fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Demony nowej generacji

Ivo Pogorelić: jednego wieczoru może zagrać solowe utwory fortepianowe oraz wielki koncert z orkiestrą
Rzeczpospolita
Występy pianistów elektryzowały kiedyś publiczność, oni zaś sławą dorównywali idolom kultury masowej naszych czasów. Czy dziś jest to możliwe?
„Współcześni pianiści stali się nudni jak flaki z olejem. Tylko bardzo niewielu z nich ma coś interesującego do powiedzenia” – napisał kilka lat temu krytyk brytyjskiego „Guardiana” Martin Kettle, oceną tą bulwersując opinię. Przyczyn tego stanu rzeczy upatrywał zarówno w samych artystach, jak i w instrumencie oraz muzyce, którą wykonują.
Fortepian królował w XIX wieku. Karierę zrobił dzięki Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która przeciwstawiła go klawesynowi. Moc dźwięków fortepianu dobrze oddawała rewolucyjne nastroje, delikatny klawesyn uważano za symbol starego reżimu, wyrzucano go więc z okien plądrowanych pałaców arystokratów. Artystyczne możliwości nowego na owe czasy instrumentu odkrył przede wszystkim Beethoven. Za jego to sprawą powiększono skalę fortepianu do sześciu i pół oktawy, w następnych latach Sebastian Erard czy Jean-Henri Pape wprowadzili kolejne udoskonalenia techniczne w konstrukcji tego instrumentu, a Fryderyk Chopin czy Franciszek Liszt odkryli jego możliwości artystyczne.
Fortepian (lub wersja pomniejszona – pianino) zrobił oszałamiającą karierę. Znajdował się niemal w każdym domu, również klasy średniej, służył do występów koncertowych i do rodzinnego muzykowania. Komponowano dla niego wielkie utwory i proste melodie, które mógł zagrać każdy. A zdobycie umiejętności w grze na fortepianie jeszcze do połowy XX wieku należało do elementów obowiązkowego wykształcenia inteligencji, a nawet lepiej sytuowanych rodzin robotniczych.
Zmierzch fortepianu nastąpił z chwilą rozwoju radia, fonografii i telewizji, gdy słuchanie muzyki zastąpiło jej czynne uprawianie. Ważniejsze jednak chyba stało się to, że sami kompozytorzy również przestali wierzyć w siłę jego oddziaływania. Gdy w wieku XX zatriumfowała awangarda, fortepian stał się niemal wyłącznie obiektem rozmaitych eksperymentów brzmieniowych. Od czasów Bartoka, Gershwina czy Prokofiewa nie powstał żaden wielki koncert fortepianowy, który na trwałe wszedłby do światowego repertuaru.
Większość współczesnych pianistów pozostaje przy klasycznym repertuarze i coraz trudniej znaleźć im w dziełach dawnych mistrzów coś nowego, świeżego i oryginalnego. Artur Rubinstein powiedział kiedyś, że zawsze uważał Brahmsa za kompozytora nowoczesnego, bo jego młodość przypadła na schyłek życia tego kompozytora. To była muzyka, która stanowiła część jego własnego życia. Dzisiejsze generacje, siadając do klawiatury, rozpoczynają wycieczkę w przeszłość coraz bardziej dla nich odległą. I muszą przekonać odbiorcę, że mają jednak coś do przekazania. To prawda, że publiczność ciągle lubi recitale fortepianowe, ale też szuka wirtuoza, który przywróci ów dreszcz emocji towarzyszący występom dawnych lwów.Nazwisko Artura Rubinsteina padło tu nieprzypadkowo. Był jednym z ostatnich demonów klawiatury, dysponujących magiczną wręcz siłą. Ta dynastia zaczynała się od Liszta, rozwijała się dzięki niezwykłym umiejętnościom Antoniego Rubinsteina, Ignacego Jana Paderewskiego, Józefa Hofmana, Leopolda Godowskiego, Sergiusza Rachmaninowa, a skończyła się definitywnie wraz ze śmiercią Vladimira Horowitza. Ten artysta urodzony w Kijowie w 1904 r., a więc młodszy o lat 17 od Artura Rubinsteina, w 1925 r. wyruszył na podbój Europy i przez następnych 60 lat fascynował świat nienaganną techniką, barwą dźwięku i ciągłym odnajdywaniem w granych przez siebie utworach nowych treści.
Kiedy w 1982 r. zmarł Artur Rubinstein, a w siedem lat później Vladimir Horowitz, światowa pianistyka zakończyła definitywnie pewien rozdział dziejów, bodaj czy nie najważniejszy. Wciąż, co prawda, występował Światosław Richter, którego recitale miały w sobie coś z misteriów. Był jednak artystą jedynym i niepowtarzalnym, a nie kontynuatorem określonej tradycji i epoki.
Żaden ze współczesnych pianistów nie bywa obdarzany mianem następcy Rubinsteina czy Horowitza. I nie wynika to z faktu, że ich umiejętności są mniejsze. Wręcz przeciwnie – sprawnością techniczną przewyższają często dawnych mistrzów, ich znajomość repertuaru jest równie bogata, a na dodatek żaden nie pozwoliłby sobie na wyraźne wpadki w grze i odstępstwa od nutowego zapisu, co przecież zdarzało się Arturowi Rubinsteinowi. Jego interpretacje pozostawały jednak w pamięci, te współczesne szybciej z niej ulatują.
A jednak indywidualności nie zaginęły, nadal zdarzają się artyści potrafiący dostarczyć niepowtarzalnych przeżyć. Taki jest choćby Ivo Pogorelić, artysta na wskroś współczesny w swym sposobie spojrzenia na XIX-wieczną muzykę, a zarazem jako jeden z nielicznych zdolnych dzisiaj do podjęcia artystycznego wyzwania godnego dawnych mistrzów klawiatury. Jednego wieczoru może zagrać solowe utwory fortepianowe oraz wielki koncert z orkiestrą, jak uczyni to na inaugurację tegorocznego festiwalu. Poza standardowe konwencje chętnie wychodzi również Fin Olli Mustonen, którego tym razem usłyszymy w rzadko wykonywanym w Warszawie koncercie Respighiego.Zupełnie inną osobowością jest Grigorij Sokołow. Cechuje go znakomite wyczucie stylu i pomysłowość w doborze utworów swoich występów. Z pewnością potwierdzi to jego kolejny recital w Warszawie, w którym sonaty Mozarta postanowił zestawić z preludiami Chopina. Tej klasy artysta nie idzie zatem śladem innych pianistów, którzy pod pozorem mozaikowej różnorodności kompozytorów i epok mających uatrakcyjnić ich występ, grywają to, co lubią najlepiej. On pragnie wprowadzać publiczność w świat wielkich form lub cykli utworów, by w ten sposób ukazać bogactwo wybranej przez siebie muzyki.
Czy do tej listy indywidualności warto dopisać także innego rosyjskiego artystę – Aleksieja Lubimowa, przekonamy się po jego festiwalowym recitalu. Program zapowiada się ciekawie: Haydn i Mozart z niewielkim dodatkiem Chopina oraz zestawem fortepianowych utworów Michaiła Glinki, powszechnie uważanego przecież przede wszystkim za kompozytora operowego. Będzie to szczególny wieczór także i z tego powodu, że Lubimow zagra na dwóch różnych fortepianach z I połowy XIX wieku.
A może zelektryzuje warszawską publiczność któryś z artystów młodszej generacji? Może to być Francuz Francois-Frédéric Guy w „Concerto in modo misolido” lub 38-letni Niemiec Markus Groh, uważany za współczesnego romantyka (zagra utwory Webera i Liszta) lub jeden z najmłodszych przedstawicieli rosyjskich pianistów, 28-letni Jewgienij Sudbin w słynnym koncercie b-moll Czajkowskiego.
Słuchając tych artystów, nie porównujmy ich z Rubinsteinem lub Horowitzem, lecz zastanówmy się, co swymi interpretacjami mają nam dziś do powiedzenia. Każda epoka ma zresztą takich wirtuozów, na jakich zasługuje.
—Jacek Marczyński
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA