fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Żadnych przywilejów dla byłych esbeków

Prof. Piotr Winczorek
Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Ograniczenie przywilejów emerytalnych były pracowników służb PRL nie powinno budzić wątpliwości konstytucyjnych – mówi „Rz” Piotr Winczorek, prawnik, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, znawca tematyki konstytucyjnej – zasada jest taka, że chroni się tylko prawa słusznie nabyte. Czy akurat prawa tych osób do wyższych emerytur były nabyte słusznie?
Czy deubekizacja może być zgodna z konstytucją?
Piotr Winczorek: W takim zakresie, w jakim – wedle mediów – planuje to zrobić Platforma, dałoby się ją obronić w Trybunale Konstytucyjnym. Nie powinno budzić wątpliwości konstytucyjnych ograniczenie przywilejów emerytalnych i ustalenie wysokości emerytur były pracowników służb PRL wedle ogólnych zasad. Jeśli chodzi o odbieranie praw nabytych, to zasada jest taka, że chroni się tylko prawa słusznie nabyte. Czy akurat prawa tych osób do wyższych emerytur były nabyte słusznie?
Natomiast konstytucyjnie wątpliwe mogłoby być obniżenie ich emerytur do poziomu najniższego. Miałoby to bowiem charakter represji. A ta, jeśli w ogóle miałaby mieć zastosowanie, to tylko w ramach indywidualnej odpowiedzialności, a nie zastosowania wobec wszystkich, niezależnie od tego, kim byli i co robili.
Wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski (PiS) mówi, że nie ma powodu, by monter podsłuchów miał emeryturę wyższą od montera telefonów.
I ma rację. Zakładania podsłuchów nie powinno się premiować wyższymi emeryturami. Natomiast nie powinno się też tego tak penalizować, jak proponowano wcześniej. Proponowane przez PO wyjście pośrednie doprowadziłoby wreszcie do tego, że będzie stosowana reguła równości obywateli wobec prawa. Chyba nie dałoby się tego skutecznie podważyć przed trybunałem.
Można zatem zabrać te przywileje wszystkim i nie trzeba rozpatrywać spraw indywidualnie?
Można działać generalnie, dlatego że gdyby wszyscy objęci ustawą dostali emerytury zgodnie z ich stanem pracy i wysokością zarobków, toby znaleźli się w sytuacji podobnej jak pozostali emeryci, którym przywileje nie przysługują. Ktoś, kto zarabiał 5 tys. zł, nie powinien dostawać dzięki dodatkom 4 tys. zł emerytury, tylko tyle, ile inne osoby zarabiające 5 tysięcy.
Ja w ogóle nie wiem, czy przywileje – zostawiając już ubeków – są uzasadnione. Skoro niektórym zawodom za ciężką czy specyficzną pracę daje się możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę lub wyższe zarobki, to co jeszcze uzasadnia dodatkowe uprzywilejowanie w postaci emerytur wyższych niż normalne? System emerytalny powinien wszystkich pracujących traktować jednakowo.
PO zapowiadała, że powstanie zespół ds. zmian w konstytucji, bo ona już się zużyła. Trzeba konstytucję poprawić?
Zależy co. Bo jeśli poprawianie miałoby polegać na doprecyzowaniu przepisów dotyczących relacji między prezydentem a premierem, to nie trzeba tu nic zmieniać.
Jak to? Właśnie o tych przepisach się mówi, że są nieprecyzyjne.
Nie są, trzeba po prostu umieć czytać ten tekst i tyle. I nic więcej.
No nie, a prawa nominacji ambasadorów? Konstytucja stanowi, że to kompetencja prezydenta, ale też że politykę zagraniczną prowadzi rząd. Zatem nie wiadomo, do kogo to należy.
To wcale nie są sprzeczne zapisy. Tak jak te, że politykę zagraniczną prowadzi rząd, a prezydent ratyfikuje umowy międzynarodowe.
Żeby nie był sprzeczny, musieliby się lepiej dogadywać.
Właśnie o to chodzi! Przecież cały ten system polega na podziale, ale także na równowadze władzy. Zostało zastrzeżone, że zarówno w polityce zagranicznej, jak i obronnej prezydent współpracuje z odpowiednim ministrem. Jeśli mamy takich ludzi, którzy na siebie fukają i kopią się po kostkach, to żadna konstytucja im nie pomoże.
A problem polega na tym, że wiele osób nie dostrzega różnicy między zadaniami organów władzy a ich kompetencjami. Często różne osoby powołują się na artykuł mówiący, że prezydent jest najwyższym przedstawicielem państwa. To są jego zadania, a nie kompetencje. I z tych zadań nie da się wyprowadzić wniosku, jakie ma uprawnienia do podejmowania konkretnych decyzji władczych.
Zatem z tego, że prezydent ma stać na straży niepodległości, nie wynika, że może rządzić poprzez dekrety. Ma kompetencje pozwalające mu przekreślać decyzje Sejmu, ale w trybie skierowania ich do Trybunału Konstytucyjnego i trybunał rozstrzyga, czy ma rację. Nie jest tak, że ustawa, która zdaniem prezydenta jest sprzeczna z konstytucją, przestaje istnieć. Może tyle uczynić dla realizacji zadania, ile ma kompetencji.
To samo odnosi się do rządu. Np. rząd proponuje osoby na stanowiska ambasadorów, a prezydent je powołuje lub nie. Nie musi, może powiedzieć „nie”. Bo gdyby jego uprawnienie było tylko formalne, to po co by je wymieniać w konstytucji? Gdyby musiał nadać ordery, gdy ktoś wystąpi z takim wnioskiem, musiał powołać sędziów proponowanych przez Krajową Radę Sądownictwa albo musiał ułaskawić osobę, która o to się zwraca, to po co nam taka figura jak prezydent?
Ale rządowi się nie podoba, że nie chce mianować niektórych osób.
Jeśli prezydent nie mianuje ambasadora, to oczywiście dochodzi do napięcia między nim a rządem. Ale to powinno być wyjaśniane nie przez wielki huk w mediach, tylko w rozmowach dyskretnych. Bo także ta osoba, która ma być ambasadorem, już pakuje walizki, a potem wszyscy się dowiadują, że prezydent jej nie chce. Nie jest to przyjemne.
Mówiło się, że trzeba zmienić kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, żeby wiążące były te ustalenia, które przechodzą dużą większością głosów, a nie stosunkiem 6 do 5?
To przesada. Ustawa jest przyjmowana zwykłą większością, czyli połową obecnych posłów plus jeden głos. A jeśli prezydent zostanie wybrany przewagą jednego głosu i to jeszcze przy frekwencji 20 procent, to powiemy, że prezydenta nie mamy, bo głosujących było za mało?
Co jeszcze trzeba by zmienić w konstytucji?
Odebrać możliwość kandydowania do Sejmu, Senatu i na urząd prezydenta osobom skazanym prawomocnym wyrokiem sądu za przestępstwo ścigane z urzędu. To jest okoliczność uniemożliwiająca wybór radnego gminy, a głowy państwa – nie. Co więcej – posłowi lub senatorowi można odebrać immunitet i ich skazać, ale nawet siedząc za kratkami, nadal będą parlamentarzystami. To trzeba zmienić dla przyzwoitości i dla symetrii.
A jak się panu podoba pomysł likwidacji immunitetu parlamentarzystów?
Taki projekt jest w Sejmie, ale mam co do niego duże wątpliwości. Patrząc na to, co się dzieje, pojawiają się różne zastrzeżenia wobec osób i powodów, dla których te immunitety mają im być uchylone. Ostatni przykład Zbigniewa Ziobry. Nie mówię, czy ściga się go za wystarczająco poważny czyn, ale wskazuję, jak wiele wzbudziło to emocji i oskarżeń o polityczność uchylenia mu immunitetu. Gdyby w ogóle nie było immunitetu, to można byłoby posłów - zwłaszcza opozycyjnych – ścigać za rzucenie papierka na ulicy lub niesprzątnięcie kupy po psie i stawiać przed sądem grodzkim, bo to wykroczenie. Buch i mamy skazujący wyrok i utratę mandatu. Ten pomysł idzie zatem za daleko. I przy takich napięciach, jakie istnieją u nas między opozycją a siłami rządzącymi, immunitet formalny chroniący parlamentarzystów za przestępstwa zwykłe powinien pozostać. Nie dla nich. Dla dobra parlamentu, żeby go nie można było rozpędzić przez użycie na masową skalę – a to się może zdarzyć – oskarżeń i skazywania na ich podstawie.
Jeszcze i inne grupy mają immunitety. Co z nimi zrobić?
Właśnie, jeśli się zachowuje immunitety formalne: sędziowski, członków Trybunału Stanu i Trybunału Konstytucyjnego, rzecznika praw obywatelskich – to dlaczego ma się go znosić akurat parlamentarzystom? To znieśmy wszystkie, łącznie z ochroną głowy państwa.
A jeśli chodzi o referendum ogólnonarodowe? W konstytucji właściwie brak zapisów, które zmusiłyby władze do uznania jego wiążącego wyniku.
Tu jest rzeczywiście pewna niekonsekwencja. Może warto pomyśleć o tym, by niektóre rodzaje ustaw mogły być od razu uchylane lub uchwalane na drodze referendum. Tak jak w sprawie wyrażenia zgody na ratyfikację umów międzynarodowych – takich jak traktat lizboński czy przystąpienie Polski do UE – czy też na zmianę konstytucji, gdzie wynik referendum daje bezpośredni skutek wiążący. Bo trudno zmusić parlament do głosowania niezgodnego z tym, czego sobie życzą posłowie. Tym bardziej że konstytucja mówi, iż mandat poselski jest wolny i posłowie nie są związani instrukcjami.
Czyli wyniki są tylko informacją dla nich?
Tak jakby, bo co można zrobić Sejmowi? Przecież nie odbierze się posłom mandatów. Sejm nie rozwiąże się bez woli parlamentu. Można nie wybrać ich na następną kadencję, o ile ludzie będą jeszcze pamiętali, że było jakieś referendum, którego wyniki Sejm zignorował.
Jeszcze jakieś dziury są w konstytucji?
Ona ma 240 artykułów i jest miejscami rozgadana. Np. przepisy dotyczące tzw. praw i wolności ekonomicznych i socjalnych. To nie są wolności czy prawa obywatelskie lub człowieka, tylko zadania państwa. Że np. będzie ono dbało o budownictwo mieszkaniowe. I znowu jak z zadaniami prezydenta – z nich nie domniemuje się kompetencji. Można je skreślić, ale jaki byłby rwetes, że RP ma nagle nie dbać o pełne zatrudnienie! To hołd złożony myśleniu typu socjalistycznego, które nie da się przełożyć na przepisy wiążące.
Trzeba zatem konstytucję unowocześnić i uprościć?
Tak. Konstytucja nie może zawierać przepisów na wszystko, bo zrobiłby się z niej rozkład jazdy. I dopiero wtedy byłaby katastrofa, gdyby w rozkładzie coś się nie znalazło i trzeba by puścić pociąg specjalny, na który nie ma przepisu. Konstytucja musi być trochę niedopowiedziana, zostawiać pewne luzy decyzyjne i możliwość w miarę swobodnego jej interpretowania. Konstytucje współczesnych państw są dość lakoniczne i państwa te dobrze sobie dają radę. A jak zaistnieją kłopoty, to jest np. coś takiego jak zwyczaj konstytucyjny i pewna kultura konstytucyjna. Ale na to trzeba czasu, więc nie dziwmy się, że u nas są z tym kłopoty.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA