fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Smak starki

O Euro 2012 pisze się u nas i mówi w konwencji brazylijskiego serialu. Widać to wyraźnie, gdy pojawia się nad Wisłą jakiś ważny wysłannik europejskiej unii piłkarskiej UEFA tak jak ostatnio szef tej organizacji Michel Platini – by sprawdzić, czy budowane u nas trybuny schodzą się ze sobą i czy z niektórych rzędów da się zobaczyć więcej niż pół boiska.
[link=http://blog.rp.pl/fafara/2009/04/21/smak-starki/][b]Skomentuj na blogu[/b][/link]
W mediach przy okazji każdej takiej wizyty przewijają się pytania rodem z „Niewolnicy Isaury” kultowego serialu lat 80.: kocha nas ta UEFA czy nie kocha. A jeśli już kocha, to czy bardziej niż Ukrainę. To, co do tej pory zrobiliśmy na rzecz mistrzostw (a raczej – czego nie zrobiliśmy), wydaje się mieć znaczenie drugorzędne.
Ważniejsze jest, czy Platiniemu bardziej smakowała starka w eleganckim warszawskim lokalu, czy też bardziej podobała się przejażdżka po Kijowie najnowszym modelem mercedesa. Czytając relacje z wizyty słynnego niegdyś piłkarza, a dziś pierwszoplanowego działacza, można wysnuć wniosek, że decyzje UEFA w sprawie Euro 2012 będą efektem swego rodzaju zalotów, a nie analizy konkretnych dokonań.
Pal diabli ten absurdalny punkt widzenia. Bardziej razi mnie to, że nasi prominenci za każdym razem puszczają oko do wysłanników UEFA, dając im do zrozumienia, że my jesteśmy lepiej przygotowani do organizacji mistrzostw niż Ukraina i że Europejska Unia Piłkarska nie popełni błędu, jeśli odda nam ten turniej w dwóch trzecich, a najlepiej w całości. Cała Europa wie, że mistrzowski turniej załatwił dla Polski i Ukrainy Hrihorij Surkis z pewną pomocą Michała Listkiewicza.
Już z tego wynika obowiązek lojalności wobec partnera. To, że Ukraina znajduje się obecnie w znacznie trudniejszej sytuacji gospodarczej niż my, niczego w kwestii zasad nie zmienia. Mało tego. Spiskowanie za plecami współorganizatora akurat w takim momencie robi fatalne wrażenie. Kto jednak przejmuje się w dzisiejszych czasach czymś takim jak fatalne wrażenie?
Publiczne łamanie zasad odbywa się w Polsce niemal codziennie i dotyczy spraw znacznie ważniejszych niż piłka nożna. Ale może właśnie dlatego warto pokazać, że w dziedzinie drugorzędnej, takiej jak sport, reguły obowiązujące w polityce wcale nie muszą być stosowane. Zwłaszcza że te nasze gry wokół Euro to dyplomacja dość infantylna.
Rozumowanie, że Michelowi Platiniemu i jego ludziom przy podejmowaniu decyzji niezbędne są polskie podpowiedzi, wydaje się bardzo naiwne. Jestem przekonany, że smak starki i przejażdżki najnowszym modelem mercedesa w najmniejszym nawet stopniu nie wpłyną na werdykt UEFA.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA