fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Niemieccy lewacy palą symbole luksusu

AFP
W Berlinie niemal co noc płoną porsche i mercedesy. W modnej dzielnicy Prenzlauer Berg podpalane są luksusowe domy, a w niedalekim Friedrichshain na ulicach powstają prawdziwe barykady.
To efekt działalności młodych anarchistów walczących w ten sposób z kapitalizmem i niesprawiedliwością społeczną
Haralda Fritza Goile obudził niedawno nad ranem dźwięk syreny strażackiej i zgiełk na ulicy Rigaer Strasse we wschodniej dzielnicy Berlina Friedrichshain. W mieszkaniu było aż jasno od płomieni, które trawiły jego porsche – nabyte niedawno za prawie sto tysięcy euro – oraz kilka sąsiednich samochodów. – Wiem doskonale, że w okolicy roi się od lewaków, anarchistów i temu podobnych, ale do tej pory było spokojnie – mówi Goile. Jest przekonany, że jego samochód padł ofiarą nienawiści młodych ludzi do kapitalizmu i stał się swego rodzaju symbolem walki o nowy porządek społeczny.
Takiego zdania jest także berlińska policja, która w ostatnich tygodniach ma pełne ręce roboty. Cała dzielnica obstawiona jest samochodami policyjnymi, w których spędzają noce funkcjonariusze, gotowi do natychmiastowego działania. Policjanci obserwują też newralgiczne punkty w dzielnicy Kreuzberg oraz w modnej i coraz droższej dzielnicy Prenzlauer Berg. Niewiele to pomaga. W ostatnich tygodniach nieznani sprawcy podłożyli ogień w dwóch przygotowywanych do oddania apartamentowcach, w których ceny luksusowych mieszkań sięgają miliona euro. W niedzielę wielkanocną na jednej z ulic zapaliła się utworzona w mgnieniu oka barykada z kontenerów na śmieci i desek z pobliskiej budowy. Policja i straż pożarna zostały obrzucone butelkami i kamieniami. W parku na Prenzlauer Bergu młodzi ludzie wywołali kilkanaście dni temu ogromny pożar. Pobliski komisariat policji jest regularnie atakowany pojemnikami z farbą i butelkami.
[srodtytul]Cel: „karoce” bogaczy[/srodtytul]
Drogie auta płoną niemal co noc w wielu miejscach niemieckiej stolicy. Ataki na „luksusowe karoce” trwają już od trzech lat, ale ich intensywność w ostatnim czasie zaskoczyła policję. Od początku roku spłonęło w Berlinie 70 takich samochodów. Policja jest bezradna. Nie udało się wytropić ani jednego sprawcy. Przed berlińskim sądem trwa wprawdzie od roku proces przeciwko trzem podejrzanym, ale przedstawione przez policję dowody ich winy są na tyle słabiutkie, że podejrzani odpowiadają z wolnej stopy. Policji nie pozostało nic innego jak wyznaczyć 10 tysięcy euro nagrody za informacje prowadzące do ujęcia sprawców. Wszystko na nic. – Wiemy, że jesteśmy pod stałą obserwacją policji, ale nie mamy nic do ukrycia – mówi Katherine. Rozmawiamy przed bramą odrapanego, starego, pokrytego po dach graffiti domu nr 34 przy Liebigstrasse na Friedrichshain. Mieszkają w nim młodzi ludzie wynajmujący wspólnie mieszkania. Życie towarzyskie toczy się na ulicy przy piwie, papierosach i skrętach.
[srodtytul]Do kogo należy Berlin?[/srodtytul]
Nad ulicą powiewa, zawieszony na linie łączącej dwa sąsiednie budynki, plakat z napisem: „Kolektywnie i ofensywnie dążąc do przewrotu”. Na ścianach hasła w rodzaju „The City belongs to us”. – Miasto należy do nas, a nie do bogaczy, którzy zawłaszczają sobie coraz to nowe dzielnice i wyrzucają nas na przedmieścia, jak w Paryżu – tłumaczy Klaus, przyjaciel Katherine. Są zdecydowani walczyć, ale zapewniają, że nie mają nic wspólnego z pożarami. Są pacyfistami, nienawidzą Busha, mordercy z Iraku i Afganistanu, i żądają sprawiedliwości. Ale rozumieją motywy podpalaczy. – Robią to z desperacji, bo nie wiedzą, jak walczyć z aparatem represji państwa. Podobnie było kilkadziesiąt lat temu, gdy powstawał RAF – tłumaczą.
RAF to Rote Armee Fraktion, grupa terrorystyczna, która zaczynała działalność w latach 60. ubiegłego stulecia od podpalenia domu towarowego we Frankfurcie nad Menem, a nieco później strzelała już do bankierów, przemysłowców i polityków.
[srodtytul]Wściekli kryminaliści bez ideologii[/srodtytul]
– Drugi RAF nie powstanie. To, co się dziś dzieje we wschodnich dzielnicach Berlina, to wściekły atak na kapitalizm niepodbudowany żadną ideologią – tłumaczy profesor Peter Grottian, politolog. Nic takiego nie dzieje się w innych miastach niemieckich poza sporadycznymi przypadkami w Hamburgu. Nikt nie podpala samochodów w bogatych dzielnicach Berlina czy Monachium, gdzie mieszkają milionerzy. – Dzisiejsi podpalacze to kryminaliści, którzy chcą zwrócić na siebie uwagę mediów – przekonuje Grottian. Podobnego zdania jest Harald Fritz Goile, były właściciel porsche z Rigaer Strasse. Wierzy, że wściekłość sfrustrowanej młodzieży jest zjawiskiem przejściowym. Pieniądze z ubezpieczenia przeznaczył na nowy samochód, duże BMW.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA