fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikt izraelsko-palestyński

Izrael – chłopiec do bicia

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Dla zachodniego establishmentu do przyjęcia jest wyłącznie brak reakcji Izraela na agresję Hamasu, cierpliwe i spokojne znoszenie ataków na swoich obywateli, na swoje miasta i wsie - pisze Agnieszka Kołakowska
Parę dni temu wróciłam z Izraela, gdzie znów mamy „sytuację”. Przedtem też była sytuacja, ale skoro była tylko jednostronna – Palestyńczycy atakowali miasta izraelskie – nikt nie zwracał na nią uwagi. Dopiero gdy Izrael – po ośmiu latach – zareagował, zaczęto mówić o „wojnie”. Wojna przecież musi być obustronna, inaczej nie jest wojną. Tak więc wojny wybuchają między Izraelem a innymi państwami, tylko gdy Izrael odpowiada na ataki.
A zatem – tak na ogół się rozumuje – to Izrael wywołuje wojny. Inaczej mówiąc, Izrael zawsze jest atakującym. Co ma pokazać, że wszystkiemu jest winna, jak zawsze, izraelska „agresja”. I tak oto kończymy tam, gdzie chcemy, to znaczy na przesłance, od której zaczęliśmy. Proste jak drut, jasne jak słońce. Elementami błędnego koła, jakie zawiera ta logika, nie będziemy się przejmować.
[srodtytul]Przewidywalne potępienie[/srodtytul]
Rozumowanie to jest powielane przez międzynarodową prasę. Ze zdumieniem przeglądałam w Internecie tytuły: „Świat protestuje przeciw agresji Izraela”; „Izraelska agresja”; „Niewspółmierna reakcja”. Moje zdumienie nie wynikało z naiwności: spodziewam się tego rodzaju tytułów w gazetach zachodnich, takich jak londyński „Guardian” albo „Independent” – gazetach lewicowego establishmentu, dla którego potępianie Izraela przy każdej okazji i we wszelkich okolicznościach jest obowiązkowe, niezależnie od faktów.
Ale nie spodziewałam się ich w Polsce – zwłaszcza w „Rzeczpospolitej”. W Polsce zasada nakazująca poparcie dla Palestyńczyków i potępienie Izraela nie stała się jeszcze obowiązującą częścią ideologii poprawności politycznej. Modny nowy antysemityzm do Polski jeszcze nie dotarł.
Treści artykułów w „Rzeczpospolitej” niewiele mam do zarzucenia; jak dotąd rzetelnie i w sposób wyważony przedstawiały główne fakty. Dlatego podejrzewam, że tytuły te są wzorowane na zachodniej prasie. Rozumiem, że gazetę trzeba sprzedawać i że tytuł „Niektóre kraje trochę się przejmują izraelskim atakiem na Gazę, ale nie za bardzo” pozostawia nieco do życzenia. „Świat protestuje przeciw agresji Izraela” jest z punktu widzenia gazety tytułem o wiele lepszym.
Przyznaję, że o „niewspółmiernej reakcji” w „Rzeczpospolitej” na razie nie było (choć możliwe, że umknęło to po prostu mojej uwadze). Mimo to chciałabym przy okazji o niej wspomnieć – dla przestrogi. Jest to bowiem zwrot, który w wyżej wymienionych gazetach, i w bardzo wielu innych, niechybnie występuje, w każdym komentarzu o jakiejkolwiek reakcji Izraela w jakimkolwiek konflikcie między Izraelem a Arabami. Jest przewidywalny jak wschód słońca, wstawiany automatycznie. Wątpię, by którykolwiek z dziennikarzy, którzy się nim posługują, nawet przez chwilę zastanowił się, co on znaczy.
[srodtytul]Osiem lat bombardowań[/srodtytul]
Można by więc się zastanowić, czym byłaby „współmierna” reakcja Izraela w sytuacji, w której Hamas od ośmiu lat, a szczególnie intensywnie w ostatnim roku, z krótką przerwą na rozejm (podczas której pociski wysyłał Islamski Dżihad), bombarduje rakietami izraelskie miasta. W ciągu tych lat spadło na Izrael 7 tysięcy pocisków. Jeśli mało kto wie, co w tym czasie się działo na południu Izraela, to dlatego, że media, nie mówiąc o organizacjach humanitarnych i miłośnikach „pokoju”, na ten temat milczały.
Czy więc „współmierną” reakcją byłoby takie samo bombardowanie rakietami cywilnej ludności miast Gazy? Rakietami wycelowanymi w domy, szkoły, przedszkola, przystanki autobusowe? Wyobrażam sobie, jaka by była reakcja świata, gdyby Izrael to uczynił. Jakiego rodzaju reakcja ze strony Izraela byłaby więc do przyjęcia? Czy w ogóle jest taka, której świat by nie potępił? Wydaje się, że nie.
Do przyjęcia, jak zawsze, jest tylko brak reakcji, cierpliwe i spokojne znoszenie ataków na swoich obywateli, na swoje miasta i wsie. A zatem samo słowo „niewspółmierność” w odniesieniu do reakcji Izraela trzeba rozumieć jako sugestię, że Izrael w ogóle nie powinien się bronić.
Byłam w Izraelu przed rozpoczęciem bombardowania Gazy – kiedy rozmawiało się głównie o tym, że sytuacja ludności południowych miast Izraela, zwłaszcza Aszkelonu, Aszdodu i Sderot, stała się nie do wytrzymania – i przez kilka dni po rozpoczęciu drugiej, lądowej fazy izraelskiej ofensywy. Miasto Rehovot, w którym mieszkałam, znajduje się na południe od Tel Awiwu, zaledwie kilka kilometrów na północ od Jawne – dotąd najbardziej północnego wśród bombardowanych z Gazy miast – i kilkanaście od Aszdodu, gdzie palestyńskie pociski zaczęły spadać z początkiem izraelskiej defensywy. W Aszkelonie i Sderot natomiast już od bardzo dawna spadały one z monotonną regularnością.
Hamas dobrze wykorzystał te sześć miesięcy rozejmu, zaopatrując się – przez tunele z Egiptu, które Izrael kilka dni temu zbombardował – w mocniejsze i bardziej dalekosiężne rakiety, dostarczane z Iranu, a prawdopodobnie i z Syrii. Przypuszczamy, że Jawne jest granicą ich zasięgu, ale nie można mieć co do tego pewności.
[wyimek]O bezustannych atakach na Izrael w zachodnich gazetach pisze się bardzo rzadko. Niezmiernie rzadko mówi się też o „agresji” Palestyńczyków [/wyimek]
W Aszkelon dzieci od dawna nie chodzą do szkoły, w Aszdod i Jawne odnawia się schrony. W Rehovot dzieci w szkołach zaczęły się uczyć, co należy robić, gdy jest alarm. W Tel Awiwie też mowa o odnowieniu schronów, na wszelki wypadek, w Hajfie i dalej na północy trwają przygotowania na ewentualne ataki z północy ze strony Hezbollahu w Libanie.Kilka dni temu Izrael ogłosił trzygodzinny rozejm z powodów humanitarnych. Wojsko przestało strzelać. Hamas skorzystał z tej okazji, by wysyłać dalsze pociski na izraelskie miasta.
[srodtytul]Palestyńczyk to zawsze ofiara[/srodtytul]
Wróćmy do izraelskiej „agresji”. Agresja zawsze jest izraelska, nigdy palestyńska. Nawet gdy Izrael odpowiada na ataki, wszystko, co robi, jest agresją, podczas gdy atakujący go zawsze są ofiarami. Wielomiesięcznymi atakami Hamasu na miasta izraelskie prawie nikt w zeszłym roku się specjalnie nie przejmował; tutaj tytuł: „Nikt się specjalnie nie przejmuje atakami Hamasu na Izrael”, byłby jak najbardziej zgodny z prawdą.
Podczas wojny sześciodniowej Izrael bronił się przed najazdem ze strony trzech różnych państw – Egiptu, Jordanii i Syrii. Gdyby tego nie zrobił i gdyby nie zaatakował Egiptu pierwszy, dawno by go już nie było. To samo w przypadku wojny Jom Kippur, gdy zaatakowały go Egipt i Syria. Ale także w tych przypadkach Izrael najczęściej bywa przedstawiany – albo obłudnie, albo przez ludzi, którzy naukę historii uważają za zbędną – jako ten, który wojnę wywołał.
O bezustannych atakach na Izrael pisze się bardzo rzadko. Niezmiernie rzadko też mówi się o „agresji” Palestyńczyków. O „niewspółmierności” ich ataków nie mówi się nigdy. Lecz z czym są współmierne dziesiątki rakiet wystrzeliwanych codziennie w izraelskie miasta? I jakie państwo, jaki rząd, może miesiącami tolerować codzienne bombardowanie swojego terytorium i swoich obywateli?
[srodtytul]Co myśli „cały świat”?[/srodtytul]
Nie jest jednak tak, że „cały świat” uwierzył w palestyńską propagandę. Nieprawdą jest, że Stany Zjednoczone potępiły obecny odwet na Gazę. Condoleezza Rice wyraźnie obarczyła Hamas winą za zerwanie rozejmu i potępiła za ataki na Izrael. Wielka Brytania i Australia też wyraziły solidarność z Izraelem i jednoznacznie obarczyły odpowiedzialnością Hamas.
Rządy państw arabskich z trudem kryją zadowolenie z osłabienia Hamasu, który słusznie uważają za agenturę Iranu. Egipt nieoficjalnie zachęcał Izrael do ukarania Hamasu za zerwanie zawieszenia broni wynegocjowanego pod jego kuratelą. Hamas o tym wie i groził zamordowaniem przywódców egipskich. Pani kanclerz Angela Merkel obarczyła Hamas całkowitą i „wyłączną” odpowiedzialnością za obecną sytuację w Gazie. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy oświadczył parę dni temu, że zachowanie Hamasu jest „nieodpowiedzialne” i że ich ataki na Izrael są „niewybaczalne”. Prezydent George W. Bush podkreślił, że Izrael musi się bronić, że jego wola obrony jest zrozumiała i że „obecna sytuacja w Gazie jest winą Hamasu”. Prezydent Hosni Mubarak oświadczył, że nie można dopuścić do zwycięstwa Hamasu.
Gdzie więc jest ten „świat”, który potępia i protestuje? Jest to chyba jedynie motłoch w krajach arabskich i muzułmanie, wraz z kochającą pokój lewicą, w krajach zachodnich. Te same tłumy, które tańczyły z radości na ulicach 11 września 2001r. Ci sami ludzie i te same rządy, które propagują „Protokoły Mędrców Syjonu”, nawołują do destrukcji Izraela i uczą dzieci w szkołach, że mordowanie Żydów, a zwłaszcza wysadzanie się w tym celu w powietrze – najlepiej w zatłoczonym autobusie w centrum Jerozolimy – jest najszlachetniejszym z czynów, za który zostaną obficie nagrodzone w raju. Lecz także, jak zwykle, ten nieustraszony obrońca światowego pokoju, jakim jest ONZ.
[srodtytul]Niewinny Hamas[/srodtytul]
„Nie ma w Gazie bezpiecznego miejsca” – czytam w wypowiedzi najwyższego przedstawiciela ONZ w Gazie; „wszyscy są straumatyzowani i sterroryzowani”. Kuriozalny wybór słowa w tym kontekście, ale nie ma tu ironii. O terroryzmie Hamasu ani słowa. Ani o straumatyzowanch od ośmiu lat mieszkańcach Sderot i Aszkelonu. O winie Hamasu też nie ma mowy. Gdzie, zdaniem ONZ, leży wina? Przedstawiciel ONZ nie posunął się aż tak daleko, by nią obarczyć Izrael, obarczył nią „międzynarodową wspólnotę”, która powinna była nie dopuścić do tej „sytuacji”.
Komisarze Unii Europejskiej też wyrażają się w przewidywalny sposób. Europejski komisarz Benita Ferrero-Waldner wprawdzie przyznała Izraelowi prawo do samoobrony, ale uznała, że izraelska reakcja była… jaka, zgadnijmy? Tak jest: „niewspółmierna”. Do czego? Nie wiadomo. Jak powinna wyglądać współmierna? Nie wiadomo. Czy pani Ferrero ma jakieś sugestie? Raczej nie.
Tytuły, jakie podczas ostatnich dni pojawiały się w gazetach, też były przewidywalne: „Rosnąca liczba zabitych cywilów wywołuje międzynarodowe potępienie”. Mowa oczywiście o cywilach palestyńskich, nie izraelskich. Parę dni temu czytałam, że – według szefa ONZ od spraw humanitarnych – od początku ofensywy izraelskiej zginęło około 500 Palestyńczyków, z których około 125 było cywilami. Codziennie też czyta się o rannych i zabitych palestyńskich dzieciach (ale nigdy o tych w Izraelu, które od wielu tygodni nie chodzą już do szkoły – dzięki czemu żadne z nich nie zginęło, gdy palestyńskie rakiety spadły na szkołę i przedszkole). Więc przy tej okazji jeszcze słowo o „cywilach”, i o dzieciach.
[srodtytul]Dzieci terrorystów[/srodtytul]
Po pierwsze Hamas nie jest wojskiem, lecz organizacją terrorystyczną, która – tak samo jak libański Hezbollah – często umieszcza swoje wyrzutnie na gęsto zamieszkanych terenach. W palestyńskich atakach na Izrael, od rzucania kamieniami po samobójcze wybuchy, od początku pierwszej intifady w 1988 r. brały udział kobiety i dzieci. Od tego czasu rola jednych i drugich znacznie wzrosła, a indoktrynacja dzieci się nasiliła.
Kilka cyfr: od początku drugiej intifady kilkadziesiąt dzieci wysadziło się w powietrze w samobójczych atakach, kolejne kilkadziesiąt nieskutecznie próbowało to zrobić i dalsze kilkadziesiąt brało udział w atakach zbrojnych albo wybuchowych. To są jedynie przypadki udokumentowane. (W Internecie można znaleźć zdjęcia setek dzieci, czasem małych, przebranych w stroje samobójców, przepasanych pasami z ładunkiem wybuchowym, dumnie okazujących swoją gotowość do wspaniałej męczeńskiej śmierci.) Bardzo trudno, w takiej sytuacji, odróżnić „cywilów” od żołnierzy. Oficerowie Hamasu czasem chodzą w mundurach, ale nie zawsze. Nie wiemy, jaki procent ludności pomaga Hamasowi w atakach, w przechowywaniu broni, w ukrywaniu terrorystów itd., ale zapewne spory.Po drugie Hamas w sposób całkowicie zamierzony wybiera jako kryjówki i składy broni szkoły, meczety, domy w środku miasta itd. – właśnie w celu wzbudzenia potępienia świata w obliczu śmierci niewinnych cywilów, gdy Izrael takie miejsca atakuje. W przypadku szkoły, w której zginęło 40 osób, terroryści Hamasu ukryli się za dziećmi. Wojsko izraelskie dzieci i cywilów nie widziało, widziało jedynie ogień kierowany na nich ze szkoły.
Terroryści Hamasu często biorą ze sobą dziecko, gdy się poruszają po mieście – na przykład kiedy chcą przejść przez ulicę – ponieważ wiedzą, że izraelskie wojsko nie będzie w tej sytuacji strzelać.
Po trzecie tyle już było sfałszowanych – czasem z udziałem zagranicznych ekip filmowych – zdjęć rannych albo zabitych palestyńskich dzieci, że nie można żadnym podobnym zdjęciom ufać. Oczywiście, że są ofiary wśród dzieci i cywilów, ale niezwykle trudno ocenić, ile ich jest naprawdę. Wymyślaczy tytułów proszę o wzięcie tego wszystkiego pod uwagę.
[i]Autorka jest tłumaczką i publicystką, mieszka w Paryżu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA