fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wynajem

Tani lokal dla marszałka

Mieszkanie w tej sopockiej kamienicy państwo Kozłowscy kupili od gminy w 2007 r. za 20 proc. wartości, czyli 72 tys. zł. Dziś podobne ok. 70-metrowe mieszkanie w tej okolicy kosztuje blisko 900 tys. zł
Fotorzepa, Piotr Wittman Piotr Wittman
Izabela Kacprzak
W jaki sposób szef pomorskiej PO zdobył mieszkanie w Sopocie. Jan Kozłowski przejął je kosztem niespełna 300 tys. zł. Na wolnym rynku wydałby dwa razy więcej
Ulica Ludwika Mierosławskiego leży w atrakcyjnej willowej dzielnicy Sopotu, kilka minut od centrum. Dwie przecznice dalej mieszka premier Donald Tusk, znajomy byłego prezydenta Sopotu, a obecnie marszałka województwa pomorskiego i szefa PO w tym regionie Jana Kozłowskiego.
W sąsiedztwie – domy jednorodzinne i rezydencje. Ceny nieruchomości są w tych okolicach porównywalne z najwyższymi w kraju. Właśnie tu, w kilkurodzinnej kamienicy Kozłowski ma mieszkanie.
[srodtytul]Zaczęło się od portfela[/srodtytul]
Jak Kozłowscy weszli w posiadanie mieszkania komunalnego na Mierosławskiego? W 2006 r. spotkali 88-letnią dziś panią Genowefę.
– Przyjechała do nas pani Ewa (małżonka Jana Kozłowskiego – red.) po odbiór portfela męża – opowiada syn pani Genowefy. – Znalazłem go podczas pracy na plaży w Gdyni. Był telefon, zadzwoniłem. Nie wiedziałem wówczas, o kogo chodzi. Pani Ewa przyjechała i powiedziała, że mieszkanie jej się podoba. Chyba wtedy zaproponowała zamianę.
Starsza i schorowana pani Genowefa miała kłopoty z opłatą rachunków. Brakowało jej pieniędzy na wykup mieszkania i remonty. Przystała więc na propozycję, bo i tak chciała mieszkanie zamienić.
[wyimek]Jan Kozłowski w lokalu przy Mierosławskiego nie mieszka, zameldował się tam jego syn[/wyimek]
W styczniu 2007 r. doszło do porozumienia i za zgodą gminy Kozłowscy stali się najemcami lokalu komunalnego. Rodzina pani Genowefy dostała dwa mieszkania własnościowe.
[srodtytul]Zaskakująca wycena[/srodtytul]
Kozłowscy najemcami nie byli długo. Już w maju tego samego roku wykupili mieszkanie od miasta, uzyskując 80-proc. bonifikatę. Zapłacili 72 tys. zł.
W tym, że miasto udzieliło bonifikaty, nie było nic nadzwyczajnego (otrzymywali je rutynowo najemcy wykupujący lokale). Zaskakiwała wartość mieszkania, od której bonifikatę naliczono. W styczniu 2007 r. rzeczoznawca oszacował ją na 361 tys. 827 zł, czyli niespełna 5,2 tys. zł za mkw.
Choć był to lokal w fatalnym stanie, cena jak na Sopot była niezwykle niska. W 2007 r. trwał boom mieszkaniowy. Za metr płaciło się wówczas średnio 8 – 9 tys. zł, a w najlepszych lokalizacjach po kilkanaście tysięcy.
Kozłowscy, wliczając dwa mieszkania i zapłatę gminie, wydali na sopocki lokal ok. 270 tys. zł. Ostatnio jedno z biur nieruchomości wystawiło na sprzedaż podobne mieszkanie na tej samej ulicy. Cena: 870 tys. zł.
Marszałek (który dziś kandyduje do europarlamentu z pierwszego miejsca na pomorskiej liście PO) nie widzi w sprawie nic nagannego. – Mieszkanie nabyłem na zasadach wolnorynkowych, zgodnych z prawem – podkreśla. Anna Dyksińska z biura prasowego sopockiego magistratu też zapewnia, że Kozłowscy mogli dokonać takiej zamiany.
Jednak w październiku 2008 r. taki sposób przejmowania i wykupu komunalnych mieszkań władze Sopotu traktowały już z podejrzliwością.
[srodtytul]Biznes na komunałkach[/srodtytul]
„Dziennik Bałtycki” opisał wówczas mechanizm przejmowania i handlu takimi lokalami. „Scenariusz jest w takim wypadku prosty. Inwestor kupuje tanie mieszkanie, niekoniecznie w Sopocie, po czym kontaktuje się z osobą, która już w kurorcie jest najemcą lokalu komunalnego. Oferuje jej zamianę mieszkania. Zadowolone są obie strony. Najemca, którego nie było stać na wykupienie mieszkania, dostaje na własność inny lokal, zaś inwestor wykupuje od miasta z 80-procentową bonifikatą mieszkanie komunalne i staje się właścicielem atrakcyjnej nieruchomości w mieście, w którym ceny mieszkań są najwyższe w kraju i osiągają nawet pułap 20 tys. zł za metr kwadratowy” – tłumaczyła gazeta.
Paweł Orłowski, wiceprezydent Sopotu, stwierdził wtedy, że władze kurortu nie mogą pozwolić, by taka sytuacja trwała dłużej. – Zmienimy uchwały dotyczące sprzedaży mieszkań komunalnych – zapewniał. – Czasem zdarza się, że zamiany są zwykłą fikcją, a najemca ostatecznie pozostaje bez żadnego mieszkania. Mieliśmy już przypadki, że takie osoby, niedługo po całej transakcji, pojawiały się wśród sopockich bezdomnych.
Pani Genowefa nie została oszukana. Mieszka w bloku z synem. I nie narzeka.
– Jest przynajmniej ciepło – mówi „Rz”. – A pani Ewa przysyła mi zawsze koszyczek na święta. 
Jan Kozłowski w lokalu przy Mierosławskiego nigdy nie zamieszkał i nigdy się tam nie zameldował. Dziś w kamienicy mieszka jego syn Tomasz, zamożny prawnik, były partner znanej sopockiej Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów Głuchowski, Rodziewicz, Zwara i Partnerzy. Zameldował się tam w lutym 2009 r.
[srodtytul]Biedni czekają[/srodtytul]
W czasie gdy Kozłowscy zamieniali się na mieszkania, na lokal komunalny czekało w Sopocie wiele rodzin.
We wrześniu 2006 r. w jednej z gazet Cezary Jakubowski, ówczesny wiceprezydent miasta, informował, że czeka 114 rodzin. 27 mieszka w domach przeznaczonych do rozbiórki, dziesięć zasługuje na lokale socjalne z powodu ubóstwa, wobec 77 orzeczono eksmisję.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA