fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kongres Obywatelski

Gwarancje dla dóbr wspólnych

Ewa Kipta
Rzeczpospolita
W długotrwałym procesie ewolucji miast dzisiejszy inwestorzy są użytkownikami na chwilę. Tymi, którzy pozostają na dłużej jesteśmy my – mieszkańcy.

Ewa Kipta

Do 1990 roku w Polsce panował niejawny, ale skuteczny system ilościowej i jakościowej reglamentacji przestrzeni miejskiej. Nie doczekał się on jednak głębszej analizy w czasie transformacji; bez żalu w całości go odrzucono, jako spuściznę realnego socjalizmu. Problem polega na tym, że jednocześnie zanegowano narzędzia zarządzania przestrzenią, konieczne w tak złożonych strukturach, jakimi są miasta.

Wraz z reanimacją własności prywatnej wiele osób uznało, że główną przeszkodą w zaspokojeniu indywidualnych aspiracji przestrzennych stał się brak pieniędzy. Pierwsi beneficjenci transformacji musieli zmierzyć się ponadto z problemem planów zagospodarowania przestrzennego, niedostosowanych do nowych realiów. Brakowało miejsca rozwoju prywatnej przedsiębiorczości i na domy jednorodzinne, tak upragnione przez mieszkańców blokowisk i czynszówek. Kłuły w oczy puste działki przeznaczane pod obiekty użyteczności publicznej, w sytuacji gdy samorządy z trudem wysupływały środki na „łatanie" dziurawych ulic i chodników. Sprzeciw budziły dawne wizje rozwoju, naznaczone ubogim zestawem typowych rozwiązań. Nawet cenne obiekty i zespoły zabytkowe bywały traktowane jako zbędny „balast cywilizacyjny".

Przez pierwsze lata transformacji nasze aspiracje przestrzenne kształtowały zachodnie filmy i seriale. Te, jak na złość, dotyczyły albo podmiejskiej sielanki („Dynastia") albo światowych metropolii („Capital City"). Boleśnie zabrakło – tak potrzebnej po dekadach stygmatyzacji „(drobno)mieszczaństwa" – inspiracji dostosowanych do skali i specyfiki polskich miast. Kształtowany telewizyjnymi wzorcami stan umysłów znalazł odbicie nie tylko w preferowanych lokalizacjach i typach budynków. Wywołał zmiany w regulacjach dotyczących narzędzi zarządzania przestrzenią, a właściwie w ich demontażu. Ten stan prawny, na zasadzie sprzężenia zwrotnego, do dziś utrwala wzorce, które leżały u jego źródeł, nawet jeśli utraciły one już swoją aktualność.

Przełom nastąpił po 2004 roku, gdy – wraz z otwarciem granic – wielu Polaków mogło osobiście doświadczyć, jak żyją miasta Zachodniej Europy. Migracje pozwoliły rozpocząć proces odbudowy zbiorowego pojmowania miejskości. Dziś dojrzewamy do tego, że jakość życia kształtuje nie tylko przestrzeń prywatna, w której spędzamy coraz mniej czasu. Zaczęliśmy potrzebować dobrych przestrzeni wspólnych, umożliwiających kontakty z innymi ludźmi. Bo istotą miast jest właśnie bliskość i łatwość kontaktów, stanowiąca naturalne środowisko dla ekonomii, kultury, edukacji, dla wszelkiej aktywności, nawet tej wywodzącej się spoza miast.

Powoli dostrzegamy mankamenty nadmiernej ekspansji przestrzeni prywatnej i zbyt rygorystycznej segregacji funkcji miejskich, zmuszającej do codziennych dojazdów. Coraz częściej zaczynamy doceniać złożoną, „niekonsekwentną" strukturę starszych dzielnic śródmiejskich, przestrzenie rynków, ulic i placów. Przesiadamy się na rowery i korzystamy z zieleni. Docierają do nas publikacje z debaty o kształtowaniu miast, która w latach 60. i 70. minionego wieku zmieniła kanon urbanistyki modernistycznej. Potrzebujemy takiej debaty, by zaakceptować konieczność uwzględniania potrzeb różnych użytkowników miast (także tych bez zdolności kredytowej). W długotrwałym procesie ewolucji miast bowiem dzisiejszy inwestorzy są użytkownikami na chwilę, a tymi, którzy pozostają na dłużej, jesteśmy my – mieszkańcy.

A potrzebujemy nie tylko dachu nad głową, miejsc pracy i dróg między nimi. Potrzebujemy gwarancji dla dóbr wspólnych w przestrzeni miast i przewidywalności zmian. Potrzebujemy więc regulacji, które to umożliwią.

Autorka jest prezesem Stowarzyszenia Forum Rewitalizacji w Lublinie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA