fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Drugie dno reformy edukacji

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Forsując szybkie posłanie sześciolatków do pierwszej klasy, rząd staje po stronie prywatnej edukacji. MEN w ten sposób daje prywatnym szkołom impuls do rozwoju – pisze publicysta Marek Świerczyński
Zapowiadana przez MEN reforma edukacji najmłodszych dzieci może być prezentem dla sektora prywatnego. Niedobór miejsc w publicznych przedszkolach i nieprzygotowanie szkół na przyjęcie maluchów zrekompensują szkoły i przedszkola prywatne, do których zakładania bardzo zachęca MEN.
[srodtytul]Naturalny popyt[/srodtytul]
Stan przygotowania publicznych szkół na przyjęcie sześciolatków powszechnie krytykują najbardziej zainteresowani – rodzice. To głównie stąd, a nie ze sprzeciwu wobec samej idei przyspieszenia edukacji, bierze się opór rodziców, którzy nie wyobrażają sobie swoich małych dzieci w szkołach, jakie znają. Wielu z nich przyznaje, że rozważa zmianę szkoły na prywatną, która ich zdaniem uchroni dzieci przed efektami wdrożenia reformy w nieprzygotowanych do tego placówkach. Można więc powiedzieć, że forsując szybkie posłanie sześciolatków do pierwszej klasy, rząd staje po stronie prywatnej edukacji.
Minister edukacji narodowej Katarzyna Hall nie kryje swych związków z niepubliczną oświatą. Przez wiele lat współtworzyła Gdańską Fundację Oświatową, która w Trójmieście prowadzi sieć prywatnych szkół: podstawówki, gimnazja i licea. Rok nauki w takiej szkole kosztuje przynajmniej 8200 złotych, licząc czesne i wpisowe. Mimo to chętnych nie brakuje, bo szkoły GFO cieszą się zasłużoną dobrą renomą, a ich oferta jest dużo bogatsza niż szkół publicznych. Przedstawiciele GFO są gorącymi zwolennikami przyśpieszenia o rok edukacyjnego startu dzieci, na którym tak bardzo zależy też ministerstwu.
MEN przyznaje zresztą, że daje prywatnym szkołom i przedszkolom znaczący impuls do rozwoju. Jego skalę najlepiej pokazują dane: według ministerstwa żadnego przedszkola nie ma co piąta polska gmina (wg ZNP takich gmin jest około 800). Problemy z umieszczeniem dziecka w przedszkolu są nawet w dużych miastach. Jest więc naturalny popyt, dodatkowo wzmacniany przez zapowiedź wprowadzenia obowiązku przedszkolnego dla wszystkich pięciolatków.
Gdyby cały ich rocznik (około 350 tys. dzieci) miał pójść obowiązkowo do przedszkoli, wyparłby z placówek dzieci młodsze, trzy- i czteroletnie, których jest ponaddwukrotnie więcej. A miejsc w polskich przedszkolach jest niecałe 700 tys., zresztą znajdują się one głównie w miastach.Chętnych będzie coraz więcej. Niż demograficzny, na który powołuje się MEN, uzasadniając wprowadzenie reformy, właśnie teraz ma „głębokość” zaledwie kilkunastu tysięcy urodzeń. Już rocznik 2006 jest równie liczebny jak 2000 – 374 tys. dzieci. A prognozy demograficzne GUS przewidują znaczny wzrost liczby maluchów w najbliższych latach. W tej chwili przedszkolaków jest około 1,4 mln – za siedem lat może ich być pół miliona więcej. Rodzice muszą się przygotować na walkę o przedszkole przypominającą zabawę w gorące krzesło.
[srodtytul]Załóżcie sobie prywatne[/srodtytul]
Ministerstwo wyciąga jednak rękę do przerażonych rodziców. Od stycznia obowiązuje zarządzenie, które znacznie ułatwia założenie prywatnego przedszkola (ściślej: zespołu wychowania przedszkolnego i punktu przedszkolnego). MEN nie wie jeszcze, ile wniosków o założenie takich placówek przyniosła kampania promocyjna, ale do zagospodarowania jest przynajmniej pół miliona miejsc przedszkolnych, których brakuje.
W Warszawie prywatne przedszkole kosztuje od 700 do 1500 złotych miesięcznie. Łatwo policzyć, że rynek niepublicznej edukacji przedszkolnej wart jest przynajmniej 4 mld złotych rocznie, gdyby założyć, że wszystkie dzieci, dla których zabraknie miejsca w publicznych przedszkolach, pójdą do prywatnych. Uczestnicy organizowanych od pół roku spotkań z autorami reformy mówią, że zakładanie prywatnych przedszkoli i szkół jest jednym z głównych tematów takich dyskusji. Jest też odpowiedzią na obawy rodziców: jak wam się nie podoba w publicznej szkole czy przedszkolu, załóżcie sobie prywatne.
[srodtytul]Szok dla rodziców i dzieci[/srodtytul]
Podobny dylemat czeka rodziców najmłodszych uczniów. Szkoły publiczne na dostosowanie się do potrzeb małych dzieci mają dostać 150 mln złotych w ciągu trzech najbliższych lat. Jeśli podzielić to na ponad 14 tys. podstawówek (wg GUS), na jedną szkołę wypada 10,5 tys. złotych. Nawet jeśli nie wszystkie szkoły wymagają doinwestowania i niektóre mogłyby liczyć na kilkadziesiąt tysięcy złotych z tej puli, to kwoty, o których mowa, mogą budzić tylko uśmiech politowania przy obecnych cenach. Słowa pani minister o kupieniu do każdej szkoły „dywanika, stolika i paru zabawek” mogą się stać samospełniającą się przepowiednią i na tym zakończy się proces dostosowania szkół do potrzeb sześcioletnich dzieci.W takiej sytuacji naturalne jest, że rodzice, których na to stać, będą zabierać dzieci z biednych szkół publicznych do lepiej dostosowanych, bo dodatkowo finansowanych, szkół prywatnych. I nie ma w tym nic złego: prywatna edukacja to normalność w krajach rozwiniętych. Każdy rodzic powinien mieć pełne prawo wyboru, gdzie posyłać dziecko do szkoły.
[wyimek]Tam, gdzie edukacja prywatna przyciąga klasę średnią, edukacja publiczna traci. Jeśli powstanie więcej szkół prywatnych, biedne polskie szkolnictwo publiczne może jeszcze bardziej zubożeć[/wyimek]
Ale z reguły tam, gdzie edukacja prywatna przyciąga klasę średnią, edukacja publiczna traci. Polska właśnie staje przed takim procesem, a reforma pani Hall może okazać się przełomem w rozwoju prywatnego szkolnictwa na poziomie podstawowym. W efekcie biedne polskie szkolnictwo publiczne może jeszcze bardziej zubożeć, a podział społeczeństwa na bogatych – z lepszą edukacją – i biednych – chodzących do nędznych szkół – może się pogłębić.
Tak być oczywiście nie musi. Tysiące prywatnych przedszkoli i setki szkół nie powstaną z dnia na dzień ani z roku na rok. Ale szok dla dzieci i rodziców, którzy będą zmuszeni posyłać sześcioletnie dzieci do nieprzygotowanych na ich przyjęcie szkół, może wymusić proces prywatyzacji polskiego szkolnictwa. Gdyby dać samorządom więcej czasu i pieniędzy na przygotowanie prowadzonych w gminach placówek na reformę, publiczne szkolnictwo mogłoby się obronić.
Stąd podejrzenia, że pośpiech Ministerstwa Edukacji ma drugie dno.
[i]Autor jest dziennikarzem TVP, autorem m.in. reportażu „Maluchy do szkoły”, analizującego przyczyny protestu rodziców przeciwko planom reformy edukacji[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA