Historia

Dom Sierot – Nasz Dom

Stella Eliasbergowa w latach 30. XX wieku
Korczakianum
Dwa były sierocińce, z którymi związał się na całe niemal życie: Dom Sierot dla dzieci żydowskich przy ulicy Krochmalnej 92 i Zakład Wychowawczy Nasz Dom dla dzieci polskich robotników (Pruszków, Bielany).
Pierwszy z nich utrzymywało Towarzystwo Pomoc dla Sierot. Na drugie starali się łożyć robotnicy i Towarzystwo Nasz Dom.
Do przytułku tego pierwszego towarzystwa (na ul. Franciszkańskiej 2) wprowadziła Korczaka (1908) Stella Eliasbergowa. Należała do grona jego aktywistów składającego się w większości z przedstawicieli wolnych zawodów. Dla wielu z nich żywa była zarówno tradycja inteligenckiego zaangażowania społecznego, jak i odpowiednio zaadaptowany wzorzec żydowskiej dobroczynności wobec sierot, gdzie filantropia zastępowała stopniowo religijnie motywowane miłosierdzie. Pod rządami dr. Henryka Goldszmita placówka, dająca początkowo dzieciom jedynie dach nad głową i wyżywienie, jak wiele innych, podobnych w Warszawie, stawała się powoli prawdziwym Domem Sierot, zanim jeszcze uzyskała własny gmach (1912 r.). Była rzeczywiście zakładem wychowawczym – jak brzmiało dopełnienie nazwy Naszego Domu w Pruszkowie.
Od początku, jako członek komisji budowlanej, Korczak zabiegał o dom z prawdziwego zdarzenia, budynek duży, przestronny, starannie wyposażony. Choć niektórzy sarkali wtedy, że to zbytek... Okazało się jednak, że dzieci szanowały ten „zbytek”. Przykładały się do pracy, która utrzymywała dom w czystości. Organizowane dla nich dyżury spełniały ważną funkcję wychowawczą. Własna ferma, internat, kolonie w Gocławku – to były dalsze etapy działalności podjętej, by zapewnić dzieciom właściwy poziom życia i opieki. I bursa, która gromadziła byłych wychowanków chcących się dalej kształcić oraz młodych ludzi z zewnątrz, którzy zasilali kadrę, ucząc się. Nowatorska była organizacja domu opracowana wspólnie ze Stefanią Wilczyńską. Rządził regulamin, nie wychowawcy. Starsze dzieci opiekowały się młodszymi. Wszystkie miały zapewnioną swobodę. Metody wychowania, dalekie od przymusu, odwoływały się do zachęty i nagrody, kary zaś wymierzał sąd złożony z wychowanków na podstawie znanych wszystkim przepisów (w praktyce częściej przebaczał, niż karał). Różne formy samorządu rozwijały inicjatywę, indywidualne zdolności, rozumienie wymogów życia zbiorowego. Samorząd tworzyły, oprócz sądu i dyżurów, gazetka, sejm, kółka rozrywek. Przed sądem stawali nie tylko wychowankowie, także wychowawcy. Prawa regulowały i współżycie dzieci ze sobą, i ich relacje z personelem. Chodziło o zakorzenienie wszystkich we wspólnocie, przeciwdziałanie wyobcowaniu. „Dzieci winne są posłuszeństwo prawom obowiązującym, nie osobom personelu” – głosił odpowiedni punkt regulaminu, uzupełniony o typowo kantowskie stwierdzenie: „Od karności względem prawa z zewnątrz do karności względem prawa moralnego w sobie”. Dzięki samorządowi Korczak świadomie kładł podwaliny pod społeczność, w której wolność byłaby współokreślana przez prawo. Stymulowany typ współżycia, odwołujący się do zaufania i dialogu, miał być sposobem na rozładowanie możliwych konfliktów. W perspektywie przyszłościowej miał przybliżać świat bez wojen, nienawiści, agresji. Umożliwiać oparty na zgodzie i miłości świat pokoju. Dom Sierot miał być swoistym laboratorium, mikrokosmosem, gdzie wypracowywałoby się upragnione metody współżycia i pokazywało możliwość panowania sprawiedliwości i prawa w zgodzie z wewnętrznym nakazem jednostek. Budowało wspólnotę niewyobcowaną wobec każdej z nich. „Rzuty myślowe poprzez nieliczną gromadkę dzieci internatu w świat dorosły, jego zjawiska i prawa – coraz wyraźniejsze: od samorządu dzieci do parlamentów świata” – tak określał swoje zamierzenia i rolę wychowawcy. Podobne metody i zasady organizacji wprowadził w Naszym Domu, placówce założonej nieco później (1918 r.) przez grono lewicowych działaczy społecznych. Z Marią Falską, kierowniczką Naszego Domu, Korczak porozumiewał się bez trudu i co do zasad i celów wychowania, i co do ich myślowego zaplecza. Sprzeciw wobec traktowania małego człowieka jako narzędzia w służbie jakiegokolwiek celu, choćby najszlachetniejszego, odrzucenie przymusu wywieranego przez władzę (wychowawcę) lub opinię gromady, zaufanie do własnych sił rozwojowych jednostki, jej potrzeby zakorzenienia w gromadzie i dobrowolnego przystosowywania się do życia zbiorowego – oto ten wspólny grunt i kodeks porozumienia.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL