą rozmowę, bodaj sprzed roku, jeśli interesowałaby pana jeszcze praca w naszym teatrze – zapraszam”. Zabawne, prawda?
[b]Dlaczego tak zależało panu na Ateneum?[/b]
To był dla mnie teatr, w którym nie tylko grali wielcy aktorzy, ale i duchy nieżyjących mistrzów sceny tworzyły niesamowitą atmosferę. Teatr był wtedy dla aktorów domem, najważniejszym miejscem. Bycie w świetnym zespole z tradycjami nobilituje aktora. Ale dziś kiedy nie każdy absolwent szkoły teatralnej może liczyć na etat w teatrze, zaczyna zaraz po dyplomie bieganie od castingu do castingu, żeby znaleźć zatrudnienie. I to się staje dla nich ważniejsze niż teatr. Doskonale pamiętam swoje początki. Miałem wiele pokory, bo już sama droga do szkoły teatralnej nie była oczywista. Zanim znalazłem się w łódzkiej Filmówce, chciałem być dziennikarzem. Nie dostałem się z braku miejsc – mimo zdanego egzaminu. Żeby studiować, poszedłem na chemię. Wielka pomyłka. Potem było jeszcze Studio Dramatyczne w Bydgoszczy. Tam mi poradzili, żebym zdawał do szkoły w Łodzi. Początkowo słabo mi się w niej wiodło, zwłaszcza na pierwszym roku. Moim orędownikiem był Jerzy Antczak, dziś świetny reżyser, wówczas asystent, który miał z nami zajęcia z elementarnych zadań aktorskich. Dyplom otrzymałem już z wyróżnieniem.
[b]I od tamtej pory preferuje pan teatr tradycyjny.[/b]
Nazwijmy go jeszcze precyzyjniej – mieszczańskim. Byłem na roku ze Zbigniewem Cynkutisem, późniejszym wybitnym aktorem Jerzego Grotowskiego. Kiedyś przyjechali ze spektaklem do Poznania i gdy zachwycony aktorstwem kolegi wyraziłem uznanie, zaproponował: „Chcesz, pogadam z Grotowskim i przyjdziesz do nas. Co się będziesz kisił w tym mieszczańskim teatrze”. Ale kiedy przyszło mu grać Gustawa – Konrada w „Dziadach” w Łodzi – nie podołał i zrezygnował... Wolałem zostać przy teatrze mieszczańskim. Także bez nagości i golizny, którymi ostatnio bez umiarkowania posługują się niektórzy twórcy. Po co? Teatr jest konwencją, dosłowność go zabija.
[b]Powtarzał pan wielokrotnie, że najważniejszym autorem pozostaje dla pana Czechow. Dlaczego?[/b]
Bo jest genialny. Dużo wiedział o ludziach i ich skomplikowanej naturze. Dla wielu dzisiejszych twórców jest jednak niewygodny. Nie nadaje się do skracania, przerabiania i ulepszania. By pokazać wielkość jego sztuk, trzeba je zrealizować tak, jak zostały napisane. Nie można ich efektownie uwspółcześnić, bo i tak są zawsze aktualne. Żałuję, że dotąd tylko raz zagrałem w Czechowie – Łopachina w „Wiśniowym sadzie”. Jest jeszcze tyle postaci, z którymi chciałbym się zmierzyć – wujaszek Wania, Stary w „Trzech siostrach”, Firs w „Wiśniowym sadzie”... Czuję więź z Czechowem, bo jestem sentymentalny i tradycyjny.
[b]To znaczy?[/b]
Cokolwiek zrobię, zastanawiam się, czy można było lepiej. Bywa, że dzielę włos na czworo. Podobnie jak postacie ze sztuk Czechowa nie potrafię odciąć się od przeszłości i patrzeć tylko w przyszłość. To, co było, stale do mnie wraca. A wydaje się, że jestem dość pogodnym człowiekiem, prawda? Ubolewam, że tak rzadko gra się dziś Czechowa w teatrze.
[b]Jak pan myśli, dlaczego?[/b]
Stan ducha mniej dziś ludzi interesuje niż stan konta i wymierne przyjemności życia. Kogo dziś zajmuje zaglądanie w zakamarki duszy? Wszyscy są skoncentrowani na wyścigu, kto lepszy. Nie jako człowiek, ale użytkownik życia, hedonista. Poeci romantyczni napisaliby, że ideał sięgnął bruku. No, ale skoro sięgnął, to ma już od czego się odbić. A kiedy to się stanie, wtedy Czechow wróci do łask.
[b]Nie podoba się panu nasze życie kulturalne?[/b]
Nie. Już tyle lat uprawiam aktorstwo, że mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością – dawniej było nie tylko inaczej, ale i lepiej. Kiedyś ludzie w teatrze byli sobie bliscy. Chętnie i często przychodzili do niego, nawet, gdy wieczorem nie występowali. Można było pograć w kości, posiedzieć w bufecie, pogadać. A teraz jest wieczny pośpiech – szybko i do domu. Kiedyś człowiek był biedny i lgnął do ludzi. A dziś każdy przyjeżdża samochodem i nawet nie można wypić kielicha po spektaklu. Dotyczy to niestety, nie tylko młodszych kolegów, ale także tych z mego pokolenia.
[b]Ale pan ma przecież odskocznię...[/b]
Bo tak szczęśliwie się złożyło, że zawsze interesowałem się malarstwem. Kiedyś mówiłem przekornie, że pracuję jako aktor tylko po to, żeby zarobić na upatrzony obraz. Moja pasja zaczęła się w latach 60., kiedy mieszkałem drzwi w drzwi ze znakomitym artystą Tadeuszem Kulisiewiczem. Zafascynowały mnie jego czarno-białe grafiki. Zacząłem je zbierać, choć niechętnie się z nimi rozstawał. A potem zatęskniłem bardziej za kolorem. Zachłysnąłem się twórczością Jana Stanisławskiego i jego uczniów. Udostępniłem część mojej kolekcji, w 100-lecie śmierci artysty Centrum Sztuki Manggha w Krakowie na wystawę „Świat, który przemija”. Wielokrotnie prowadziłem też aukcje, w zeszłym roku dwie wielkie w konsulacie w Nowym Jorku. Zawsze robię to charytatywnie, choć miałem też propozycje od domów aukcyjnych. Uznałem jednak, że nie wypada.
[b]Nie chciał pan otworzyć własnej galerii?[/b]
Oj, chciałbym, ale to wymaga czasu i energii. Wtedy musiałbym zrezygnować z grania, a przecież cały czas czuję się aktorem. Żałuję, że minęły bezpowrotnie czasy Młodej Polski, kiedy w sposób spontaniczny integrowali się przedstawiciele wszystkich zawodów artystycznych. To był piękny okres cyganerii krakowskiej. Dotąd żałuję, że ani jednego sezonu nie spędziłem w krakowskich teatrach.
[b]Od dwóch sezonów gra pan w serialu – „39 i pół”...[/b]
Zanim przyjąłem tę propozycję, wiele razy odmawiałem, zwłaszcza, gdy dzwoniono do mnie z ofertą zagrania w setnym czy jeszcze dalszym odcinku jakiejś produkcji. Życie jest za krótkie, by się wikłać w projekty, które nie dają satysfakcji. A „39 i pół” to była propozycja niewielkiej roli, ale spodobał mi się scenariusz. Ojciec bohaterki, którego gram, z czasem stał się coraz istotniejszą postacią. I chyba dostrzeganą przez widzów. Kiedy ostatnio byliśmy z Magdą Zawadzką i Małgosią Sochą w Nowym Jorku z naszymi szlagierowymi „Chwilami słabości”, spektaklem Teatru Ateneum, publiczność przyjęła przedstawienie bardzo życzliwie, ale po jego zakończeniu pytała o „39 i pół”...
[b]Przyjemność pracy w serialu jest taka sama jak przed 35 laty?[/b]
Jako senior jestem bardziej hołubiony. Bardzo łagodnie się ze mną obchodzą. Czyli jest miło i wygodnie. Tyle, że już chciałbym trochę wyhamować i nacieszyć się pozazawodowym życiem. Mieć czas, żeby pójść na wystawę, przeczytać dobrą książkę, gdzieś pojechać.
[b]A zagrać?[/b]
A owszem. Jest nawet rola, na którą czekam. Obiecał mi ją zaprzyjaźniony przez sztukę, dawny dyrektor Biura Wystaw Artystycznych, a dziś jeden z najbardziej wziętych polskich dramaturgów – Ingmar Villquist. Kilka lat temu namówiłem go, żeby zaczął pisać. Zaprosił mnie do mieszkania, które wtedy wynajmował i pokazał mi, jedynemu widzowi, dwójkę aktorów, którzy zagrali jego pierwszy utwór „Oscar i Ruth”. Byłem zachwycony i namawiałem go wówczas, żeby dalej pisał. Jak widać – posłuchał. Kiedy spotkaliśmy się po latach, powiedział, że pisze dla mnie sztukę o antykwariuszu, brakuje ostatnich scen. I że już finiszuje. Upłynęło kilka miesięcy, ale nie tracę nadziei i czekam.
[ramka][srodtytul]Leonard Pietraszak[/srodtytul]
19 czerwca mija 50 lat, gdy zadebiutował na scenie. Zagrał wtedy w „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego w łódzkim Teatrze Nowym. Rok później, w 1960 roku ukończył łódzką Filmówkę i zaangażował się do Teatrów Dramatycznych w Poznaniu. W 1965 roku przyjechał do Warszawy i był kolejno aktorem Teatru Klasycznego, Komedii i Ateneum, w którym pracuje do dzisiaj. Widzowie mogą go tam oglądać m.in. w „Chwilach słabości” Churchilla i „Małych zbrodniach małżeńskich” Schmitta. Popularność zyskał występując w połowie lat 70. ubiegłego wieku w kostiumowym serialu „Czarne chmury” Andrzeja Konica, w którym zagrał pułkownika Krzysztofa Dogwirda. Potem bawił widzów jako przyjaciel tytułowego „Czterdziestolatka” Jerzego Gruzy oraz impulsywny Gustaw Kramer w brawurowym „Vabanku” Juliusza Machulskiego.
Znany z miłości do sztuki od wielu lat kolekcjonuje obrazy. Prywatnie jest mężem Wandy Majerówny, również aktorki. [/ramka]
[i]Wielki układ
8.30 | Canal+ Film | PIĄTEK
Czarne chmury
15.14 | tvp 1 | PONIEDZIAŁEK
Czterdziestolatek
18.55 | tvp 2 | PON. – czw.
Vabank
20.25 | tvp 1 | WTOREK[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA