fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Jazz: biznes czy filantropia?

James Carter był pierwszą wielką gwiazdą, która wystąpiła w Jazzarium Akwarium
Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
- Na jazzie się nie zarabia. Prowadzimy prywatne domy kultury - mówią szefowie polskich klubów. Muzycy ripostują: Nasze występy pomagają budować prestiż tych miejsc.
Po siedmiu miesiącach reaktywowany w centrum Warszawy klub jazzowy Akwarium wstrzymał działalność. Lokal miał ambitny program, ale powstał na najdroższej powierzchni handlowej w kraju. Zabrakło chętnych na koncerty kilka razy w tygodniu. Bilety kosztowały od kilkudziesięciu do prawie 200 złotych. To kilkakrotnie więcej niż w Krakowie, Olsztynie, Trójmieście czy Poznaniu, gdzie ceny zaczynają się już od 10 zł. – Wbrew powszechnemu przekonaniu słuchacze jazzu nie są bogaci – mówi Grzegorz Młynarski, właściciel Bohema Jazz Club w Olsztynie. – Biznesmeni rzadko kochają jazz, częściej się na niego snobują. A prawdziwi fani zarabiają przeciętnie.
Tymczasem właściciele klubów jazzowych zarabiają na wszystkim, tylko nie na muzyce. Bohema jest także restauracją. – Muszę działać dwutorowo – tłumaczy Młynarski. – Gastronomia przynosi dochody, a to, co wydalibyśmy na marketing, inwestujemy w koncerty jazzowe. Same w sobie są świetną reklamą.
Białostocki Odeon to jedyny ważny jazzowy lokal w mieście. – Inni się nawet w ten interes nie pchają – mówi Jarosław Aleksiejuk. W latach 90. przyjeżdżały tam gwiazdy: Bem, Prońko, Makowicz. Ostatnio o znane nazwiska trudniej. – Nie stać nas, a i potrzeby publiczności są ograniczone. Raz w tygodniu musimy robić to nieszczęsne karaoke, ale staramy się, żeby trzymało poziom. W soboty mamy imprezy taneczne, ratuje nas utarg z baru.
Nawet Lech Łuczak, szef renomowanego Blue Note w Poznaniu, uważa, że prezentowanie wyłącznie jazzu to lot kamikadze. Dlatego czasem, bez reklamy i rozgłosu, organizuje imprezy dla młodzieży – zawsze przychodzą tłumy. Natomiast w sezonie letnim klub zawsze zamyka. – Żeby przetrwać w wakacje, musiałbym robić komercję, a nie chcę – wyjaśnia Łuczak. Latem o publiczność na koncertach jazzowych wyjątkowo trudno, ale i przez cały rok frekwencji przewidzieć się nie da. Nie gwarantują jej nawet gwiazdy, wizyty awangardowych muzyków to zaś duże ryzyko. – Niedawno był u nas Samuel Blaser nagradzany na ważnych festiwalach. Mimo promocji sala była pusta – mówi Ewelina Spyrka z krakowskiego Piec Artu. – Prezentowanie trudnych gatunków, takich jak free jazz, wymaga nakładów i starań. W Krakowie mamy uprzywilejowaną sytuację, bo słuchacze są z jazzem obyci. A i tak jest nam ciężko.
Większość właścicieli uważa, że wystarczy, jeśli znani artyści występują w klubie dwa, trzy razy w miesiącu. W pozostałe dni grają młodsi i lokalni, a więc tańsi, muzycy. W ten sposób goście się nie nudzą, a ich portfele nie cierpią. Na co dzień taką strategię prowadzi krakowski Harris Piano Bar. Zaprasza m.in. studentów uczelni muzycznych. Koncerty są co wieczór, tradycyjny jazz przeplata się z fusion i latin jazzem. Opłaty za bilety są symboliczne, a lokal pełny. Menedżerka Małgorzata Michalska zapewnia: – Bilans mamy dodatni, szef jest zadowolony.
Jednak większość właścicieli podkreśla: wysokiej klasy jazz oznacza straty. – Kto otwiera klub jazzowy z planem zarobienia pieniędzy, ustawia się na przegranej pozycji – ocenia Marcin Giemza, szef wrocławskiej Rury. – To nie biznes, raczej prywatny dom kultury. Kiedy po koncercie bilans wychodzi na zero, jest radość.
A zdarza się ona tylko przy wyprzedanych biletach, dobrym utargu z baru i pomocy sponsora. Jazz najchętniej wspierają producenci alkoholi i papierosów, występy zagranicznych muzyków współfinansują ambasady. Zwroty z biletów pokrywają najwyżej połowę kosztów. Gdyńskiemu klubowi Ucho, który organizuje cykl "Sax Club", pomaga miasto. – Bez subsydiów jazzu by u nas nie było – mówi Karol Hebanowski, menedżer. – Gaże lokalnych muzyków zaczynaj się od 500 zł, Sam Rivers żąda 3,5 tysiąca euro, a James Carter około 8 tys. euro. Występ Tomasza Stańki to koszt rzędu 30 tys. złotych.
Niektórzy muzycy obniżają stawki, jeśli są z klubem zaprzyjaźnieni. – Kiedy zaczynałem, usłyszałem radę: "Tylko konsekwencja uratuje twój klub". Sprawdziła się – mówi Grzegorz Młynarski z Bohemy. – Dla klubu jazzowego kluczem jest długowieczność. Trzeba sprawić, by przychodzili do nas, jak do domu. W końcu to my, właściciele klubów, utrzymujemy jazzmanów – tłumaczy z uśmiechem. – Jesteśmy grupą filantropów, dajemy im codzienny chleb.
– Z tym chlebem bym nie przesadzał – mówi "Rz" Stanisław Soyka, jeden z najczęściej koncertujących jazzmanów. – Szczyt popularności jazzu miał u nas miejsce 30 lat temu. Dziś to elitarna rozrywka. Nie ma gwarantowanych stawek, wielu muzyków występuje za grosze, a znam i takich, co przesiedli się do taksówek.
Wojciech Mazolewski z grupy Pink Freud przyznaje, że dzięki wytrwałości właścicieli w kraju działa wiele dobrych klubów jazzowych. Zaznacza jednak, że na koncertowaniu zyskują obie strony: – Nasze występy pomagają budować prestiż tych miejsc, a przeznaczone na nie pieniądze nie trafiają w błoto, tworzą wizerunek firmy.
– Trzeba inwestować – zgadza się Łuczak z Blue Note. – Dlatego przestałem się przejmować i kupuję już trzeci fortepian. Jazz to pasja, nie można jej przeliczyć na pieniądze.
Rachunki na bok odkłada też Marcin Giemza z Rury: – Naszą rolą nie jest prowadzenie księgowych dywagacji. Istniejemy, by artyści mieli gdzie grać i rozwijać się. Tylko w ten sposób ożywimy scenę jazzową. Nie ma sensu kalkulować, czy każdy koncert się opłaci. Trzeba ich tysiące, by któregoś wieczora wyłonił się wartościowy muzyk.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA