fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Robili zdjęcia i ginęli, czyli historia agencji Magnum

Rybacy na zamarzniętej rzece. Obwód Włodzimierski, Suzdal, Rosja, 1972 (materiały promocyjne Muzeum Narodowego)
Magnum Photos/EK Pictures, Henri Cartier-Bresson Hen Henri Cartier-Bresson
Podczas spotkania założycielskiego, jakie odbyło się w 1947 r. w Paryżu, twórcy jednej z najsłynniejszych agencji fotograficznych na świecie odkorkowywali flaszkę szampana. Nie wiemy czy olśnienia doznał Robert Capa, Henri Cartier-Bresson czy inny z fotoreporterów. W każdym razie ktoś nagle zawołał: „Magnum!”, co po francusku oznacza półtoralitrową butelkę. Nazwa się przyjęła
Tak powstała pierwsza agencja tworzona przez niezależnych fotografów. Miała chronić ich przed wyzyskiem ze strony korporacji. Fotoreporterzy zyskali wpływ na kontekst, w jakim ukazywały się ich prace. Najważniejsza jednak była sprawa zachowania przez autorów praw do zdjęć, które w przyszłości mogły zyskać ogromną wartość.
Wśród założycieli Magnum znaleźli się - obok Capy i Cartier-Bressona - David Chim Seymour, George Rodger i Bill Vandivert. Ustalono, że Chim zajmie się Europą, Cartier-Bresson - Indiami i Dalekim Wschodem, Rodger - Afryką, a Vandivert - Ameryką. Capa mógł jeździć dokąd mu się podobało.
— Mamy znaczny wkład w powstanie Magnum, bowiem aż dwóch jej współtwórców pochodziło z Europy Środkowo-Wschodniej - mówi Andrzej Rybicki, kustosz Muzeum Historii Fotografii. - Capa, który naprawdę nazywał się Andre Friedmann, wywodził się ze zlaicyzowanej rodziny węgierskich Żydów. David Seymour, a właściwie Dawid Szymin, urodził się w Warszawie.
To oni dwaj sprawili, że marzenie nabrało realnego kształtu. O ile Capa oczarowywał redaktorów i nawiązywał kontakty tam, gdzie, jak sądził, dało się zarobić, Chim kalkulował ryzyko i utrzymywał Magnum na odpowiedni kursie.
[srodtytul]Najbardziej osobista wojna [/srodtytul]
Aby odnieść sukces Magnum - bez względu na aspiracje swych członków - musiała działać jak każda inna agencja. Oznaczało to przedstawienie komercyjnej oferty - fotoreportaży kierowanych do szerokiego grona odbiorców. Capa zdawał sobie z tego sprawę i przestrzegał Cartier-Bressona przed wykonywaniem zdjęć w surrealistycznej manierze.
— Strzeż się etykiet - mówił mu. - Dodają otuchy, ale ktoś ci kiedyś przylepi taką, której już się nie pozbędziesz: „małego surrealistycznego fotografa”. Wtedy będzie po tobie, zrobisz się wykwintny i zmanierowany. Lepiej przypnij sobie łatę fotoreportera, a tę drugą trzymaj w głębi serca dla siebie.
Pierwszym klientem agencji był John Morris, który z magazynu „Life” przeszedł do „Ladies' Home Journal”, gdzie został szefem działu fotografii. Morris i Capa wpadli na pomysł reportażu „Ludzie są ludźmi” ukazującego życie rodzin na całym świecie. Budżet przedsięwzięcia wyniósł 15 tys. dolarów. Chim miał sfotografować rodziny w Niemczech i Francji, Rodger — w Egipcie oraz Palestynie, Capa - w Związku Radzieckim, dokąd wybierał się z Johnem Steinbeckiem.
Za wielki sukces Magnum i samego Capy trzeba uznać fotoreportaż z powstania państwa Izrael w 1948 r. Była to najbardziej osobista wojna tego fotografa, który w swym życiu widział już przecież niejedno, by wspomnieć tylko dramatyczny konflikt hiszpański czy lądowanie aliantów w Normandii w 1944 r. W Izraelu został przypadkiem raniony. Według relacji Irwina Shawa miał wtedy powiedzieć: „Tego byłoby już za wiele, żeby zginąć zabitym przez Żydów!”. Przed opuszczeniem Izraela Capa pojechał do osady Gedera. Odwiedził obóz dla niewidomych i chorych na jaglicę Żydów. Wykonał tam zdjęcie, które stało się symbolem nowopowstałego Izraela. Przedstawia dziewczynkę prowadzącą do obozowej jadalni trzech ślepych mężczyzn.
[srodtytul]Po co ci pieniądze?[/srodtytul]
Tylko przy pomocy nowych fotografów Magnum mogła relacjonować najważniejsze wydarzenia na świecie. Capa wprowadził do agencji m.in. Elliota Erwitta, Burta Glinna, Inge Morath i Marca Ribouda — fotografów, którzy zdobyli potem sławę. W lipcu 1949 r. do Magnum wstąpił Ernst Haas. Capa wybrał się z nim na obiad. „Pogratulował mi z okazji zostania »udziałowcem« - wspominał Haas. - Co oznacza zostanie »udziałowcem«? »Oznacza to - wyjaśnił Capa - że twoje pieniądze są teraz w Magnum, że Magnum jest organizacją o charakterze niedochodowym i że nigdy ponownie nie ujrzysz już swoich pieniędzy”.
W istocie w finansach firmy dało się dostrzec pewne nieścisłości. Capa sięgał po zarobki partnerów, aby płacić za kobiety, drogie ubrania i hazard. Erwitt wspominał, że na początku lat 50. Capa wrócił kiedyś z hipodromu Longchamps z podwójną wygraną: „Wkroczył do kawiarni z ramionami dosłownie pełnymi pieniędzy, po czym starannie je podzielił. Następnie zaczął rozdawać je tym, którym był coś winien w kawiarni i w biurze piętro wyżej. Kiedy już wszystkich obleciał, nic nie zostało”.
Gdy z Indii powrócił Cartier-Bresson, upomniał się o kilka tysięcy dolarów, które winna mu była agencja. „Ale po co? - spytał Capa. - Twoja żona chodzi w futrze i nie potrzebuje drugiego, samochodów nie lubisz, po co ci pieniądze?”. A jednak jak przyznał Cartier-Bresson, pieniądze nigdy nie stanowiły między nimi problemu: „Musieliśmy jakoś żyć, on był hazardzistą, zapewniał nam pracę. Tak już miało być”.
[srodtytul]Nie dość blisko [/srodtytul]
Adeptom fotoreportażu Capa powtarzał, że jeśli zdjęcie nie jest dobre, to znaczy, że jego autor nie podszedł dość blisko. Zginął w 1954 r., dokumentując odwrót Francuzów z Wietnamu. Zabiła go mina lądowa. Na ostatnim zdjęciu, jakie wykonał, widać żołnierzy idących w głąb pola ryżowego. Po prawej wznosi się grobla. Ruszył w jej stronę.
Tragedia ta zbiegłą się w czasie ze śmiercią innego członka Magnum, protegowanego Capy, Wernera Bischofa. Fotograf zginął w Peru, gdy jego samochód wpadł w poślizg i spadł w przepaść. W 1956 r., w trakcie relacjonowania kryzysu sueskiego, kule z karabinu maszynowego armii egipskiej dosięgły Chima Seymoura. Pomimo tych strat, agencja przetrwała.
— Zrzeszeni tam fotoreporterzy dokumentowali przełomowe momenty najnowszej historii, m.in. odbudowę Niemiec Zachodnich, społeczną rewoltę drugiej połowy lat 60. w Ameryce czy wojnę w Wietnamie - mówi Andrzej Rybicki. - Agencja działa do dziś, choć reguły w niej obowiązujące przejęła konkurencja. Zmieniła się także rola fotografii prasowej. Traciła na znaczeniu, w miarę jak rosła w siłę coraz to bardziej agresywna i zaborcza telewizja.
Capa to przewidział. We wrześniu 1953 r., na ostatnim zebraniu udziałowców Magnum, w którym brał udział, mówił z przekonaniem, że pewnego dnia miejsce fotografii zajmie ruchomy obraz.
[i]Korzystałem ze znakomitej książki Alexa Kershawa „Capa. Szampan i krew”. Przekład Marcin Piekoszewski. Wydawnictwo Fontanna. Warszawa 2008[/i]
[ramka]Wystawa "Henri Cartier-Bresson. Europejczycy" w Muzeum Narodowym w Warszawie - Królikarni trwa od 11 października do 16 listopada[/ramka]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA