fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Wybiórcza wolność słowa

Reuters
Wpisany do Karty olimpijskiej zakaz politycznych manifestacji wygląda groźnie, ale tylko na papierze
Test na znajomość Karty olimpijskiej oblałaby pewnie większość z ponad 10 tysięcy sportowców startujących w Pekinie, a może i kilku członków MKOl. Jedno zdanie jest jednak dzięki chińskim igrzyskom dobrze znane. Wpisano je w słynnym już artykule 51, w punkcie trzecim. „Żaden rodzaj demonstracji ani propagandy politycznej, religijnej lub rasowej nie jest dozwolony na obiektach, arenach i innych terenach igrzysk”.
W innym punkcie pojawia się jeszcze uwaga, że zabronione jest też umieszczanie jakichkolwiek materiałów propagandowych na sportowcach (tak to ujmuje Karta), ich stroju i sprzęcie.
To oznacza, że nawet kontrowersyjny znaczek wpięty w klapę podczas ceremonii otwarcia, naklejka z napisem „Wolny Tybet” na rowerze, dysku treningowym albo polityczny transparent na balkonie w wiosce olimpijskiej byłyby wbrew dokumentowi, który jest konstytucją MKOl. Nieważne, czy taki znaczek dotyczy Tybetu, czy serbskości albo albańskości Kosowa. Grozi za to dyskwalifikacja lub odebranie akredytacji. Teoretycznie.
Od kilku miesięcy trwa dyskusja, co będzie wolno podczas igrzysk powiedzieć i zrobić, a czego nie
Od kilku miesięcy trwa dyskusja, co i jak będzie podczas igrzysk wolno powiedzieć i zrobić, a co nie. MKOl wyjaśniał to przy różnych okazjach, ale wątpliwości pozostają. Rzeczniczka ruchu olimpijskiego Giselle Davies zapowiedziała swego czasu, że sportowiec, który usłyszy pytanie np. o Tybet, Darfur czy Falun Gong, może odpowiedzieć, co mu się podoba, bo „wolność słowa sama w sobie jest dla MKOl wielką wartością”. Ale wypowiedź nie może być apelem ani prowokacją, nieważne czy w intencjach politycznych, religijnych czy rasowych. Granica między wypowiedzią zwykłą a prowokacyjną bywa cienka.
Szef MKOl Jacques Rogge dodał jeszcze niedawno od siebie, pytany przez hiszpański komitet olimpijski, że zabronione jest publikowanie politycznych apeli podczas igrzysk w prasie, radiu czy telewizji. Skoro zakaz jest tak szeroki, to nie wiadomo, jak potraktować sportowca, który z dala od olimpijskich obiektów, na którejś z ulic Pekinu, wykrzyczy albo wypisze na transparencie, co myśli o Tybecie lub Falun Gong.
Czy jemu też MKOl zabierze akredytację albo medal, jeśli taki zdobędzie, czy może wystarczy, że takim sportowcem zajmie się chińska policja? Dowiemy się zapewne dopiero po pierwszej próbie, bo artykuł 51 straszył dotychczas głównie na papierze. Podczas dwóch ostatnich igrzysk nikt nawet nie zaglądał do tej części Karty. Nie było takiej potrzeby.
Igrzyska od zawsze były polityczne, protesty zdarzały się przede wszystkim podczas ceremonii otwarcia, i Międzynarodowy Komitet Olimpijski godził się z tym raz lepiej, raz gorzej.
Najgłośniejszy przypadek olimpijskiej banicji, dotyczący amerykańskich sprinterów Tommiego Smitha i Johna Carlosa, miał miejsce, gdy artykułu 51 jeszcze nie było w Karcie. W 1968 roku w Meksyku wyrzucono ich z wioski olimpijskiej za antyrasistowski protest podczas dekoracji medalistów. Do wymierzenia kary wystarczyła ogólna zasada niemieszania polityki ze sportem. Dopiero potem ją rozwinięto w artykule o zakazie demonstracji.
Zasada została zastosowana w Meksyku dość wybiórczo, bo część sportowców USA już podczas ceremonii otwarcia wpięła sobie w stroje znaczki wzywające do walki o prawa czarnoskórej części Ameryki, a po wyrzuceniu Smitha i Carlosa gest ruchu Black Power powtórzyło jeszcze kilku olimpijczyków i nie spotkała ich żadna kara.
Obu sprinterów odesłał zresztą z wioski nie MKOl, lecz amerykański komitet, którego działacze dostali do wyboru: albo wy wyrzucicie ich, albo my wyrzucimy wam całą lekkoatletyczną reprezentację. Na czele MKOl stał wtedy Amerykanin Avery Brundage, który – oględnie mówiąc – nie był do końca przekonany do koncepcji równości ras. Smith i Carlos podpadli mu już przed igrzyskami, oskarżając go o to, że w latach 30. miał słabość do nazizmu, i wzywając do ustąpienia ze stanowiska. Obaj musieli opuścić wioskę, ale medale zachowali.
Z meksykańskiej lekcji nie można więc wyciągać żadnych wniosków, a od tamtego czasu żaden tak głośny przypadek politycznej demonstracji i kary dla olimpijczyka już się nie zdarzył. Jeśli ostatnio MKOl groził komuś dyskwalifikacją, machając mu przed nosem Kartą, to chodziło raczej o przepisy dotyczące niedozwolonej reklamy w czasie igrzysk. I kończyło się na ostrzeżeniu.
Karta mówi, że sportowiec, który złamie przepis z art 51, może – ale nie musi – zostać ukarany dyskwalifikacją lub cofnięciem akredytacji. Decyzję podejmuje Komitet Wykonawczy MKOl i jest ona ostateczna. Komitet analizuje przypadek po przypadku i jak mówi Thomas Bach, niemiecki wiceprezes MKOl, o żadnym automatyzmie nie będzie mowy. Wszystko będzie zależało od wagi przewinienia. Może się więc również skończyć na ostrzeżeniu.
Jest jeszcze jeden problem z karaniem sportowców-demonstrantów. W Karcie olimpijskiej słowo „polityka” i „polityczny” pada w kilku punktach dotyczących nie tylko sportowców, ale i samego MKOl. On ma m.in. chronić igrzyska przed politycznym naciskiem i przed wykorzystywaniem ich przez polityków. Czy można zachować twarz, karząc za manifestowanie podczas igrzysk, które Chińczycy zamienili w jedną wielką manifestację?
Paweł Wilkowicz z Pekinu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA