fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Z parlamentu do parlamentu

Piotr Winczorek
Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Poseł lub senator, który porzuca polski parlament dla Parlamentu Europejskiego, zachowuje się nie fair wobec swoich narodowych wyborców
[b][link=http://rp.pl/eurowybory09" "target=_blank]Serwis o eurowyborach 2009[/link][/b]
Wszystkie partie obecne w Sejmie i Senacie uznały za najwłaściwsze umieszczenie na listach wyborczych do Parlamentu Europejskiego bardzo wielu polskich posłów czynnych w obecnej kadencji. Wychodzą z założenia, że listy te powinny być zaopatrzone w niezawodnie działające lokomotywy w postaci znanych parlamentarzystów, którzy zapewnią im dostateczny rozpęd i atrakcyjność niezbędną, by zachęcić wyborców do ich poparcia w czerwcowym głosowaniu.
[srodtytul]Szlify polityków[/srodtytul]
Przyjęcie takiego rozwiązania nie jest prawnie zakazane. Aktualny parlamentarzysta może kandydować na inne stanowiska publiczne, lecz nie zawsze może je po szczęśliwym wyborze objąć. Stoi zazwyczaj przed alternatywą: pozostać posłem albo senatorem, zrzekając się urzędu, na który został w drodze głosowania powołany, czy też zrezygnować z dotychczasowego mandatu po to, by móc przyjąć nowy wybór.
Tak jest z posłami, którzy w trakcie kadencji zostali wybrani na senatorów; z parlamentarzystami, których powołano na stanowiska radnych w samorządzie terytorialnym; z prezydentem Rzeczypospolitej, który był dotychczas posłem lub senatorem. Nie inaczej jest w przypadku parlamentarzystów krajowych, których wybrano do Parlamentu Europejskiego. Zasada niepołączalności urzędów (incompatibilitas) jest zdrowa, pozwala bowiem unikać groźnego dla demokratycznego porządku ustrojowego kumulowania władzy.
Powstaje jednak pytanie, czy zdrowe jest zjawisko masowego kandydowania w trakcie kadencji polskiego Sejmu jego członków do ogólnoeuropejskiego organu parlamentarnego. Pomijając propagandowe nadzieje, jakie przywódcy partyjni wiążą z pojawieniem się na listach kandydatów o znanych nazwiskach, za taką decyzją przemawiać może chęć wykorzystania na forum unijnym doświadczenia zdobytego przez posłów w parlamencie krajowym.
Dziś kandydatami do PE są liczne osoby, które w polskim Sejmie zasiadają od dawna. Zdobyły zatem, należy domniemywać, odpowiednie szlify, by skutecznie i z godnością móc reprezentować Polskę i swe ugrupowania polityczne na międzynarodowej arenie.
[srodtytul]Weterani wypierają nowych[/srodtytul]
Nie powinno budzić większych zastrzeżeń to, iż ten czy ów nasz poseł lub senator zostanie wysunięty na kandydata w wyborach do parlamentu w Strasburgu i Brukseli. Niepokój, a powiem, że i pewien niesmak, budzi jednak masowość takiego zjawiska. Niepokój wynika z faktu, iż widać jak na dłoni, że żadna z naszych czterech największych partii politycznych nie ma dostatecznie rozbudowanego i przygotowanego zaplecza kadrowego, do którego może bez obawy sięgać w razie konieczności obsadzenia 50 zaledwie przypadających Polsce euromandatów. Musi się więc odwoływać do parlamentarnych weteranów, pozostawiając bardzo niewiele szans na wybór ludziom nowym i politycznie jeszcze niewykorzystanym albo nie w pełni wykorzystanym.
Nikłość szans wynika z tego, że pierwsze miejsca na listach, na które zwykle zwracają uwagę wyborcy i na które oddają swój głos, obsadzają, z rzadkimi wyjątkami, starzy wyjadacze.
Niesmak rodzi się natomiast wówczas, gdy uprzytomnimy sobie, jakie znaczenie ma przyjęcie mandatu posła lub senatora w parlamencie krajowym. Wybór dokonany przez obywateli przynosi zaszczyt wybranemu, ale nakłada też na niego bardzo poważne obowiązki. Ich podstawą jest rodzaj obejmującego całą kadencję izb kontraktu zawartego między mandatariuszem a narodem na reprezentowanie go w parlamencie, dbanie o jego prawa i interesy.
Wycofanie się z tego kontraktu jest możliwe w szczególnie uzasadnionych przypadkach przez zrzeczenie się mandatu; niekiedy bywa narzucone przez prawo, gdy np. mandatu tego nie można łączyć z innymi urzędami. Lecz poseł lub senator, który porzuca polski Sejm lub Senat dla Parlamentu Europejskiego, zachowuje się nie fair wobec swoich narodowych wyborców.
Można wprawdzie powiedzieć, że czyni tak za ich zgodą wyrażoną w wyborach europejskich, ale, jak już wskazywałem, wyborcy ci są zwykle postawieni przez promujące kandydatów partie polityczne w sytuacji znacznego faktycznego skrępowania.
[srodtytul]Skuteczna, ale naganna[/srodtytul]
Przyjmijmy na moment, że do Parlamentu Europejskiego dostają się wyłącznie kandydujący z różnych list aktualni posłowie. Mają to być najlepsi polscy parlamentarzyści, o tym przynajmniej przekonują nas ich polityczni sponsorzy. Jeśli to prawda, to polski Sejm zostałby pozbawiony 50 znakomitych postaci, a polscy obywatele swych 50 świetnych przedstawicieli.
Ich mandaty poselskie przejęłyby osoby, które w ostatnich krajowych wyborach uzyskały kolejną największą liczbę głosów na danej liście. Rozumując zgodnie z logiką partyjnych polityków układających te listy, nie są to osoby równie cenne jak te, które do PE zostały wybrane, bo na listach w eurowyborach nie zostały umieszczone. W ten sposób polski parlament zostałby osłabiony personalnie, bo "gorszy pieniądz" wyparłby lepszy.
To rozumowanie nie musi być oczywiście poprawne w każdym przypadku. Niekoniecznie bowiem jest tak, że niewybrani do Sejmu w 2007 r. byli z istoty swej gorsi niż wybrani. Mogą być nawet lepsi. Pokazuje jednak, jak partyjni politycy traktują wyborców i jak niewysoko sobie cenią polskie izby ustawodawcze.
Wybory do PE dopiero przed nami, a już się słyszy, że niektórzy z eurokandydatów mają jedynie odgrywać rolę wabika przyciągającego wyborców. Gdy znane nazwiska odegrają ją z powodzeniem i uzyskają europejski mandat, natychmiast się go zrzekną. Pozwoli im to zachować mandaty w polskim parlamencie. Ich miejsce zajmą mniej znani, kolejni z list.
Taktyka ta może być skuteczna, ale jest moim zdaniem szczególnie naganna. Wyborcy, tak polscy, jak i europejscy, są tu traktowani wyjątkowo instrumentalnie. Przypomina to sytuację, w której sprzedający jakiś towar reklamuje go przy użyciu najlepszych oryginalnych i najatrakcyjniej wyglądających egzemplarzy, a gdy dochodzi do jego wydania, po zapłaceniu przez klienta ceny wciska mu się podróbkę, próbując wmówić, że jest to nadal towar, który pojawił się w reklamie.
[srodtytul]Efektywność i przyzwoitość[/srodtytul]
Żeby nie było wątpliwości – wymiana na stanowisku eurodeputowanego jest przez ordynację wyborczą dopuszczona. Ale nie było i nie mogło być założeniem jej twórców, że wybór dokonywany przez obywateli będzie wyborem na niby. Jeśli tak by miało być, twórca tego aktu musiałby uznać za dopuszczalne oszukiwanie wyborców. Czy ma to coś wspólnego z wyborami wolnymi i uczciwymi? Bardzo wątpię.
Konkludując, nie chcę nikogo namawiać do odrzucania kandydatów do PE, którzy w momencie wyborów będą polskimi posłami lub senatorami. Takie namowy nie byłyby pewno skuteczne. Zastanówcie się jednak, kochani politycy, czy postępujecie uczciwie wobec obywateli. Bo efektywność medialna i dopuszczalność prawna nie muszą iść w parze z przyzwoitością.
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą tematyki konstytucyjnej, stałym współpracownikiem "Rzeczpospolitej"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA