Świat

Do więzienia za polskie pałace

Pałac Umiastowskich, rozgrabiony w czasie pierwszej wojny światowej przez Niemców i zamieniający się w ruinę w dzisiejszej niepodległej Białorusi, najlepiej prezentuje się od strony rzeki Gawii. Gospodarze i goście wychodzili niegdyś na jej malowniczy brzeg, by wsiąść do łódki lub po prostu delektować się otaczającą przyrodą
Fotorzepa, Andrzej Pisalnik AP Andrzej Pisalnik
Żemłosław. Władze Białorusi nie mają pomysłu na zagospodarowanie niszczejących tu latami posiadłości polskiej szlachty. W ostatnim orędziu do narodu i parlamentu prezydent Aleksander Łukaszenko kazał wykorzystywać je do rozwoju turystyki. Czyli odsprzedawać prywatnemu biznesowi
Przedsiębiorcy nie kwapią się z kupowaniem „staroci” po cenach proponowanych przez państwo. Stare budowle potrzebują kosztownych renowacji. Gdy jednak nadarza się okazja nabycia zabytkowego majątku za przysłowiowy grosz – w grę wkracza prokurator.
Tak właśnie było z białoruską kopią pałacu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w warszawskich Łazienkach – z pałacem Umiastowskich we wsi Żemłosław (leży 40 kilometrów od Lidy w obwodzie grodzieńskim przy granicy z Litwą). Przewodniczący miejscowego kołchozu pozbył się za bezcen kłopotliwych, bo wymagających natychmiastowego remontu, zabudowań na rzecz biznesmena z Mińska. Teraz grozi mu do sześciu lat więzienia za korupcję. Prokuratura w Grodnie uznała, że równowartość 4 tys. dolarów, które przedsiębiorca wpłacił do kołchozowej kasy, to zdecydowanie za mało. Zespół pałacowo-parkowy liczy bowiem sześć budynków (sam pałac wyceniono na ok. 3 tys. dolarów) i jest wpisany na listę zabytków kultury i historii Białorusi. Wart jest co najmniej 50 razy tyle – uważają prokuratorzy.
– A pan tu na zwiady od nowego właściciela czy dziennikarz? – słyszę w trakcie fotografowania olbrzymiej, pomalowanej na srebrno, rzeźby radzieckiego żołnierza. Zasłania fasadę gmachu do złudzenia przypominającego ten w warszawskich Łazienkach. – A mnie sprzedano razem z tym pałacem – informuje starsza pani. Dowiedziawszy się, że jestem korespondentem polskiej gazety, biegnie do pałacowej oficyny. Wraca z książką „Żemłosław” Kazimierza Niechwiadowicza, który teraz mieszka w Poznaniu, ale urodził się (w 1957 r.) w leżących cztery kilometry od Żemłosławia Subotnikach. W oficynie, z której wraca „sprzedana z pałacem” Teresa Maskiewicz, rzeczywiście znajduje się jej mieszkanie. Otrzymała je od kołchozu tuż po II wojnie światowej albo – jak mówią w tych stronach – za drugich Sowietów (pierwsi to ci, którzy przyszli po 17 września 1939 r.). – Tego tu być nie powinno – macha ręką na pomnik żołnierza. Ma 77 lat i twierdzi, że pamięta, jak tu było za „prawdziwych panów”, czyli przed II wojną. Rodzice Teresy Maskiewicz pracowali przy pałacu. Matka doglądała kwiatów i sadzonek drzew, które sprowadzała do pałacowego parku, nawet z Ameryki, margrabina. Janina Umiastowska z domu Ostroróg-Sadowska herbu Nałęcz, wdowa po ostatnim właścicielu posiadłości hrabim Władysławie Umiastowskim, tytuł margrabiny otrzymała od papieża Benedykta XV w 1920 r. Ojciec pani Teresy Bronisław Maskiewicz pracował w stajni. W miejscu, gdzie stoi teraz otoczony zdziczałymi krzewami pomnik poległych na tych ziemiach żołnierzy 168. Pułku Strzelców 24. Samaro-Ulianowskiej Żelaznej Dywizji, kiedyś był klomb z kwiatami. – Szczególnym umiłowaniem pani cieszyły się róże – wspomina Teresa Maskiewicz, świetnie mówiąca po polsku. Na pytanie, dlaczego uważa, że została sprzedana razem z pałacem, odpowiada: – Bo sprzedano też oficynę, w której mieszkam, a ja nie mam gdzie się wyprowadzić. (Później dowiem się, że pani Teresa mnie zwodzi. Biznesmen, który kupił zespół pałacowo-parkowy wraz z jej mieszkaniem, nie miał zamiaru jej nigdzie wypędzać, a na dodatek zaklinał się, że wyremontuje lokum.) [srodtytul]ZSRR by go uratował[/srodtytul] Pytam panią Teresę o możliwość obejrzenia pałacowych wnętrz. Ma klucz tylko od lewego skrzydła. Gdy otwiera drzwi wejściowe, czuć zapach pleśni. – W zimie przechowujemy tu ziemniaki – tłumaczy, gdy dostrzegam charakterystyczne ślady wzdłuż ściany przy balustradzie schodów. Na piętrze znajduję dużą salę widowiskową. Na tylnej ścianie sceny odrapane socrealistyczne malowidło. Przedstawia tańczących kołchoźników. – Tu był klub, a wcześniej kaplica pałacowa, którą miejscowi nazywali kościołem, gdyż w Żemłosławiu świątyni nie było – tłumaczy pani Teresa. W kącie widać piec, nad nim wyrwa w suficie. Gdy pada deszcz, z płaskiego dachu pałacu (będącego też tarasem) tę część budynku zalewa woda. W sąsiednim pomieszczeniu wraki porzuconych mebli i rozbity fortepian. Najwięcej śmieci jest w mniejszych pokojach. Drzwi do jednego z nich udało się otworzyć tylko do połowy, tak był nimi wypełniony. Ze słów pani Teresy wynika, że w czasach, gdy w pałacu mieściła się siedziba sowchozu, klub i kino, a w innym skrzydle poczta – stan budynku był o wiele lepszy. Dopiero po opuszczeniu obiektu przez te wszystkie instytucje miejscowi i przyjezdni zaczęli obdzierać z kafli wykonane we francuskim stylu kominy i piece. Przez zabite deskami okno w centralnej części budynku można zajrzeć do pałacowego holu. Na podłodze leżą porzucone w nieładzie arkusze papieru. Można na nich dostrzec wykresy i cyfry charakterystyczne dla kołchozowej dokumentacji o udojach i zebranych plonach. Na ścianie zachowała się tablica informująca o seansach filmowych. – Tak naprawdę, gdyby nie rozpad ZSRR, pałac byłby uratowany – twierdzi Olga Kursiewicz, emerytowana nauczycielka miejscowej szkoły. Mieszkańcy Żemłosławia zarekomendowali mi ją jako osobę najlepiej znającą pałac Umiastowskich. Opowiada, że pod koniec lat 80. znane w całym ZSRR mińskie zakłady zegarowe Łucz planowały założyć tu sanatorium dla swoich pracowników. W tym celu specjaliści z pobliskich Sołeczników, leżących obecnie na terenie Litwy, wyczyścili dno przylegającego do pałacu stawu. – W 1991 r. jednak Sołeczniki raptem znalazły się w innym państwie, a i zakładom Łucz było już nie do sanatorium – wzdycha pani Olga. Gdy pytam o stosunek do transakcji zawartej przez przewodniczącego kołchozu z mińskim biznesmenem, pani Olga broni szefa kołchozu. – A co miał zrobić, jak w czasie żniw lub siewu telefonują do niego władze rejonowe i każą wygospodarować środki na konserwację zabytku? Miał nie zapłacić kombajnistom czy co?! Jest przekonana, że odsprzedanie pałacu za symboliczny grosz było słuszną decyzją. – Przecież biznesmen odremontowałby go i tchnąłby nowe życie do Żemłosławia – mówi. [srodtytul]Racja przewodniczącego kołchozu[/srodtytul] Żemłosław wymiera. Do tutejszej wiejskiej szkoły, którą ostatnio ze średniej przekształcono w bazową, uczęszcza obecnie niespełna 100 uczniów, włączając dzieci z okolicznych wsi i chutorów (szkoła bazowa to nauczanie do dziewiątej klasy, maturę na Białorusi zdaje się po ukończeniu 11. klasy). Olga Kursiewicz pamięta czasy, gdy było ich 400. – Młodzież nie widzi tu dla siebie żadnej perspektywy i szuka szczęścia w dużych miastach – twierdzi. Według niej wykorzystywanie pałacu Umiastowskich do, jak planował biznesmen, zorganizowania gospodarstwa agroturystycznego ściągnęłoby do Żemłosławia turystów i stworzyłoby miejsca pracy dla młodych. Opinię Olgi Kursiewicz o niesłusznym prześladowaniu przewodniczącego kołchozu podzielają eksperci. Przewodniczący Towarzystwa Ochrony Zabytków Anton Astapowicz zapewnia mnie, że należy się cieszyć, „gdy się pojawia taki ryzykant jak biznesmen, który kupił ten pałac”. – Prokuratura, która nie wiadomo dlaczego wycenia obiekt na 150 tys. dolarów, po prostu nie ma pojęcia o tym, jakich nakładów wymaga renowacja zabytku – mówi Astapowicz. Podkreśla, że pazerność władz, które próbują zarabiać na niszczejących posiadłościach szlacheckich, już nieraz obracała się w farsę. Tak było z dwukrotnym rozpisywaniem przetargu na zespół pałacowo-parkowy w byłym majątku Wołłowiczów w Świacku koło Grodna. Cena wywoławcza zachowanego we względnie dobrym stanie obiektu sięgała nawet 8 mln dolarów. – Gdy na przetargi nie stawił się żaden kupiec, postanowiono przekazać pałac w dzierżawę Bankowi Narodowemu Białorusi – mówi Astapowicz. – Po historii z pałacem Umiastowskich nawet kierownictwo Banku Narodowego zaczęło się zastanawiać, czy nie będzie miało nieprzyjemności ze strony prokuratury – wyjaśnia mi Witold Iwanowski, który dla przyszłych właścicieli posiadłości w Świacku oceniał ją pod kątem walorów zabytkowych. Iwanowski wspomina, jak kilka lat temu przedstawiał swoją opinię delegacji z Austrii, która reprezentowała Raiffeisen Bank powiązany kapitałowo z białoruskim Priorbankiem. Austriacy zastanawiali się wówczas nad kupnem pałacu Umiastowskich w Żemłosławiu. – Zrezygnowali, bo uznali, że białoruskie ustawodawstwo nie gwarantuje zagranicznemu inwestorowi prawa własności – mówi Iwanowski. W opinii Astapowicza inwestorów odstrasza nie tylko złe prawo, ale też wszechpotężna białoruska biurokracja. Czy o opiekę nad niszczejącymi dworami i pałacami szlacheckimi mogliby się ubiegać przedstawiciele rodów, do których te majątki należały? – Niestety, Białoruś nie ma ustawy o restytucji – rozkłada ręce Astapowicz. – Lista zabytków jest długa – ponad 4 tys. pozycji. A nawet gdy państwo znajduje środki na renowację, to nagminnie łamie jej zasady. U nas można spotkać takie cuda, jak zabytkowe budowle z oknami z plastiku – dodaje. – Stosunek do historii, szczególnie tej związanej z polskim dziedzictwem na Białorusi, niewiele się zmienił od czasów radzieckich – przekonuje grodzieński historyk i działacz opozycyjnego ruchu „O wolność” Edward Dmuchowski. Opowiada, jakie rozczarowanie przeżył, gdy podczas remontu domu Elizy Orzeszkowej w Grodnie dostrzegł pod osypanym tynkiem murów silikatowe cegły. – To oznacza, że przez dziesięciolecia władze okłamywały mieszkańców Grodna i turystów. Zapewniały, że przeniosły autentyczny dom pisarki o kilka metrów od jezdni, by nie przeszkadzał samochodom. W rzeczywistości ten prawdziwy został zburzony, a w zamian wzniesiono atrapę ze współczesnych materiałów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL