fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Depresja samuraja

Rzeczpospolita
Murakami rozumie swoją epokę
Nie dostał Nobla, zaczął przynudzać i powtarzać się. Mimo to znów jest na tapecie. „Haruki Murakami i muzyka słów” to analityczno-biograficzny esej pióra amerykańskiego japonisty i tłumacza Jaya Rubina. Książka błyskotliwa, napisana z temperamentem i tak przekonująco, że nawet ci, którzy dotychczas omijali łukiem prozę Japończyka, poczują oskomę na tę lekturę.
Jednocześnie do naszych księgarń trafił komiks „Balsamista” Mitsukazu Mihary. Dobry powód, żeby porównać nasze wyobrażenia o współczesnej Japonii z tym, jak postrzegają ją autochtoni.
Pamiętacie proroctwo „Polska będzie drugą Japonią”? Tak kokietował rodaków Lech Wałęsa. Ponad 20 lat temu pobrzmiewała w tym porównaniu nadzieja. Zarazem był to komplement dla narodu wręcz mitycznego, przynajmniej z nadwiślańskiej perspektywy. Bo co wiedzieliśmy o Kraju Kwitnącej Wiśni? Że ludzie tam pracowici jak mrówki albo jeszcze bardziej i że w mgnieniu oka dogonili technicznie taką potęgę jak USA. Poza tym Japonię utożsamialiśmy z filmami Kurosawy i samurajskimi bajędami. Ci, którzy interesowali się plakatem (a w Polsce można ich było liczyć na kopy), wiedzieli o niponosiągnięciach w tej dziedzinie. Znawcy muzyki zaś podziwiali skośnookich wirtuozów. Nieliczni słyszeli o rewolucji w modzie dokonanej przez japońskich projektantów w Paryżu.
Ekskluzywne grono interesowało się haiku. A już zupełnie maleńki krąg nawiązał osobistą znajomość z Koji Kamoji, Japończykiem osiadłym w Warszawie z woli stryja Ryochiu Umedy, tłumacza z polskiego na japoński. Koji miał 24 lata i nie śmiał sprzeciwić się woli starszego krewnego. Wolał wprawdzie Paryż, ale co tam, niech będzie Warszawa, przecież to blisko Francji (w jego ówczesnym mniemaniu). Koji został w Polsce do dziś. Zajmuje się sztuką konceptualną, ale inaczej niż twórcy z innych kultur. To mistrz lapidarności chętnie nawiązujący do poezji XVII-wiecznego poety haiku Matsuo Bashô. Pamiętam jego dzieło – instalację sprzed mniej więcej 20 lat. Na pozór nic, kreska na ścianie. Lecz tytuł! Mroził krew w żyłach: „Droga, którą przeczołgał się S. Sasaki w stronę morza, zanim zmarł po zażyciu nadmiernej ilości środków nasennych”. Żaden artysta wychowany w kulturze zachodniej nie wpadłby na to, żeby w ten sposób przedstawić samobójstwo przyjaciela. Okrucieństwo i precyzja, jednocześnie kompletna umowność. Szok. „To się stało, kiedy miałem 20 lat i on też. Prawdopodobnie w człowieku jest coś takiego, że kiedy coś się bardzo mocno przeżyje, to w mózgu zostaje jakiś fizyczny tego ślad. Kiedy poruszy się ten ślad, to wspomnienie momentalnie wraca do tego czasu i człowiek staje się bezbronny” – wyjaśniał artysta, obecnie 73-letni.
W ostatnich kilku latach doszło, a raczej dochodzi, do bliższych spotkań z postsamurajską kulturą. Przede wszystkim zaczyna docierać do nas prawda o współczesnym obliczu tego kraju. To żaden raj, raczej piekło na ziemi. Ale Japończyk potrafi nawet depresję przedstawić w estetycznej formie. Instalacja Kojego sprzed ćwierćwiecza przypomniała mi się, kiedy wzięłam do ręki „Balsamistę”. Komiks utrzymany w tradycji mangi, choć z ostrzeżeniem, że to rzecz dla dorosłych.
Efektowna kreska, zeuropeizowane rysy bohaterów, sylwetki manekinów, duże oczy itp. Mimo kosmopolityczno-naiwnej formy opowieść o niejakim Mamiyi Shinjiro nie mogłaby powstać na Zachodzie. W naszej kulturze unika się tematu śmierci. Nikt przy zdrowych zmysłach nie stworzyłby komiksu o kimś trudniącym się „rekonstruowaniem trupów”.
Co więcej, rozpisana na pięć rozdziałów akcja „Balsamisty” inkrustowana jest naukowymi konkretami dotyczącymi konserwowania zmarłych. Można dowiedzieć się o usuwaniu płynów fizjologicznych, niebezpieczeństwie zarażenia się od trupa chorobami itp.
Jeśli ktoś sądzi, że komiks miał niszowy zasięg, jest w błędzie. Sukces! Na podstawie scenariusza Mihary powstał w ubiegłym roku serial telewizyjny emitowany przez TV Tokyo. Okazało się, że autor trafił w realne problemy rodaków.
Zaburzenia psychiczne to dziś na Wyspach Japońskich norma. Czym kończy się permanentne zaprzeczanie osobowości oraz ciągłe przeciwstawianie się biologicznym potrzebom? Dołem, w sensie metaforycznym i dosłownym. Przyczyny rozstania z doczesnością, odnotowane w „Balsamiście”, są wyjątkowo przygnębiające. Przyziemne, jeśli tak można powiedzieć. Daremnie wypatrywać wzniosłego seppuku czy arystokratycznego harakiri. Dziś nawet samobójstwa straciły narodowy charakter… Bo co oryginalnego w zapadnięciu na gruźlicę w efekcie przepracowania? Albo w poniesieniu śmierci w wypadku? Czy w utonięciu w wannie? Dziś prawdziwych samurajów już nie ma.
– Japończyk przyjmuje świat takim, jakim jest, bez protestu, bo to niezależne od niego – tłumaczy Koji Kamoji. – Sztuka Wschodu reprezentuje bezpośrednio zmysłowe działanie, bez wyjaśnień i logicznego, intelektualnego traktowania rzeczywistości.
Nie ma więc powodu, by wykluczyć balsamowanie zwłok.
Niezwykła popularność Haruki Murakamiego ma dwa źródła. Jest rezultatem owego otwartego, akceptującego podejścia do świata. To dla nie-Japończyków novum! Z drugiej strony Murakami, jak na przedstawiciela swego kraju, reprezentuje kosmopolityczną postawę. Typowe dziecko globalnej wioski zbiera owoce kulturowego zglajszachtowania.
Efekt? Jego proza dla zachodnich czytelników jest kwintesencją japońskości, dla rodaków – zaprzeczeniem cech narodowych.
A sam pisarz tak w życiu, jak w każdej książce wypiera się ziomków. Nie tyle ich, co japońskiej machiny niszczącej ciało, łamiącej duszę. Potępia pracoholizm, neguje tradycję pokornej akceptacji losu, zżyma się na autodestrukcję w imię zadowolenia rodziny bądź pracodawcy.
Japoński literat opowiada się za hipisowskim stylem życia. Głosi pochwałę nicnierobienia i kierowania się porywami serca, wyobraźni, nastroju. W gruncie rzeczy jest do szpiku kości zachodni.
W dodatku archaiczny. Piewca ideałów dzieci kwiatów, romantyk olewający zawodową karierę, sentymentalny fan muzyki Beatlesów. Czy istnieje choćby jeden Japończyk z krwi i kości, który podążyłby tropami „Kafki nad brzegiem morza” czy „Przygody z owcą”?
Otóż tak! Po ukazaniu się w 1987 roku „Norwegian Wood” Murakamiego okrzyknięto w ojczyźnie fenomenem. W ciągu roku sprzedano 3,5 miliona egzemplarzy powieści. Książka „wygenerowała” całe kohorty młodych dziewczyn określanych mianem norweskiego plemienia. To z kolei dało asumpt twórcom reklam, żeby sukces powieści przekuć na marketing. Mistrzostwo świata to skojarzenie „Norwegian Wood” z odkurzaczem: używając tego sprzętu, można zyskać czas na lekturę Murakamiego i popijanie beaujolais nouveau wzorem jego bohaterów.
Przyznam, że choć fascynacja „ptakiem nakręcaczem” nieco mi opadła, z wielką frajdą przeczytałam opracowanie Jaya Rubina. Amerykanin przeanalizował mechanizmy międzynarodowego sukcesu Japończyka, kapitalnie zinterpretował poszczególne powieści, wytłumaczył ich niejasną symbolikę. A że blisko zna Murakamiego, przedstawił go czytelnikowi z prywatnej strony. Serdecznie, lecz nie z pozycji klęczącej. Więcej, wydobył z przyjaciela wiele szczerych wynurzeń.
A oto credo Harukiego: „W dzisiejszych czasach, kiedy współczesne mieszczaństwo może się zajmować tyloma rzeczami i mieć tyle zainteresowań, powieści muszą konkurować ze sportem, muzyką, telewizją, wideo, gotowaniem i całą masą innych przyjemnych sposobów spędzania czasu. Pisarz nie może już wymagać od czytelników, że będą poświęcać czas i energię na próby zrozumienia trudnej prozy. Teraz to twórca musi się starać, żeby powieść była wciągająca. To na nim spoczywa trud dostarczenia rozrywki, opowiedzenia historii prostym i zrozumiałym językiem”.
Cynik czy geniusz? Z pewnością autor rozumiejący swoją epokę.
Jay Rubin „Haruki Murakami i muzyka słów”. Muza SA,Warszawa 2008
Mitsukazu Mihara „Balsamista”. Przeł. Magdalena Tomaszewska-Bolałek. Wydawnictwo Hanami, Warszawa 2008
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA