fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nie traktujmy Rosji z pogardą

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Czy niezależnie od tego, na ile możliwość totalnego upadku Rosji jako mocarstwa jest realna, powinniśmy się nią cieszyć? Zwłaszcza kiedy rośnie potęga Chin, a podstawowym elementem ekspansjonistycznym jest radykalny islam – zastanawia się publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/05/11/piotr-skwiecinski-nie-traktujmy-rosji-z-pogarda/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
[link=http://www.rp.pl/artykul/9157,300543_Wroblewski__Rosja_pijana_i_niebezpieczna_.html" "target=_blank]"Rosja pijana, nieprzewidywalna, niebezpieczna"[/link] – ten tytuł artykułu Tomasza Wróblewskiego ("Rz", 5.05.2009) dobrze oddaje zarówno jego treść, jak i – szerzej – rozpowszechniony, niestety, w Polsce sposób myślenia o Rosji. Nie tylko myślenia, ale i artykułowania myśli. I od tego sposobu artykulacji, tonu, w jaki uderza publicysta, warto zacząć polemikę z Wróblewskim. Bo jak mówi francuskie przysłowie, to ton czyni piosenkę. Innymi słowy: wszystko zależy od tego, w jaki sposób coś się powie.
Wróblewski pisze o współczesnej Rosji językiem pogardy, niemal nienawiści. Ten ton trudno zaakceptować. Nie tylko dlatego, że jest on po prostu brzydki, nie tylko dlatego, że w ten sposób nie należy mówić o żadnym narodzie. Także i przede wszystkim dlatego, że jest on przeciwskuteczny z punktu widzenia celu, jaki przyświeca Wróblewskiemu.
Publicysta uważa, że amerykańska polityka wobec Rosji jest skażona słabością, i wzywa do jej radykalizacji. Sęk w tym, że jeśli taką diagnozę formułuje się w języku pogardy i nienawiści, to szanse na to, żeby została ona poważnie potraktowana, są mizerne. Bo takim językiem – zwłaszcza do ludzi Zachodu – mówić nie wolno. Taki język kompromituje tam samą treść przesłania.
Oczywiście – Wróblewski nie jest dyplomatą, tylko dziennikarzem, ma prawo do skrajnych ocen i emocji. Ale warto uważać, żeby takie oceny i emocje nie dominowały w medialnym obrazie naszego kraju – i na Wschodzie, i na Zachodzie. Obrażanie potężnego sąsiada po prostu nie jest rzeczą roztropną. Warto też wystrzegać się pogardy z jeszcze jednego powodu. Skutecznie utrudnia ona racjonalne myślenie.
[srodtytul]Przed Obamą był Clinton [/srodtytul]
Tomasz Wróblewski bardzo chce traktować Rosję jak dawny Związek Radziecki. Pisze, że Moskwa zostawiła nam groźne dziedzictwo. "Zdeformowane umysły. Ideologię wmawiającą biednym, że jeśli siłą wydrą bogactwo innym, stratują wolny rynek, to po drugiej stronie czeka na nich piękna i sprawiedliwa kraina obfitości". Atakuje Baracka Obamę za próby naprawienia relacji z lewicowymi krajami i politykami Trzeciego Świata.
Wróblewski chce, żeby Zachód pod amerykańskim przywództwem prowadził wojnę, którą… dawno wygrał. Bo globalny spór między wolnym rynkiem a realnym socjalizmem został już rozstrzygnięty na korzyść tego pierwszego. A choć Rosja w swoim konflikcie z USA próbuje wykorzystywać antyamerykańskie trzecioświatowe rządy i reżimy, to jest to dla Waszyngtonu problem na miarę roku 2009, a nie 1975 (upadek Sajgonu – Wróblewski sugeruje, że na skutek rosyjskiego zagrożenia świat cofa się do tej daty…) Dlatego że materialna siła Rosji jest teraz wielokrotnie mniejsza niż ówczesnego ZSRR. A przede wszystkim dlatego, że dziś Moskwa nie ma uniwersalnej ideologii, uwodzącej tłumy czy to na Zachodzie, czy w Trzecim Świecie.
Publicysta sugeruje, że Obamowska deklaracja nowego otwarcia relacji amerykańsko-rosyjskich jest kapitulacją, zakrętem historii na miarę Jałty czy szczytu Gorbaczow – Reagan w Rejkiawiku, i uważa, że jest ona objawem upadku amerykańskiej woli walki – tak jak prezydentura Cartera.
Pomińmy już to – czego Wróblewski zupełnie nie dostrzega – że to właśnie Carterowska polityka praw człowieka zapoczątkowała rozmiękczanie obozu realnego socjalizmu i w konsekwencji jego upadek. Znacznie ważniejsze jest to, że po 1989 roku deklaracji o szczególnym charakterze stosunków Waszyngton – Moskwa było więcej i wzbudzały one analogiczne obawy polskich komentatorów. Za każdym razem strachy okazywały się nieuzasadnione.
Przypomnijmy choćby początek rządów Billa Clintona. Wtedy amerykańskie deklaracje dobrej woli wobec Rosji szły dalej niż obecnie, a w kształtowaniu polityki wobec Moskwy czołową rolę odgrywał powszechnie i nie bez podstaw uznawany za rusofila "Strobe" Talbott. Po niedługim czasie uczestnictwa w sprawowaniu władzy tenże sam Talbott zmienił optykę, a w końcu oskarżany przez niektórych Polaków o zbytnią miękkość wobec Rosji Clinton wprowadził nas do NATO. Po prostu kolejne amerykańskie administracje bywają ignoranckie czy idealistyczne, ale szybko uczą się rzeczywistości, a rosyjski rewanżyzm bardzo im w tym pomaga. Tak będzie i tym razem.
[srodtytul]Wojna z dyktaturą?[/srodtytul]
Wróblewski uważa, że Zachód powinien nastawić się na walkę z Rosją, bo panujący tam system "to nie jest alternatywny model demokracji, to co najwyżej alternatywny model dyktatury".
Wypada się z nim zgodzić. Choć prezydent Miedwiediew wykonuje (zapewne w uzgodnieniu z premierem Putinem) drobne posunięcia o charakterze demokratyzacyjnym (Wróblewski tego nie zauważa), to istotnie – obecna Rosja nie jest zachodnią demokracją.
Ale przecież nie sposób zaprzeczyć, że Rosja nigdy nie była krajem ani zachodnio-, ani nawet środkowoeuropejskim. Zawsze natomiast miała swoją linię rozwoju, odrębną od zachodnioeuropejskiej. Nie musimy jej afirmować, nie musi nas to cieszyć. Ale tak było i jest.
A jeśli tak, to czy z faktu, że jakiś kraj ma odrębną od naszej linię rozwojową, musimy wyprowadzać wniosek, że wszystkie siły Zachodu powinny był użyte dla wymuszenia zmiany tej linii (czy mówiąc oględniej: doprowadzenia do jej zmiany?). W świecie, który staje się coraz bardziej – a nie coraz mniej – multicentryczny?
Nie sądzę, aby taki postulat był realistyczny.
[srodtytul]Rosja upadnie? I co w tym dobrego? [/srodtytul]
W myśleniu Wróblewskiego o Rosji występuje niekonsekwencja i dwoistość, znów – charakterystyczna dla polskiego myślenia o wschodnim sąsiedzie. A zatem: Rosja jest słaba ("rosyjska gospodarka zatrzymała się na etapie wydobycia", "dzisiejsza Rosja, choć wciąż z milionową armią, nie stanowi realnego zagrożenia dla NATO. Zdemoralizowana, nękana alkoholizmem i fatalnym stanem zdrowia poborowych może być przeciwnikiem dla Gruzji, ale nie dla Ameryki", "średnia życia mężczyzn w Rosji jest na poziomie Ghany" i w ogóle musi nastąpić jej "nieunikniona zagłada"). A zarazem publicysta wzywa zachodnich przywódców, żeby nie próbowali rozmawiać z tym upadającym państwem, tylko mężnie stawili mu czoła, przyspieszając – jak należy rozumieć – tę podobno nieuniknioną zagładę.
Jeśli prawdziwa jest jednak pierwsza część diagnozy – ta o obecnej Rosji jako o humbugu – to właściwie dlaczego prezydent Obama miałby słuchać Wróblewskiego i kierować ogromny, ale jednak ograniczony, potencjał USA przeciw moskiewskiemu "papierowemu tygrysowi"? Gdyby publicysta przedstawił wizję Rosji jako odradzającego się światowego mocarstwa, to w jego kierowanych do Waszyngtonu wezwaniach byłaby jakaś logika. Ale jeśli Rosja nie jest w stanie zagrozić paktowi atlantyckiemu, a w dodatku i tak sama upadnie, to po co – wobec konfliktu ze światem islamu i narastającego wyzwania ze strony Chin – waszyngtońscy stratedzy mieliby zaprzątać sobie nią przesadnie głowę?
Oczywiście, Polacy mają prawo (i obowiązek) postrzegać hierarchię zagrożeń inaczej, niż czyni się to w Białym Domu, Paryżu czy Berlinie. Sam ostatnio formułowałem na łamach "Rz" tezę o strategicznym charakterze polsko-rosyjskiego konfliktu interesów. Ale nie wolno zatrzymać się na tej konstatacji. Skoro jesteśmy częścią Zachodu, warto pomyśleć przez moment o jego interesach jako całości. A i o naszych własnych, trochę bardziej dalekosiężnych.
Czy zatem niezależnie od tego, czy i na ile możliwość totalnego upadku Rosji jako mocarstwa jest realna, powinniśmy się nią cieszyć? W świecie, w którym rośnie potęga Chin, kraju (tu chyba wreszcie zgodzimy się z Wróblewskim) znacznie bardziej niż Rosja niezdolnego do demokracji, a bodaj pluralizmu, i w odróżnieniu od Rosji totalnie obcego nam kulturowo? W świecie, w którym podstawowym (i jak wszystko na to wskazuje, aktualnym jeszcze przez dziesięciolecia) elementem ekspansjonistycznym jest radykalny islam? W świecie, którego ciężar i tak – nawet teraz, gdy Rosja istnieje i odgrywa dużą rolę – coraz bardziej przechyla się na południową półkulę?
Myślę, że jeśli nie zatrują nas antyrosyjskie resentymenty, będą to pytania jedynie retoryczne.
[i]Autor jest współpracownikiem "Rzeczpospolitej". Był m.in. prezesem PAP[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA