fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Dużo od życia dostałem

Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Rozmowa z Krzysztofem Zanussim. W niedzielę, na zakończenie III Festiwalu Zawodów Filmowych Cinemagic odbędzie się benefis Krzysztofa Zanussiego z okazji 50-lecia pracy twórczej
Rz: Czuje pan niepokój, że minęło tyle lat?
Krzysztof Zanussi: Raczej zdziwienie. Przede mną tylu ludzi wyrażało podobne niedowierzanie, sądziłem więc, że się na to zaszczepiłem. Nic podobnego. Ale może lepiej nie myśleć o przemijaniu, lecz zajmować się tym, co nam jeszcze zostało.
Czy ze swymi dobrym manierami i niechęcią do „artystycznego” stylu życia pasuje pan do zawodu filmowca? Nie klnie pan na planie, nie krzyczy, po zdjęciach wraca prosto do domu...
Uprzejmość jest czasem odbierana jak fałsz. Ludzie chcą autentyczności, a w niej mieszczą się agresja czy chamstwo. Ale jakoś sobie radzę. W końcu w artystycznych zawodach jest miejsce dla odmieńców.
Które ze swoich filmów lubi pan najbardziej?
Mnie samemu bliski jest cykl „Struktura kryształu”, „Iluminacja”, „Constans”, „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”, „Suplement”. Są bardzo osobiste. Ale wiem, że niektórym widzom bardziej podobają się obrazy obyczajowo-społeczne, jak „Życie rodzinne”, „Kontrakt”, „Dotknięcie ręki”.
Czy ma pan niezrealizowane projekty, których pan żałuje?
Bardzo wiele. Z ostatnich chyba najbardziej „Jadwigi”, która czeka na łaskę publicznej telewizji. To kolejny, po „Oku diabła” o wyspie Rodos czy „Królowej Krystynie” projekt kostiumowy, którego nie udaje mi się nakręcić. Żałuję pierwszego scenariusza „Pośrodku drogi”. No i dyptyku „Na dobrą i złą dolę” z początku lat 90. Krzysztof Kieślowski wytykał mi tę „dolę”, bo chciał, żebym był nowocześniejszy. Były to opowieści o polskich emigrantach, którzy – wygnani w stanie wojennym – wracają z bagażem doświadczeń i rozczarowań i spotykają się w ojczyźnie z tymi, którym kapitalizm wydaje się nowym, wspaniałym światem.
W ciągu tych 50 lat żył pan w dwóch systemach. W którym z nich czuł się pan lepiej jako artysta? Pana koledzy mówią, że nigdy nie mieli takiej publiczności jak w PRL...
Prawdą jest, że w czasach socjalizmu ludzie czekali na kino. Ale nie wolno się cieszyć sztucznym przywilejem, który opiera się na krzywdzie. Polacy nie mieli dostępu do innych filmów, więc zbieraliśmy oklaski, które nie zawsze były dla nas, dlatego nie trzeba do tego wracać z nostalgią.
A dzisiaj?
Musimy przebijać się przez oporną materię. Ale nie zgadzam się z tezą o kryzysie polskiego filmu. Widzowie wracają do kin i coraz częściej tęsknią za poważną rozmową.
Mówi się, że filmowe przyjaźnie trwają tyle, ile kręcenie filmu. Czy to nie bolesne?
Bardzo. Podobnie jest z ludźmi teatru zżywającymi się ze sobą na jedną sztukę czy dyplomatami pracującymi od kadencji do kadencji. Próbujemy te związki zatrzymać, ale nie zawsze się udaje. Oddaliliśmy się ze Sławkiem Idziakiem, choć kiedyś przeżywaliśmy razem dramaty stanu wojennego. Mam aktorów, z którymi pracuję od lat, a zdarza się, że ktoś mi dzisiaj odmawia zagrania roli... Trudno w zawodzie, w którym ciągle się gna, budować coś trwałego. Ale miałem głęboką przyjaźń dwóch ludzi, których uważam za geniuszy – Kieślowskiego i Tarkowskiego. A teraz łapię nagle kontakt z kimś młodszym o pokolenie lub dwa. I to wspaniałe uczucie.
Przestrzegam młodych przed kłamstwem, bo dzisiaj łatwo żyć w iluzji. A to dla artysty zguba
Jest pan ciągle w podróży. Ile razy obleciał pan kulę ziemską?
Nie wiem. Widzę tylko, w jak błyskawicznym tempie zbieram punkty w lotniczych programach lojalnościowych. Te podróże są wspaniałym doświadczeniem. Zmiany kultur bywają szokujące.
Świat pana nie przeraża?
Czasem. Nie mamy wspólnych marzeń, nie wiemy, czego chcemy i dokąd dążymy. Jednak więcej rzeczy mnie zachwyca. Zmniejszenie dystansu dzięki Internetowi i komórkom, powszechność dostępu do kultury, łatwość przemieszczania się. I trzeba widzieć te pozytywy, zanim zacznie się narzekać.
Jacy są młodzi twórcy, z którymi pan się spotyka?
Wśród wszystkich przemian czuje się to, co w człowieku stałe: tęsknoty, idealizm. Cynizm świata doskwiera młodym tak samo jak mnie. I tak samo jest im źle, gdy nie mogą znaleźć dla siebie pola i zrobić czegoś, w czym mogliby przejść samych siebie. Im jest zresztą gorzej. Kiedy życie jest łagodne, człowiek mało wie. Niedawno młody reżyser pokazał mi swój film. Ładny, dobrze zrobiony, ale pusty. I co mam mu poradzić? Mam mu powiedzieć: „Pocierp, to coś się w tobie stanie?” Jest skazany na niepowodzenie i ono może go czegoś nauczy.
Co mówi pan swoim studentom?
Przestrzegam ich przed kłamstwem, bo dzisiaj łatwo żyć w iluzji. To dla artysty zguba. Gdy byliśmy przypierani do muru, musieliśmy określić, kim jesteśmy. Teraz łatwiej prześlizgnąć się przez życie, stworzyć własny mikrokosmos. A przecież sztuka to wychodzenie do świata, którego nie rozumiemy, z którym mamy kłopot.
Czy pan kiedyś odpoczywa?
W wolnym czasie pracuję. Jedna praca jest dla mnie odtrutką na drugą.
Czy czasem zakłada pan sweter?
Niechętnie. Ze względów estetycznych. Całe życie walczę z nadwagą, a sweter okrutnie ujawnia tych kilka kilogramów za wiele.
Ale pozwala być na luzie.
Dzisiaj określenie „na luzie” ma zabarwienie pozytywne, dawniej oznaczało tyle co sflaczały. A ja cenię spięcie.
Czego panu życzyć z okazji jubileuszu?
Na pewno nie tego samego, czego życzę sobie sam, bo miewam złe pragnienia, z którymi walczę.
Coś dobrego obficie polanego majonezem?
To na pewno. A poważnie: chciałbym cieszyć się tym, co mam. Ogromnie dużo od życia dostałem, więc nie proszę o więcej, tylko żeby to trwało.
Krzysztof Zanussi – reżyser, szef studia filmowego Tor. Urodził się w 1939 roku w Warszawie. Studiował na wydziałach Fizyki UW, Filozofii UJ i Reżyserii PWSFTViT w Łodzi.
W polskim kinie zajmuje miejsce szczególne. W czasach PRL w filmach, takich jak „Struktura kryształu”, „Za ścianą”, „Życie rodzinne”, „Barwy ochronne”, „Spirala”, wprowadził na ekran bohatera inteligenckiego i jego moralne dylematy.
Kino Zanussiego zawsze było bardzo osobiste. Także dziś stara się pozostać wierny sobie. Jego „Dotknięcie ręki”, „Cwał”, „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową”, „Suplement”, serial „Opowieści weekendowe”, wreszcie „Persona non grata” – też obracają się w kręgu spraw inteligenckich. Twórca rozlicza pokolenie „Solidarności”, opowiada o jego straconych złudzeniach. Krzysztof Zanussi żyje aktywnie: reżyseruje w teatrach europejskich, działa w międzynarodowych organizacjach, wspiera akcje charytatywne. I chętnie spotyka się z widzami.
—bh
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA