fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Che z podkoszulka

Benicio del Toro, odtwórca głównej roli
AFP
„To nasz własny T-shirt z Che” – zażartował w Cannes Steven Soderbergh. Niestety, powiedział prawdę: jego film przypomina koszulkę z Guevarą - pisze Barbara Hollender z Cannes
„Che” to właściwie dwa filmy fabularne: „Argentyńczyk” i „Gue-rilla”. Pierwszy z nich mówi o rewolucji kubańskiej, drugi o nieudanej misji w Boliwii.
– Początkowo chciałem opowiedzieć o mało znanych boliwijskich losach Che – mówi Soderbergh. – Ale nie można zrozumieć Guevary, jeśli nie zobaczy się go podczas rewolucji kubańskiej.
Film budził kontrowersje, zanim jeszcze powstał. Nie mógł znaleźć dystrybutora w USA. W Cannes produkcja Soderbergha stała się wydarzeniem. Krytyków nie odstraszył nawet czas projekcji: 4,5 godziny!„Argentyńczyk” zaczyna się od scen, w których Fidel Castro i młody argentyński lekarz Ernesto Guevara razem z 80 innymi bojownikami płyną z Meksyku na Kubę, by tam obalić proamerykański reżim Batisty. Z komentarza dowiadujemy się, że tylko 12 z nich dożyje zwycięstwa rewolucji. Swoją relację z późniejszych wydarzeń Soderbergh przeplata wywiadem, jakiego Che udzielił w 1965 roku w Nowym Jorku dziennikarce amerykańskiej. Ale najważniejsze są obrazy zwycięstwa wśród wiwatujących tłumów.
Na ekranie pojawia się napis „Przerwa”. Potem tylko lakoniczna informacja o nieudanej wyprawie do Konga i film „Guerilla” wprowadza widza w sam środek boliwijskiego buszu. Tu Che razem z grupą rewolucjonistów kubańskich próbuje dokonać rewolucji. „Chcecie mieć szpitale, opiekę lekarską, szkoły dla waszych dzieci?” – pyta boliwijskiego wieśniaka. „Tak” – odpowiada niepewnie mężczyzna. „To pomóżcie nam” – rzuca Che i w odpowiedzi słyszy tylko ciszę. „Guerilla” jest opowieścią o przegranej.Dla młodego pokolenia Che to głównie twarz z T-shirtu. Symbol buntu, idealizmu i bezkompromisowości, który Jean-Paul Sartre nazwał „najpełniejszą osobowością naszych czasów”. Komputerowa, samotna generacja nastolatków kupiła legendę Che, zapominając o jego zbrodniach. Niestety, po obejrzeniu filmu Soderbergha za podobizną z koszulki nadal nie dostrzeże się ani mechanizmów historii, ani człowieka.
Przed kilkoma laty Walter Salles przypomniał młodość Guevary. W „Kronikach motocyklowych” opowiedział o podróży przez Amerykę Łacińską, która studenta medycyny z mieszczańskiej rodziny zamieniła w rewolucjonistę. Soderbergh portretuje Che jako dojrzałego człowieka.– Im więcej o Guevarze czytałem – mówi Benicio del Toro, odtwórca głównej roli – tym bardziej czułem się jak sarna w świetle reflektorów. To był intelektualista i bojownik o bardzo skomplikowanej osobowości.
Ale Soderbergh nie śledzi jego emocji, zwątpień, uniesień. Nie przekracza granicy prywatności – nic nie mówi o jego miłościach i stosunku do kobiet. I nie ocenia. W swoim opowiadaniu jest dokładny, niemal beznamiętny. Tworzy coś na kształt kroniki wydarzeń.
W czasie projekcji zadawałam sobie pytanie, po co Soderbergh nakręcił ten film. Mimo paradokumentalnego stylu narracji i precyzji nie tworzy prawdziwego portretu Guevary. Owszem, widzimy, jak skazuje na śmierć żołnierza, który zgwałcił nastoletnią wieśniaczkę, jak chroni miejscową ludność. Ale to wszystko powierzchowne, a nawet zakłamane. Nie ma gry między Che a Fidelem, nie ma deprawacji i ceny rewolucji. W widzu zostaje niedosyt i poczucie płytkości obserwacji.
Choć jest coś, co z tego obrazu można wynieść: opowieść o rewolucji. Kontrastując entuzjazm Kubańczyków z brakiem zaufania Boliwijczyków, Soderbergh udowadnia tezę Guevary, że nie da się zrobić rewolty bez poparcia tłumów. Trochę za mało, jak na 4,5 godziny ruchomych obrazów.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA