fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Chłopiec z tabloidu

Kazimierz Marcinkiewicz
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Kazimierz Marcinkiewicz, jeszcze niedawno szanowany polityk, stał się niewolnikiem tabloidów i nic nie wskazuje na to, by chciał się z tej pułapki wyrwać. To kolejny przykład „wygasania ideowego“ polskich konserwatystów – pisze publicysta „Rzeczpospolitej“
[b][link=http://blog.rp.pl/semka/2009/01/27/chlopiec-z-tabloidu/]skomentuj na blogu[/link][/b]
To zdjęcie z kochanką przesłał nam Kazimierz Marcinkiewicz jako ilustrację do wywiadu – pisze „Super Express“. Portale drukują wywiady z byłym premierem, w których opowiada, jak przy bożonarodzeniowym stole oznajmił swojej dotychczasowej rodzinie, że zamierza założyć nową. Gdyby nie świadomość, co mogą czuć w takiej sytuacji bliscy Marcinkiewicza, ekshibicjonizm byłego premiera mógłby skłaniać do ironicznych uwag. Podobnie jak niedawna sesja zdjęciowa przy okazji wyboru pierścionka dla nowej narzeczonej.
[srodtytul]Staroświecka odmienność [/srodtytul]
Od tygodnia tabloidy i portale internetowe żyją rozwodem Marcinkiewicza. Bardziej poważne dzienniki początkowo się wahały, czy uchodzi pisać o całej sprawie. Jednak trudno już żenującego zachowania byłego premiera nie zauważać. Politycy PO przebąkują, że ostatnie wyskoki Marcinkiewicza zamykają kwestię jego startu do europarlamentu. Inni spekulują, czy były szef rządu z rozmysłem nie ujawnił rozpadu małżeństwa właśnie teraz, aby sprawa przyblakła do czerwca, gdy odbędą się eurowybory. – Nie ma decyzji, żeby Marcinkiewicz był twarzą PO w eurowyborach. Marcinkiewicz ma inne plany. Tematu nie ma i nie będzie – zapewnia Grzegorz Schetyna .
Trzy lata temu jako premier zastanawiał swoją popularnością nawet wyważonych komentatorów polskiej polityki. Dziś dominuje raczej zażenowanie. Lubiany i szanowany niegdyś polityk stał się niewolnikiem tabloidów i nic nie wskazuje na to, by chciał się z tej pułapki wyrwać. Co takiego zdarzyło się w ciągu tych trzech lat i co mówi nam to o polskiej scenie politycznej?
Nowe wcielenie Marcinkiewicza to kolejny przypadek „wygasania ideowego“ ludzi z szeroko rozumianego pokolenia młodopolaków. W latach 80., gdy zaczynałem ocierać się o politykę, bohater tego tekstu należał do drugiej generacji Ruchu Młodej Polski. Były to pierwsze lata pontyfikatu Jana Pawła II i odkrywanie siły katolicyzmu odbywało się z całym entuzjazmem wyrywania się z pozbawionego wartości świata PRL. Marcinkiewicz należał do konserwatywnych młodych wychowanków księdza Witolda Andrzejewskiego, zasłużonego duszpasterza z Gorzowa Wielkopolskiego.
Kazimierz Marcinkiewicz ożenił się z Marią w 1981 roku. Pamiętam ten okres skromnych, ale niezwykle barwnych ślubów młodych opozycjonistów z ich pierwszymi licealnymi sympatiami. Pamiętam radość z narodzin dzieci w ponurych latach stanu wojennego. Czasy, gdy zamiast wódki – kojarzącej się z szarzyzną PRL – demonstracyjnie piło się wino. Czasy ciemne, ale w jakiś sposób świetliste. W latach 80. Marcinkiewicz łączy słabo płatną posadę nauczyciela w szkole podstawowej z działalnością w gorzowskim podziemiu. Po 1989 roku za wcześniejsze lata wyrzeczeń otrzymuje nagrodę. Zostaje kuratorem wojewódzkim, a w 1992 roku, po wejściu ZChN do rządu Suchockiej, wiceministrem oświaty.
Ociera się wtedy o Warszawę, ale pozostaje skromnym człowiekiem. Po dojściu do władzy SLD w latach 90. wraca do Gorzowa, gdzie działa w miejscowym ZChN i w lokalnych instytucjach szkolnych, jednocześnie wchodząc w skład diecezjalnej rady duszpasterskiej.
W tych latach 90. ludzie pochodzący z RMP potrafili jeszcze szczycić się swoją konserwatywną odmiennością. Ich staroświeckość wciąż miała sporo wdzięku. Przed oczyma staje mi Wiesław Walendziak jako gość Niny Ternetiew w programie „Bezludna wyspa“ – przebrany w XIX-wieczny cylinder i muszkę – opowiadający z wdziękiem, jak długo i wytrwale zabiegał o względy swojej żony.
[srodtytul]Whisky, cygara i maturzystki [/srodtytul]
Coś zaczyna się zmieniać wraz z rządem Jerzego Buzka. Walendziak zostaje szefem URM i ściąga Marcinkiewicza do stolicy – na szefa gabinetu politycznego premiera. Po katastrofie AWS obaj trafiają do PiS.
Ówczesny Marcinkiewicz już jest nieco inny niż dawniej. Podkreśla jeszcze swój konserwatyzm, ale jest coraz bardziej światowy, mówi o swoim biznesowym obyciu i znajomości europejskich stolic. Coraz mniej przypomina swoich niegdysiejszych mentorów, takich jak inny gorzowianin Marek Jurek, traktujących nadal swój związek z Kościołem niezwykle serio.
Tak kończy się pewna epoka. Ludzie, których nie zmieniło kilkanaście lat po 1989 roku, dopiero teraz zaczęli się rozsmakowywać w dobrej whisky i markowych cygarach. Fascynować się warszawskim clubbingiem. Literackie echa tej przemiany znaleźć można w powieści „Umoczeni“ Andrzeja Horubały. Nieprzypadkowo niedługo później do biznesu odchodzi z polityki bliski przyjaciel Marcinkiewicza Wiesław Walendziak.
Rok później los uśmiecha się do Marcinkiewicza. Wskutek splotu różnych okoliczności i upadku idei PO – PiS gorzowski polityk otrzymuje od Jarosława Kaczyńskiego nominację na premiera. Do dziś specjaliści od public relations głowią się nad przyczynami jego ówczesnej popularności. Na pewno jedną z nich była prowadzona przez szefa rządu świadoma gra tabloidami przeżywającymi wówczas swą pierwszą młodość.
Wtedy też rodzi się Marcinkiewicz – człowiek zabawy. Polacy oglądają premiera na zdjęciach z dyskotek i studniówek w otoczeniu młodych dziewcząt. Na razie to tylko swojacki styl i szarmanckie całowanie maturzystek w ręce.
[srodtytul]Apetyt na życie[/srodtytul]
Dziś można się zastanawiać, jak bardzo owa niespodziewana nominacja i idąca za tym popularność na dłuższą metę zepsuła Marcinkiewicza. Inaczej wygląda też decyzja Jarosława Kaczyńskiego, który po ośmiu miesiącach odebrał Marcinkiewiczowi premierostwo – co wtedy odczytywano jako przejaw zazdrości o popularność i mściwości lidera PiS.
Kazimierz Marcinkiewicz nie został jednak przez PiS odrzucony. Wciąż dostawał od swojej partii prezenty na pocieszenie, na które w niewielkim stopniu zapracował. Najpierw został pełniącym obowiązki prezydenta Warszawy, potem kandydatem PiS na prezydenta stolicy, a po porażce podano mu na tacy stanowisko w londyńskim EBOR. Dopiero tam, w Londynie, Marcinkiewicz poczuł silniejszą potrzebę rozliczenia się z Jarosławem Kaczyńskim i wsparcia Platformy Obywatelskiej. Londyńskie City najwyraźniej uderzyło mu do głowy.
Pierwszym sygnałem dla byłego premiera, że coś z nim samym jest nie tak, powinna być zmiana nastawienia polskich mediów do „najsłynniejszego Polaka nad Tamizą“. Niespodziewanie, nie wiadomo od kiedy, przestał być traktowany całkiem serio. Marcinkiewicz przeoczył ten moment. Żył w Londynie, skąd z każdym dniem było coraz dalej do Polski, a tym bardziej do gorzowskiego domu. Wspomnienia ze ślubu z 1981 roku jawiły się jako prehistoria. Jedni pewnie nazwą to kryzysem 50-latka, inni ostatecznym testem dla pokolenia konserwatystów, „którym się udało“. Zastanawiające jest, jak nagły skok cywilizacyjny Polski (co symboliczne – zbieżny z wejściem Polski w 2004 roku do Unii) skłonił ludzi, którzy latami odmawiali sobie wielu rzeczy, by teraz nabrali konsumpcyjnego apetytu na życie. Nasuwa się analogia z zachodnioeuropejskimi chadekami z lat 60. i 70., którzy po latach mieszczańskiego, ustatkowanego życia zaczęli się rozwodzić, szybko oddalać się od zaprzyjaźnionych proboszczów i życzliwych biskupów. Nagle odkrywali, że sekretarki są ponętniejsze od żon zmęczonych wychowaniem wielu dzieci, a barwne życie polityka daje wiele okazji, którym nie sposób się oprzeć.
[srodtytul]The show must go on [/srodtytul]
Zwolennicy postępu obyczajowego uwielbiają kpić z takich upadłych konserwatystów. Bardziej umiarkowani zwolennicy ładu liberalnego będą kiwać tylko głowami z pobłażliwym poczuciem nieuchronnego końca starych czasów. Tyle o sobie wiemy, ile nas wystawiono na pokuszenie – dodadzą sceptycy.
W wypadku Kazimierza Marcinkiewicza elementem „kuszenie konserwatysty“ był rzadko spotykany szybki awans polityczny i kariera medialna. Tabloidy wykreowały Marcinkiewicza na celebrytę, którego każdy krok życiowy kontrolowany jest przez wścibskie media. Celebrytę, którego każdy krok śledzi armia fotoreporterów. Kiedy były premier stracił nad tym kontrolę? Kiedy po raz pierwszy nie starczyło czasu na telefon z Londynu do Gorzowa? A może jeszcze wcześniej brakowało czasu na telefony z gabinetu premiera do rodzinnego domu?
Kiedy zaczęły mu imponować rzeczy, które jeszcze parę lat temu nie miały dla niego większej wartości? Kiedy pozwolił po raz pierwszy spoufalać się ze sobą tabloidom, bo liczył, że nie przetrwa w polityce bez medialnej popularności? Gdzie był początek rozmieniania się na drobne? Czy ktoś oprócz samego Marcinkiewicza jest temu winien? Może politycy PiS, którzy zabiegali dla niego o nagrodę pocieszenia w Londynie? Może media, które wpierw zachwycały się światowością premiera, a potem nagle zaczęły go egzaminować ze znajomości angielskiego?
A może politycy Platformy, którzy – na złość PiS – postanowili złowić w swoje sieci Marcinkiewicza?
Na forach internetowych lewicowi internauci wypominają dziś Marcinkiewiczowi jego wcześniejsze konserwatywne deklaracje i granie rodziną w kampaniach wyborczych. Z kolei zwolennicy PiS z satysfakcją wskazują, że ktoś, kto kiedyś zdradził swoją partię, dziś odwraca się plecami także do najbliższych.
A tabloidy? Wczoraj pochylały się z troską nad opuszczoną żoną. Dziś już cytują Kazimierza Marcinkiewicza komplementującego swoją nową wybrankę. The show must go on.
I tylko rodziny żal.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA