fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Posępny Wagner w wersji pop

Na wpół zatopiony, na wpół realny statek Holendra
Opera
Jeśli ktoś sądzi, że opera to sztuka dla elity, zmieni zdanie, gdy obejrzy nocą „Latającego Holendra" we wrocławskim parku.

To niemal widowisko familijne, gdyby nie fakt, że zaczyna się, kiedy jest już ciemno, a kończy późno po północy. Ale i tak wśród premierowej widowni byli tacy, którzy na wrocławską Pergolę przyszli z małymi dziećmi, by obejrzeć morski dramat Richarda Wagnera.

Waldemar Zawodziński zrobił wszystko, aby konflikt opisany w nim zrozumiał każdy. Jako scenograf zbudował na wodzie dwa ogromne statki. Na pierwszym Daland z załogą walczy z rozszalałym sztormem, by szczęśliwie wrócić do domu.

Drugi, bogatszy, jakby na wpół zatopiony, na wpół realny to statek Holendra, który błąka się po morzach. Skazany jest na wieczne potępienie, dopóki nie znajdzie się dziewczyna, która swą miłością i wiernością wybawi go od dawnych grzechów.

Jako reżyser Zawodziński przedstawił akcję klarownie i dynamicznie. Choreografka Janina Niesobska efektownie ożywiła scenę dziewcząt oczekujących przy kołowrotkach na powrót marynarzy. Szkoda co prawda, że do działań za mało wykorzystano statki, ale za to została włączona do akcji chluba Wrocławia – fontanny Pergoli. Strumienie wody w mroku nocy wykreowały wizję ponurego świata przybysza.

Inscenizacyjna koncepcja tego widowiska to absolutne przeciwieństwo sposobu, w jaki „Latającego Holendra" traktuje współczesny teatr. Reżyserzy usiłują dopasować tę operę do naszych czasów, a zwłaszcza niczym psychoanalitycy próbują zrozumieć, dlaczego Senta poświęca życie dla ratowania tułacza.

Zawodziński przedstawia romantyczne zdarzenia tak, jak wymyślił je Wagner, choć nie wiem, czy kompozytor oczekujący mistycznego skupienia od widzów, przystałby na plenerową atmosferę. Na Pergoli ludzie wędrują z herbatą, nie zważając, że na scenie trwa dramat o odkupieniu i miłości splecionej ze śmiercią. Ale w świątyni Wagnera, w Bayreuth, też już wprowadzono zwyczaj piknikowego oglądania transmisji festiwalowych spektakli.

Z jednego na pewno Wagner byłby zadowolony: z poziomu muzycznego widowiska. Znakomicie brzmiały chóry i orkiestra, nie tylko dlatego, że nagłośnienie działało bez zarzutu. Ewa Michnik tak prowadziła muzyków, by pokazać bogactwo pomysłów Wagnera służących budowaniu napięcia. Można było także usłyszeć, że komponując „Latającego Holendra", bardzo był on związany z operową tradycją.

Wśród wykonawców klasą dla siebie jest gość Simon Neal. On bezbłędnie wie, jak śpiewać, ale, co istotniejsze – jak interpretować Wagnera. W wielkim monologu o tułaczce Holendra Simona Neala nie trzeba było reżyserować. Jego po prostu słuchało się w skupieniu.

Dobrym Dalandem jest Grzegorz Szostak. Pozostałe role starannie opracowali artyści wrocławscy, którym sprzyjało nagłośnienie. Na teatralnej scenie przynajmniej dla niektórych z nich przebicie się przez orkiestrę byłoby zadaniem zbyt ambitnym. No, ale tym razem to przecież Wagner w wersji pop.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA