fbTrack

Surowce i Chemia

Sto lat Nikisza

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Miejsce uwiecznione w śląskiej trylogii Kazimierza Kutza, gdzie w święta do kościoła chodzi się jeszcze w tradycyjnych strojach. Ale mieszkańcy mówią: to już nie to samo osiedle, co kiedyś. Zwłaszcza od kiedy zakazano hodowli gołębi
Nikisz to 161 drzwi w dziewięciu blokach z czerwonymi wnękami okiennymi i parapetami zbudowanych w latach 1908 – 1918 przez braci Georga i Emila Zillmanów wokół szybu Nikisch kopalni Giesche. Mieszka tu dziś ok. 4 tys. ludzi.
Osiedle – część dzielnicy Janów – powstało wokół otwartej w 1826 r. kopalni Giesche – dziś Wieczorek (pamięci działacza ruchu robotniczego) – należącej teraz do Katowickiego Holdingu Węglowego. 100-letnia perełka architektoniczna, dwupiętrowa zabudowa z cegły, z pyrlikiem i żoloskiem (narzędzia z górniczego herbu) na bramach, wyróżnia się wśród szarych budynków Śląska. Osiedle nie tętni życiem tak jak dawniej. A mieszkańcy pytają: co dalej z Nikiszowcem? Fotograf Krzysztof Niesporek, którego rodzinny zakład działa w rynku od 1919 r., podsumowuje:
– Żal tych czasów, gdy jako dziecko biegałem po podwórkach między chasiokami (śmietniki – red.), grając fusbal nasz plac na wasz plac, żal, że nie można się karnąć (przejechać – red.) balkanem (wąskotorówka). [srodtytul]Całe życie na jednej ulicy[/srodtytul] Gertruda Hornik 13 listopada skończyła 95 lat. Jest najstarszą rodowitą nikiszowianką. Urodziła się na ulicy przy kościele św. Anny i mieszka tam do dziś. Wspomina jak jastrzębie atakowały pisklęta gęsi i kaczek hodowanych przez mieszkańców. Bo na Nikiszu do lat 60. każdy miał komórkę, w której hodowano świnie, króliki i kury, a także trzymano węgiel na opał. Piece zniknęły z Nikisza dopiero kilka lat temu, gdy gmina postanowiła zafundować wszystkim centralne ogrzewanie. – Najbliższe koleżanki poumierały, to ja teraz sobie tak sama tamte czasy wspominam. Tęskni człowiek, bo nie ma tych czasów, gdy siadało się z sąsiadami na klatce, jeden przynosił rosół, drugi żur, i jadło się wspólnie. Śląski żur to jedna z nielicznych tradycji, która do dziś została w domach nikiszowian. Ba, na końcu placu Wyzwolenia wystarczy zastukać dwa razy w okno pani Helgi, podać słoik i dwa złote, by dostać porcję tego domowo zakiszonego specjału. 102-letnia Gertruda Król (urodziny 24 listopada) zwana Królką, najstarsza nikiszowianka z ul. św. Anny, jednak mieszkająca w dzielnicy „dopiero” 40 lat, z werwą nastolatki łapie za miotłę i zamiata, bo przyszli goście. – Dałabym wom gorzołki, gdybym miała, ino ni mom. Piekłam typowy kołoc z posypką, ino teraz pieca nie mam, to nic nie warzę – wzdycha. Opiekująca się nią młodsza koleżanka, 87-letnia Łucja Knapik, wyprzedzająca w tempie chodzenia po schodach swoje wnuki, potwierdza: Kołacz był, piekła jeszcze, mając 99 lat. – A na jej setne urodziny to i proboszcz dyspensę na tańce i kiełbasę dał, choć to piątek był – wspomina, mówiąc, że do drewnianych schodów każdy przywykł, wind nigdy nie było, a do toalety na półpiętrze chodzić było trzeba (do dziś połowa mieszkań nie ma własnych łazienek). – Teraz to już ludzie nie są tak razem jak kiedyś – zamyśla się Łucja Knapik. – Tylu chuliganów, ci młodzi w ogóle nie czują Nikiszowca, podpalanie śmietników, napisy na blokach... Tych ostatnich na zabytkowych domach nie brakuje. „Urodziliśmy się po to, by inni żyli w strachu” – informują na rynku kibice Ruchu Chorzów. „Tu nic nie ma, bo my wszystko wzięli” – podsumowuje napis na garażach przy ogródkach działkowych. Niedawno kilku pobiło strażaków gaszących płonący śmietnik, innym razem złodzieje samochodu wjechali nim do sklepu, bo skończyły się im papierosy i alkohol. – Nikt blokersów nie goni, bo w Nikiszu nie ma posterunku policji – przyznaje Krzysztof Niesporek. [srodtytul]To, czego już nie ma[/srodtytul] Georg i Emil Zillman, niemieccy architekci, zbudowali dwa osiedla – Nikiszowiec i Giszowiec. Ale to Nikisz ma górniczy klimat. Bo choć w Giszowcu też mieszkają górnicy – tamto osiedle to nie familoki, a w dużej mierze małe, często jednorodzinne domki. A to już zupełnie inny klimat.W latach 20. XX w. mieszkania w Nikiszu dostawały wyłącznie rodziny górnicze związane z kopalnią Giesche. Wtedy to był luksus – osiedle było skanalizowane, miało własną oczyszczalnię ścieków. Ulica św. Anny była najbardziej ekskluzywna. – Mieszkania dostawali tu nadsztygarzy, stąd są tu te największe, stumetrowe – tłumaczy 77-letnia Krystyna Dłucik. Jej dziadek, ojciec, mąż i syn pracowali na Wieczorku. Kopalnia była centrum miasta. Jej szychty wyznaczały życie Nikisza. – Od rana gromady chopów szły na zmianę. Dziś przez okno widzę kilku – mówi Dłucik. To efekt tego, że dziś Nikisz jest zamieszkany nie tylko przez hajerów – coraz więcej mieszkańców pracuje w innych branżach. A i kopalnia nie zatrudnia już tylu ludzi, co kiedyś. Jak większość nikiszowian pani Dłucik przyznaje, że tradycja zaniknęła. – Zostało z niej to, że w Barbórkę z rana idzie ulicami górnicza orkiestra budząca wszystkich jak kiedyś, i to, że gra na pogrzebach górników – dodaje. Trwa też jeszcze pamięć o powstaniach śląskich, w których zginęło około 20 nikiszowian – w tym jeden z krewnych pani Dłucik. – Może czasem w święto ktoś pójdzie do kościoła w śląskim stroju. I to wszystko. Nie wychodzi się już na ławeczki, żeby pogadać – przyznaje. I dodaje, jak wielu, że to ze strachu. Bo wszyscy boją się miejscowych blokersów. Nie ma już typowej śląskiej knajpy z wodzionką – zamieniła się w melinę i została w końcu zamknięta. Na jej miejscu jest teraz bank. Nie ma balkanu, czyli wąskotorowej kolejki wożącej do 1977 roku pasażerów bezpłatnie z Szopienic do Giszowca, a nazywanej tak prawdopodobnie od pociągu na trasie Paryż – Konstantynopol. A przede wszystkim chyba nie ma pomysłu na przyszłość Nikisza. – Ludzie pytają, dlaczego nie używam zabytkowych aparatów fotograficznych. A ja odpowiadam, czy to jest skansen? – mówi Niesporek. – Jeśli ma to być skansen, proszę bardzo, niech miasto płaci pensję, a my będziemy pracować na pokaz. Ale Nikisz to nie skansen, lecz normalne osiedle. Na nikiszowskich blokach znaleźć można tylko tabliczki „obiekt zabytkowy” – jednak poza tym nic z tego nie wynika. Zabytkowy szyb Wilson zyskał nowe życie – niedawno otwarto w nim galerię sztuki. W starej wieży ciśnień w sercu osiedla miała być restauracja, ale odkąd strzelił w nią piorun i się spaliła, nikt nie wraca do tego pomysłu. O reaktywacji balkanu trudno myśleć – wandale rozkradli tory. Nawet gołębiarze musieli zmienić zainteresowania. Bo w Nikiszu zakazano całkowicie tego popularnego na Śląsku hobby. – Tak nagle przyszła pani ze spółdzielni mieszkaniowej, powiedziała, że nie wolno i już, trzeba było ptaki wybić albo pooddawać – wzdycha pan Urbańczyk, jeden z byłych gołębiarzy. Mieszkańcy jednak się nie poddają. Co jakiś czas pytają w katowickim urzędzie miasta: co dalej z Nikiszem? – To nie jest tak, że zainteresowania nie ma – mówi Bogdan „Bodzio” Kłos, emerytowany górnik. – Pojawił się pomysł autobusu, który woziłby turystów z centrum Katowic, na przykład z dworca, prosto do Nikisza. Ale żeby ich tu wozić, to trzeba by ich jakoś przyciągnąć, a na razie konkretów brak.– Był plan, żeby zamknąć rynek dla ruchu kołowego, zrobić deptak, ale czy to wystarczy? – zastanawia się Krzysztof Niesporek. Mieszkańcy liczą na Piotra Uszoka – prezydenta Katowic. Nie wykluczył on m.in. pozyskania środków dla Nikisza z funduszu wojewódzkiego konserwatora zabytków. [srodtytul]Górnik z Pomorza[/srodtytul] Zbigniew Brudel, choć nie hanys, a gorol, kocha swoje osiedle, a o ulicy, na której mieszka, mówi pieszczotliwie, że to Zosieńki, a nie Zofii, Nałkowskiej. Zresztą o żonie też powie Basieńka, a o Nikiszu „nasz kochany”. 27 lat temu przyjechał tu spod Świecia. – Miałem odrobić dwa lata na kopalni za dwa lata w armii, ale zostałem na zawsze – opowiada. Choć podkreśla, że jest z Pomorza, mimo to Nikisz uważa go za swojego. I to do niego najpierw kieruje nas miejscowy proboszcz, ksiądz Zygmunt Klim, gdy mówimy, że potrzebujemy górnika w galowym stroju. – Brudel na pewno ma mundur w domu, jak by mógł nie mieć, kiedy on zawsze sztandar nosi – przekonuje ksiądz Klim. Brudel 13 lat pracował na Wieczorku. Potem miał wypadek pod ziemią, który uniemożliwił mu dalszą pracę, ale szacunek dla zawodu i munduru zostaje na zawsze. Dziś Brudel jest społecznikiem – i w kościele, i w szkole, i w sporcie, i w kopalni. Ale przede wszystkim chce zrobić coś dla Nikiszowca.– Bo jak my, mieszkańcy, niczego nie zrobimy, to za nas nikt tego nie zrobi – przekonuje. – Jak my się z lumpami nie rozprawimy, to nikt się z nimi nie rozprawi. – Będziemy zbierać na monitoring, może wtedy sami poprawimy bezpieczeństwo – mówi Ewa Skórok ze stowarzyszenia działającego na rzecz osiedla. [srodtytul]Osiedlowa chluba[/srodtytul] Z okazji jubileuszu Nikisza odbył się w tym roku Pierwszy Światowy Zlot Nikiszowian. Przyjechało ok. 100 osób, w tym olimpijczycy, których przez wiek wychowała dzielnica. Wśród nich m.in. Paweł Dłucik, reprezentant Polski w pływaniu w 1972 r. (sportowo Nikisz słynie też z hokeja na lodzie – dziś hala Jantor jest jedną z nowocześniejszych). Na zlocie nie zabrakło Kazimierza Kutza, którego brat mieszkał na Nikiszu. Kutz zapowiedział kolejny obraz: ekranizację „Cholonka” według Janoscha. Zdjęcia mają się zacząć w przyszłym roku – będzie to najprawdopodobniej według reżysera jego ostatni obraz. Nikiszowiec zagrał też w filmie Radosława Piwowarskiego „Kolejność uczuć”. – U moich sąsiadów wynajęli mieszkanie na film – chwali się Bogusław „Bodzio” Kłos, emerytowany górnik. – Trzeba było na zdjęcia gorzałkę załatwić, to załatwiłem, a z panem Olbrychskim to nawet kielicha miałem przyjemność golnąć – wspomina i dodaje, że ostatnio na Nikisz zajrzał Piotr Rubik. – Podobno koncert przygotowuje na rynku, bo zachwyciła go akustyka – mówi Kłos. Rodowitą nikiszowianką jest też propagatorka osiedla w Polsce – etnografka, profesor Uniwersytetu Opolskiego i senator – Dorota Simonides.Malarze z grupy janowskiej to także chluba Nikisza. Oficjalna nazwa to Koło Malarzy Nieprofesjonalnych, które działało przy domu kultury kopalni Wieczorek. Założył je znany z okultystycznych poglądów Teofil Ociepka (działalność grupy w wersji fabularyzowanej przedstawia film „Angelus” Lecha Majewskiego, kręcony częściowo na Nikiszu, a prawie wszystkie dialogi mówione są gwarą śląską). [srodtytul]Dookoła ołtarza[/srodtytul] To dzień szczególny. Gorola na pewno zaskoczy tłumaczona śląską gwarą „Niewolnica Isaura” nadawana wtedy w telewizji Silesia. Dla nikiszowian niedziela to dzień odpoczynku po sobocie, kiedy odbywają się pogrzeby oraz śluby. Tych ostatnich mniej, więc i dzieci mniej. – Źle jest. Na 40 rodzin na samej tylko ulicy Zamkowej doliczyłem się sześciorga dzieci. Trzeba apelować do młodych, by nie wyjeżdżali z Nikiszowca – mówi proboszcz Klim. – A za chlebem wyjechały dziesiątki ludzi – głównie do Niemiec. Janowski kościół to jedna z nielicznych świątyń, gdzie jeszcze „chodzi się na ofiarę” – czyli podczas ofiarowania wierni chodzą wokół ołtarza. Poza tym parafia św. Anny szanowana jest nie jak kościół w dużym mieście (w końcu Nikiszowiec to część Katowic), ale jak na niewielkiej wsi, gdzie to właśnie proboszcz jest największym autorytetem. Gdyby nie jego pomoc, nie spotkalibyśmy się m.in. z Dorotą Wroną, jedną z czterech nikiszowianek, która w święta i wszystkie uroczystości ubiera się w tradycyjny śląski strój. Jeszcze 20 – 30 lat temu wiele kobiet w Nikiszowcu chodziło tak do kościoła co niedzielę. – Jakbym dziś tak poszła bez okazji, to każdy by się pytał, co się stało – przyznaje Dorota Wrona i dodaje, że gdybyśmy nie byli z polecenia farorza, to obcych by do domu nie wpuściła. Śląski strój z płócienną bluzką, ręcznie haftowanymi koronkami, chustą i wstążkami zakłada pół godziny. W dużej mierze upiększyła go sama. – Widzi pani te kwiatki? To haft krzyżykowy, tu trzy aż niebieskie kolory musiały być, żeby takie cienie powychodziły – tłumaczy, wskazując jeden z kwiatów na liczącej 3,6 m wstążce do opasania spódnicy. Haftuje od lat, obrusy wyhaftowała m.in. poprzedniemu proboszczowi do kościoła – np. pod ołtarzem św. Barbary. To właśnie jej święto 4 grudnia będzie dla pani Doroty okazją do założenia tradycyjnego stroju. Potem może 7 grudnia, gdy na Nikiszu odbędzie się jubileuszowy jarmark. A jarmark będzie tradycyjny – gotowe są już jubileuszowe kubki i filiżanki, ale ważniejsze będzie to, co przygotują sami mieszkańcy: żur, rosół, może rolady, kluski śląskie, wodzionkę, kołacz. Jak kiedyś. Gdy wspólnota na Nikiszu była na co dzień, nie tylko od święta.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL