Wiadomości

Niemcy próbują wyprzeć prawdę ze świadomości

Z punktu widzenia jednostkowego można tłumaczyć, że ludzie nie chcą myśleć o odpowiedzialności za coś, na co oni sami nie mieli wpływu - mówi Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych RP
[b]Rz: Mimo protestów Polski określenia zakłamujące historię wciąż pojawiają się w zagranicznych mediach, i to tych najbardziej wpływowych. Może to świadome działanie?[/b]
Nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś miał dziś odwagę świadomie zakłamywać historię. W Niemczech doszło do głosu pokolenie, które nie zdaje sobie sprawy z tego, co się działo w czasie II wojny światowej, jaka była odpowiedzialność Niemców za to, co się wydarzyło na terytorium Polski. To pokolenie było wychowywane na programach szkolnych, na podręcznikach, które zaprzeczały prawdzie, nie poprzez jej fałszowanie, ale całkowite wypieranie ze świadomości. Niemcy uczyli się o Francji, ale Polska to był temat tabu. Z punktu widzenia jednostkowego można tłumaczyć, że ludzie nie chcą myśleć o odpowiedzialności za coś, na co oni sami nie mieli wpływu. Ale efekt jest taki, że Niemcy myślą, iż zbrodnie były popełniane przez jakąś oszalałą grupkę zbrodniarzy, którzy dorwali się do władzy. Tylko że ta grupka miała poparcie 95 procent niemieckiego społeczeństwa. Hitler został wybrany i do 1938 roku cieszył się rosnącym poparciem. Ci, którzy mieli wcześniej wątpliwości, w czasie wojny nie mieli odwagi ich wyrażać. Ale nawet w czasie, kiedy mogli, tego nie robili. Jest teraz na ekranach film o Stauffenbergu, który – będąc przedstawicielem arystokracji – całkowicie popierał Hitlera, dopóki ten zwyciężał. Zbuntował się, podobnie jak wielu innych, dopiero kiedy Hitler zaczął wojnę przegrywać. Nazizm to był produkt niemieckiej filozofii, niemieckiej historii, a nie ideologia narzucona z zewnątrz. Ta zatruta świadomość powinna zostać po wojnie wytrawiona, ale tego nie zrobiono. [b]Przecież tak dużo mówi się o niemieckim poczuciu winy i rozliczeniu z przeszłością.[/b]
W Niemczech podjęto ogromny wysiłek na rzecz stworzenia państwa demokratycznego, ale - dla komfortu psychicznego - nie mówiono o pewnych sprawach. Dla mnie zdumiewające jest to, że w Szwecji, która nie była ani opanowana przez faszystów, ani okupowana przez Niemców, ani nie ponosi odpowiedzialności za zbrodnie, premier Göran Persson potrafił zrobić coś, czego nie zrobili Niemcy. Kiedy się zorientował, że narastają skrajnie prawicowe ruchy młodzieżowe, uruchomił cały program nauczania o niemieckich obozach koncentracyjnych i nakazał, by młodzież przynajmniej raz w życiu była zobowiązana odwiedzić taki obóz. Wydano bezpłatny podręcznik, który rodzinom mającym dzieci w wieku szkolnym dostarczano do domów. Niemcy nie muszą słuchać Polaków, ale gdyby poszli w ślady Szwedów, to nie mielibyśmy dzisiaj prawdopodobnie tych niedouczonych redaktorów. Wolę wierzyć, że jest to wynik ignorancji obecnego pokolenia, ale to właśnie ona jest największym zagrożeniem w relacjach polsko-niemieckich. Nie można nad tym przejść do porządku dziennego. Każdy taki przypadek powinien nam uświadamiać, że jest to lekcja do odrobienia dla niemieckiego systemu oświaty i wychowania. [b]A jeśli ta lekcja nie zostanie odrobiona? Mamy powody się obawiać, że politycy, którzy chcą się przypodobać Związkowi Wypędzonych, za 30 lat będą zabiegać o głosy milionów wyborców żyjących w przekonaniu, że to nie Niemcy, tylko Polacy budowali obozy, a decyzja mocarstw o zmianie granic to bezprawne zagarnięcie przez Polskę części terytorium Niemiec?[/b] Należy wierzyć, że potrafimy się temu przeciwstawić. W Europie jest klimat niezgody, nietolerancji wobec faszyzmu i neonazizmu. Nie powinniśmy malować czarnego luda tam, gdzie mamy o wiele więcej ludzi dobrej woli, którzy chcą temu postawić tamę. Trzeba się odwoływać do pozytywnych sił, które wielokrotnie dały świadectwo, że nie ma zgody na przepisywanie historii. To prawda, że te siły są dzisiaj w znacznej mierze w opozycji. I będą w niej, bo wygląda na to, że chadecja wygra wybory. Chadecy mieli cały czas w tej sprawie postawę ambiwalentną. Przywódcy byli przeciwni relatywizowaniu winy, ale uważali, że prosty naród ma prawo do własnych poglądów. To nie dotyczy tylko nazewnictwa, bo to jest drugorzędna sprawa wobec tego, że Helmut Kohl po upadku komunizmu był przeciwny uznaniu granicy na Odrze i Nysie. Nie dlatego, by liczył na jej zmianę. Tylko dlatego, że wiedział, iż jeśli powie otwarcie, że ma ona charakter ostateczny, to straci poparcie i jego partia może przegrać w nowych landach.Paradoksem historii jest to, że Niemcy wschodnie, które w czasach NRD prezentowały się wobec świata jako państwo antyfaszystowskie, okazały się dziś gniazdem wszystkiego co najgorsze w Niemczech. To tam odradzają się siły neonazistowskie. Ponieważ NRD była państwem totalnie zakłamanym, to nowe pokolenie, które je odrzuciło, przyjęło ekstremalnie przeciwstawną postawę, dzięki czemu kwitną tam faszyzm i szowinizm. [b]Czy polskie MSZ powinno wytaczać procesy autorom kłamliwych i obraźliwych dla Polaków określeń?[/b] Jak kiedyś powiedziałem w moim exposé, należy raczej wykorzystać możliwości oddziaływania przez środowiska opiniotwórcze. Działanie „Rzeczpospolitej”, która zwróciła się do swoich partnerów na świecie, miało nieporównanie większy skutek niż działanie biurokratów i dyplomatów. Bo jeśli nawet redaktor naczelny zgodzi się zamieścić list czy sprostowanie, robi to z dystansem, na 15 czy 17 stronie. Natomiast kiedy redaktorzy naczelni utrzymują kontakty między sobą, to reakcja tych środowisk jest dużo bardziej zdecydowane i skuteczna.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL