fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Karmienie chuchra słowem

Ilustracja Marcina Bruchnalskiego ze „Świerszczyka” nr 19/2008
Rzeczpospolita
Jak wciągnąć dziecko do inteligenckiej mafii czytających i zapewnić mu lokatę intelektualną - radzi pisarka i ilustratorka Joanna Olech
Dlaczego chcemy, żeby nasze dzieci należały do klanu czytających?
Bo sami czytamy, a naturalnym odruchem rodzica jest formować swą duchową kopię, „wykapaną mamusię”, „nieodrodnego syna tatusia”. Chcemy, żeby dziecko rozumiało kulturowe szyfry, w jakich wzrastaliśmy.
Bo intuicja i statystyka podpowiadają nam, że czytający (ergo wykształceni) mają lepsze życie – jeśli za miarę przyjąć nie tylko prostacką inwentaryzację posiadanych dóbr, ale życiową satysfakcję, radość z życia. Czytanie jest niezawodną ucieczką od nudy, frustracji i złości. Lepiej niż prozac uśmierza życiowe rozczarowania.
Bo czytanie rozwija hipokamp (ble ble ble) i jest tym dla mózgu, czym gimnastyka dla mięśni. Czytający są intelektualnie bardziej fit.
Bo czytający stale konfrontują swój sposób myślenia z poglądami innych ludzi wyrażonymi w książkach, przez co są bardziej świadomi własnych uczuć i sądów, są bardziej empatyczni.
A zatem, kształtując u dziecka nawyk czytania, dajemy mu rodzaj wysoko oprocentowanej, długoterminowej lokaty intelektualnej, od której dywidendę odbierze w życiu dorosłym.
[srodtytul]Indoktrynować od pieluchy[/srodtytul]
Czytanie jest znakiem przynależności do klanu, inteligenckim fantem, atrybutem stada. Jest w tym pewien szczególny snobizm – duma okularnika, która rekompensuje upokorzenia doznawane od nieczytających. Chuchra inteligenckie, biblioteczne lebiegi rozpoznają się po szpargałach i klanowych insygniach. W godzinie próby wspierają się wzajemnie – cicha armia moli książkowych.
Jak zatem sprawić, żeby dziecko weszło do inteligenckiej mafii? To proste – indoktrynować od pieluchy, bombardować książeczkami i pisemkami. Wychowanie jest niczym innym, jak formą serdecznej tresury. Nagrodą i pochwałą wzmacniamy dobre nawyki, odwodzimy od złych – ot i cały sekret.
Życie małego dziecka jest pełne powtarzalnych sekwencji wydarzeń, które dają mu poczucie bezpieczeństwa. Do znudzenia domagają się dopełniania ciągle tych samych rytuałów – stąd ulubiony kubeczek z kangurkiem, „kocyk bezpieczeństwa” (pamiętacie Linusa z „Fistaszków” i jego kocyk?), wyliczanki powtarzane bez końca, opowiadanie ciągle tej samej bajki na dobranoc – męczące natręctwa czterolatka.
Jeżeli do codziennych obrzędów, które składają się na przytulność życia, dopiszemy kolejny – dziecięce pisemko – nasz chytry plan wychowania małego czytającego się powiedzie.
Dla przedszkolaka nic bardziej pociągającego, jak papugować rodziców w ich „dorosłych” obyczajach – choćby dreptać z powagą z „Misiem” pod pachą za ojcem, który kartkuje swój ulubiony tygodnik.
[srodtytul]Uwaga na kicz[/srodtytul]
Dziecięce pisemko kosztuje tyle, co cztery batony. I tak jak dziecko regularnie karmione batonami niezawodnie zostanie pyzatym ciamkaczem, tak dziecko stale karmione słowem pisanym – popadnie w chwalebne uzależnienie od czytania.
W moim pokoleniu po „Misiu” przychodził „Świerszczyk”, potem, mające jeszcze przedwojenną tradycję, „Płomyczek” i „Płomyk”. Dalej „Świat Młodych” i „Filipinka”. Dziś z listy ostały się dwa „najmłodsze”, a i te cyklicznie zmieniają zarówno właściciela, jak i oblicze.
Lista prasowych nieboszczyków jest dłuższa. Poległ znakomity „Pentliczek”, „Bęc”, „Już czytam”, „Zwierzaki”, a nawet popkulturowe „Komiksowo” – dodatek „Gazety Wyborczej”. Pojawiły się postdisnejowskie kicze („Kaczor Donald”, „Kubuś Puchatek”) i badziewne siostrzyczki tabloidów („Bravo girl”). Zdecydowanie lepiej wypadają na ich tle: „Victor” i „Cogito” – zogniskowane na przygotowaniu do testów szkolnych. Dziesiątki innych efemerycznych wydawnictw zawstydzają amatorską grafiką i wątłą zawartością.
[srodtytul]Zaufać przyzwyczajeniu[/srodtytul]
A przecież mamy niewiele czasu na kształtowanie nawyku czytania – zaledwie do krytycznego momentu wymówienia posłuszeństwa przez dziecko, który następuje wraz z pierwszym pryszczem. Wtedy dyktat rówieśników i potrzeba identyfikacji narzuca dzieciom styl życia pod dyktando gadżetów elektronicznych. Książki i dziecięce pisma, przypisane do świata wartości „starych”, popadną w niełaskę.
Internet zabierze wielki kęs życia naszych dzieci. Będziemy patrzeć bezradnie, jak garbacieją w zimnym świetle monitora.
Komputerowa choroba zaczyna się w gimnazjum, słabnie przed maturą. Nawyk czytania na chwilę zepchnięty zostanie do lamusa wraz z innymi pożądanymi nawykami, jak mycie wanny, śpiewanie kolęd i okazywanie uczuć rodzicom.
Ufajmy jednak w moc raz ukształtowanych przyzwyczajeń. Nie bez powodu dorosłe dzieci powtarzają nagminnie błędy rodziców. Dobre nawyki, zaimpregnowane w głębi ducha, są równie żywotne. Ujawnią się, kiedy bycie jajogłową ciemięgą przestanie być obciachem. Kiedy nasze dzieci okrzepną w swojej tożsamości i wynurzą się z nastoletniej, kolczastej poczwarki. Pod postacią motyla w wielkich brylach, z „Czarodziejską górą” pod pachą.
[i]Joanna Olech jest grafikiem, autorką książek dla dzieci. Napisała m.in. „Czerwonego Kapturka”, „Dynastię Miziołków”, „Gdzie diabeł mówi: do usług”. Laureatka prestiżowych nagród. Ma troje dzieci[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA