fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Książka przeciwko senności umysłu

Maciej Rybiński
Fotorzepa, Darek Golik
Jonah Goldberg stwierdza w "Liberalnym faszyzmie", że Mussolini i Hitler byli – jak dziś Hillary Clinton czy Al Gore – dyktatorami dobra dążącymi do stworzenia raju powszechnej szczęśliwości
[b]Skomentuj [link=http://blog.rp.pl/rybinski/2009/03/15/ksiazka-przeciwko-sennosci-umyslu/]na blogu[/link][/b]
Miałem teraz dwie bezsenne noce, które spędziłem z książką amerykańskiego historyka Jonaha Goldberga "Liberalny faszyzm" ("Liberal fascism. The Secret History of the American Left from Mussolini to the Politics of Meaning"). Już sama okładka dziejów amerykańskiej i europejskiej myśli politycznej ostatniego stulecia jest fascynująca – uśmiechnięte słoneczko, symbol wszelkiego postępu, ozdobione wąsikami Hitler.
Z tyłu okładki kilka opinii o tej książce, wśród nich takie zdanie Newta Gingricha, byłego przewodniczącego amerykańskiego Kongresu: "Zastąpiliśmy boskie prawa królów boskimi prawami samozwańczych grup. Goldberg prowadzi nas do nowego rozumienia i zmusza do głębszego myślenia". Dlatego właśnie, jak sądzę, ta książka nie zdobędzie rozgłosu i popularności ani w Europie, ani zwłaszcza w Polsce. Kto lubi być zmuszany do myślenia i to głębszego?
[srodtytul]Władza nad słowami[/srodtytul]
Opisywany przez Goldberga rodzaj, sposób i stan polityzacji społeczeństw, którego korzeni szuka on – i znajduje – w marksizmie, faszyzmie Mussoliniego i nazizmie Hitlera – jest właśnie narzędziem odwodzenia ludzi od samodzielnego myślenia, zastępowanego ideologiczną, właściwie mitologiczną papką. Bezdyskusyjną.
Goldberg używa pojęcia "liberalny" w amerykańskim znaczeniu, ale przecież coraz powszechniej akceptowanym w Europie na określenie lewicy. Jeszcze jeden termin skutecznie skradziony i sprostytuowany przez lewactwo. Ale jakże skutecznie. Władza nad słowami jest władzą nad umysłami, a w konsekwencji nad ludźmi. Trudno przed tą brutalną, choć dyskretną władzą się obronić.
Sam wzdrygnąłem się i przed zbitką "liberalny faszyzm", i przed przypisywaniem amerykańskiej i europejskiej lewicy, dla jasności wykładu użyjmy raczej terminu "progresywistom czy postępowcom" (co jest zresztą kolejnym nadużyciem językowym) paranteli z faszyzmem. Polakowi faszyzm kojarzy się z Oświęcimiem, Holokaustem, ulicznymi łapankami i egzekucjami. Jesteśmy także, wszyscy, wychowankami sił postępu i udało się nas wychować w wierze, że faszyzm i nazizm to prawica, ideologia konserwatywna, dyktatura wstecznictwa.
Tymczasem Goldberg stwierdza, i to niegołosłownie, że Mussolini i Hitler byli – jak dziś Hillary Clinton czy Al Gore – dyktatorami dobra dążącymi do stworzenia raju powszechnej szczęśliwości. Oczywiście po usunięciu wszystkiego (i wszystkich), co stoi na przeszkodzie ku realizacji ostatecznego szczęścia. Przede wszystkim nieortodoksyjnego, swobodnego i odważnego myślenia i jego eksponentów.
[srodtytul]Logika faszyzmu[/srodtytul]
Bezwładność umysłów, przyzwyczajenie, a także strach przed ostracyzmem powodują, że wyrzucamy poza świadomość wiele rzeczy tak naprawdę doskonale nam znanych, ale takich, które nigdy albo bardzo rzadko stają się elementem myślenia. Goldberg przypomniał mi na przykład, że Bismarckowski Kulturkampf w narzuconej interpretacji, a także w potocznym rozumieniu jest dziś traktowany jako przykład skrajnej reakcji, instytucja prawicowa służąca narzuceniu wstecznych wartości.
Tymczasem, co wiedzieliśmy kiedyś, ale nam zapomniano, a o czym przypomina Goldberg, to była wojna przeciwko niemieckim katolikom, jedynej sile społecznej zdolnej ze swoją hierarchią wartości przeciwstawić się pruskiej dominacji po roku 1873. Kulturkampf miał uwolnić Niemców z więzów antygermańskiej, obcej ideologii chrześcijańskiej i poprowadzić ich drogą nacjonalizmu, scjentycyzmu i postępu.
Chrześcijaństwo było też, pół wieku później, najpoważniejszym przeciwnikiem Hitlera. I dziś jest, już nie tylko w Niemczech, niebezpieczne dla usiłujących zorganizować świat na nowo progresistów. Aby osiągnąć swój cel, muszą oni – jak Bismarck, Mussolini, Hitler – zbudować własny kościół fanatyków. A najłatwiej buduje się na gruzach starego. Chrześcijaństwo jest największym wrogiem postępu i synonimem nie tylko wstecznictwa, ale także rasizmu, seksizmu, homofobii.
Goldberg przypomniał mi także, że rewolucja młodzieżowa 1968 r. zaczęła się w roku 1910 we Włoszech od futurystycznego barbarzyństwa i poetyckich wieców. Przypominała dość dokładnie tę, która po dekadach stała się mitem założycielskim progresywistów – łącznie z grą na gitarze, filozofią hinduską i wolną miłością.
Niedługo potem William James opublikował słynny esej "Moralny ekwiwalent wojny", w którym propagował militaryzację społeczeństwa jako odpowiedni model dla osiągania ostatecznych i szlachetnych celów. Socjalne inicjatywy stały się bitwami – Mussolini prowadził "bitwę o zboże", Stalin "bitwę o transport", w PRL mieliśmy "bitwę o handel". To się wcale nie skończyło. To trwa.
"Każdego dnia – pisze Goldberg – słyszymy o "wojnie z rakiem", "wojnie z narkotykami, " "wojnie z biedą", słyszymy nawoływania, aby traktować te czy inne wyzwania społeczne jako moralny ekwiwalent wojny. Od opieki zdrowotnej przez kontrolę posiadania broni czy globalne ocieplenie liberałowie sugerują, że powinniśmy wznieść się ponad politykę i odrzucić ideologiczne różnice, aby wyjść naprzeciw potrzebom ludzi. Eksperci i naukowcy wiedzą, co robić, a więc czas debatowania się skończył. To, choć w miłej i bardziej strawnej formie, jest logika faszyzmu".
Nie sposób omówić tu szczegółowo 500-stronicowej książki napchanej faktami, polemicznej, fascynującej. Już choćby sam problem upaństwowienia jednostki na gruncie jedynie obowiązującej ideologii i za pomocą poddania jej opiece, ochronie, ale i oczywiście kontroli państwa, to temat na dłuższe rozważania. Tak jak rozbicie rodziny, odarcie jej z wartości i poddanie dzieci publicznemu, ideologicznemu systemowi wychowawczemu praktycznie od momentu urodzenia.
[srodtytul]Opakowane szczęście[/srodtytul]
Chciałbym, żeby praca Goldberga wyszła w polskim tłumaczeniu, byłoby się o co spierać na trochę wyższym poziomie niż piwniczne lochy, do jakich jesteśmy przywykli. Ale większych złudzeń nie mam. Taki dyskurs nie jest potrzebny, skoro trwa wojna o dusze.
Więc tylko jeszcze jeden wątek z Goldberga. Powiada on, że z dwóch literackich wizji przyszłości – "Roku 1984" i "Nowego, wspaniałego świata" – wizja Orwella jest najbardziej znana, natomiast wizja Aldousa Huxleya okazała się bardziej prorocza. Dyktatura dziś nie opiera się na brutalności, tylko na zdolności do uszczęśliwiania ludzi rozrywką telewizyjną i psychoaktywnymi lekami. Polityka stała się narzędziem dostarczania opakowanego ładnie szczęścia. Coraz więcej z nas czeka już tylko, kiedy paczka zostanie doręczona.
My, Polacy, mamy pecha. Jako jedni z nielicznych przerabiamy już drugą wizję literacką – po Orwellu teraz przyszła kolej na Huxleya. Dlatego z satysfakcją odetchnąłem na twardym, realnym gruncie Goldbergowego opisu świata.
[i]Autor jest publicystą i felietonistą dziennika "Fakt"[/i]
[ramka][b]Jonah Goldberg - Młot na liberałów [/b]
Amerykański pisarz i publicysta Jonah Goldberg, autor "Liberalnego faszyzmu", jest uważany dziś za wroga nr 1 amerykańskiej lewicy.
W kąśliwych tekstach broni tradycyjnych amerykańskich wartości: wolności słowa, moralności i wiary w wolny rynek. Systematycznie wytyka demokratom demoralizację, pacyfizm i niekompetencję ekonomiczną.
Rozgłos zdobył przy okazji afery rozporkowej Billa Clintona. Jego matka Lucianne Goldberg namówiła pracującą w Pentagonie Lindę Tripp do nagrania jej rozmów z Moniką Levinsky. Nagrania te stały się dla amerykańskiego skandalu tym, czym konwersacje Adama Michnika z Lwem Rywinem dla Rywingate. Kiedy administracja Clintona starała się zdyskredytować Lucianne Goldberg, Tripp i Levinsky, Jonah Goldberg występował w ich obronie, m.in. na łamach "New Yorkera".
Goldberg jest absolwentem Goucher College. Po studiach pracował w Pradze czeskiej jako nauczyciel angielskiego. Następnie w Waszyngtonie znalazł zatrudnienie w American Enterprise Institute, konserwatywnym think-tanku (tym samym, z którym związany był w latach 2002 – 2005 Radosław Sikorski). Pracował też w kilku agencjach informacyjnych oraz współtworzył wiele telewizyjnych filmów dokumentalnych.
Od 1998 roku jest publicystą i redaktorem konserwatywnego "National Review". Regularnie pisuje do internetowego wydania "National Review" oraz "Los Angeles Timesa", a okazjonalnie – do wielu czołowych amerykańskich gazet, jak "Wall Street Journal" czy "New York Post". [i]br[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA