fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prezydent zamożnych

materiały prasowe
Ze słów Bronisława Komorowskiego wynikało, że żyjemy w kraju mlekiem i miodem płynącym. Prezydent najwyraźniej nie wpadł na to, że nie każdemu jest w Polsce dobrze – pisze publicysta Piotr Sokołowski

Wybory za nami. Tak jak wielu Polaków stanąłem przed dylematem. Musiałem zadecydować, czy moim krajem ma rządzić osoba z obozu, który uważa mnie za frajera, czy z tego, który uważa mnie za Belzebuba. Dość niewdzięczna decyzja. Nie cieszę się, że Andrzej Duda wygrał, ale cieszę się, że Bronisław Komorowski przegrał. Nie będę już musiał wysłuchiwać, że jedynie praca w korporacji lub własny biznes czyni mnie kimś, kto zasługuje na miano człowieka. Nowy prezydent nie będzie biegał od jednego do drugiego przyjęcia biznesowego, łechcąc i tak mocno rozbudowane ego przedsiębiorców zapewnieniami, że są solą tej ziemi.

Wygrana pomimo PiS

Panie Prezydencie Elekcie! Mówił Pan, że będzie się wsłuchiwał w głos obywateli, więc i ja wyrażę swoje oczekiwania. Po pierwsze, proszę pamiętać, że wygrał Pan nie dzięki temu, że jest z PiS, ale pomimo tego. To, co Pan robił w kampanii, było zaprzeczeniem retoryki zamknięcia, obawy, groźby, lęku, agresji, jaką latami stosował Jarosław Kaczyński. Pan wygrał, pokazując energię, otwartość, względną nowoczesność. Względną, bo w końcu jest Pan konserwatystą. Liczę, że tak zostanie, że nadal będzie Pan zupełnie inny niż liderzy pańskiej byłej już partii.

Nie oczekuję, że stanie się Pan postępowym liberałem, ale mam też głęboką nadzieję, że nie skupi się Pan na sprawach obyczajowo-światopoglądowych, lecz zajmie gospodarczymi, bo tutaj w wielu przypadkach może Pan liczyć nawet na poparcie lewicy.

Zagłosowali na Pana ludzie, którzy chcą zwykłego szacunku. Nie chcą być uważani za przegranych, niedostosowanych, wykluczonych, w skrócie gorszych, zresztą – jak podejrzewam – sam Pan to wie, bo w kampanii nie uderzał Pan w tony kościelno-tradycyjne. W każdym razie życzę powodzenia.

Władza, pieniądze, pozycja

Bronisław Komorowski przegrał. Jego taktyka, aby robić i mówić jak najmniej, żeby nie zepsuć poparcia z początku kampanii, które gwarantowało mu ponowną elekcję, nie przyniosła rezultatu.

Brak udziału w debacie przed pierwszą turą nie mógł być potraktowany inaczej niż jako przejaw arogancji i braku szacunku do wyborców. Wielu dziennikarzy twierdziło, że jego hasło: „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo", odpowiada potrzebom Polaków, jak się jednak okazuje, większość z nich chce jakichś zmian, bo nie jest do końca zadowolona z sytuacji w kraju ani własnej, a przede wszystkim nie jest tak wobec niej bezkrytyczna.

No ale ktoś, kto przyjeżdża do Wałbrzycha, od lat symbolu wszystkiego, co złe w polskiej transformacji, i mówi, że to miasto to wspaniały przykład sukcesu gospodarczego, nie powinien się dziwić irytacji obywateli. Do tego stwierdza, że zamknięcie kopalń 25 lat temu, które uczyniło z tego miasta rejon nędzy i rekordowego bezrobocia, przyczyniło się do postępu w postaci otwarcia jakiejś fabryki.

Rozumiem, że ktoś, kto zarabia 5 tysięcy zł netto, może się obawiać zmian, jednak takich ludzi jest około 10 proc., a więc dzięki nim nie wygra się wyborów.

Przemówienie Komorowskiego podczas konwencji wyborczej to dla mnie nic innego jak festiwal arcykonserwatywnego upupiania obywateli. Nawet jeżeli jego konserwatyzm jest z gatunku nowoczesnych, nie ludowych. Komorowski nie mówi: „Bóg, honor, ojczyzna", on deklaruje, że powinniśmy się kierować „władzą, pieniędzmi, pozycją". Gdybym nie wiedział, że przemawia prezydent Polski, to pomyślałbym, że to przywódca Szwajcarii lub Norwegii, oczywiście abstrahując od promowanych wartości. Jego zadowolenie z siebie i sytuacji w Polsce, propaganda sukcesu odstręczyły mnie od niego w sposób wręcz niebywały.

Ze słów Komorowskiego można było wywnioskować, że żyjemy w kraju mlekiem i miodem płynącym, a jedyne, co trzeba zrobić, to uspokoić tych, którzy chcą tę sielankę zniszczyć. Prezydent najwyraźniej nie wpadł na to, że w tym jakże żarliwie wychwalanym przez niego i bronionym „porządku" nie każdemu jest dobrze i nie każdy uważa go za dobry. A tych, którym dobrze się wiedzie, razi wiele rzeczy, na przykład nędza innych.

PO zawsze była uważana za partię mówiącą do ludzi zamożnych albo takich, którzy mają nadzieję, że niedługo do nich dołączą. Resztę obywateli ma zaś w głębokim poważaniu, uważając tych, którym się finansowo nie powiodło, wręcz za szkodników. Kiedyś Donald Tusk potrafił jeszcze to wszystko przykryć jakąś wyższą wartością, słowa „miłość" użył w swoim przemówieniu kilkadziesiąt razy, gorąco wierzył, że chce dobra wszystkich Polaków. U Komorowskiego z wyższych wartości nie zostało nic, liczą się tylko pieniądze, bezpieczeństwo i pozycja Polski w stadzie krajów, czyli najbardziej pierwotne, zwierzęce wręcz potrzeby. Żadnych ambitniejszych celów dla rozwoju naszego społeczeństwa – tego szeroko rozumianego; rozwój ma być, ale wyłącznie gospodarczy. Oczywiście nie wspominał, że nie każdy na tym rozwoju korzysta, a niektórzy są w jego imię poświęcani, czyli ich sytuacja się pogarsza.

Kilka sekund na kulturę

Podczas 40-minutowego przemówienia prezydent poświęcił kulturze kilkadziesiąt sekund i też w kontekście ludzi, którzy odnieśli sukces. Ani słowa o tym, że to właśnie kultura jest najważniejszym elementem polskości, bez niej liczyłyby się tylko pieniądze, i to z niej, a nie z pendolino czy Euro 2012, możemy być najbardziej dumni.

Ani słowa nie poświęcił nauce, nie licząc wspomnienia, że uniwersytety powinny służyć przedsiębiorcom, szkoląc im pracowników. Tyle że tego nie należy chyba rozpatrywać w kategoriach dbania o dobro nauki, raczej przeciwnie, świadczy to o umniejszeniu jej znaczenia.

Jedyną grupą społeczną, o którą nasz prezydent chciał zadbać, są przedsiębiorcy. Zapomniał jednak, że symbolem Polski nie są Jan Kulczyk i Zygmunt Solorz, ale Lech Wałęsa, Jan Paweł II, Adam Mickiewicz, Fryderyk Chopin i Maria Skłodowska-Curie. Ulic nie nazywamy nazwiskami tych, którzy najwięcej zarobili. Ich patronami zostają właśnie ludzie kultury, nauki oraz wybitni przywódcy, czyli ci, którzy zrobili coś dla kraju i świata, a nie tylko dla siebie.

Polityka państwa została sprowadzona wyłącznie do kwestii ekonomicznych, państwo wycofało się z kreowania rozwoju społeczeństwa, tak zwanego postępu. Ale nawet po ograniczeniu swojej roli do tak wąskiej dziedziny jak gospodarka władza poniosła porażkę. Ja nie mierzę bowiem sukcesu procentami rozwoju PKB, lecz poziomem życia obywateli – wszystkich, a nie tylko przedsiębiorców.

Uderzająca jest też wrogość wobec pomocy społecznej. Prezydent Komorowski stwierdził, że Polakom nie trzeba zasiłków, lecz pracy. A co z tymi, którzy ją stracili? Im też nie potrzeba zasiłków? Pełnego zatrudnienia prawdopodobnie nie uda się nigdy osiągnąć, zawsze będą jacyś bezrobotni, a chyba każdy wie, że w obecnych czasach pracę mogą stracić nie tylko roszczeniowcy, lenie i alkoholicy, ale też inżynierowie. Każdy. Jak zdaniem prezydenta mają oni przetrwać do nastania cudu pełnego zatrudnienia?

Komorowski stwierdził, że miejsca pracy w przeciwieństwie do zasiłków zostaną, nawet dla naszych dzieci i wnuków. Ciekawa teoria, jednak nie bierze on pod uwagę tego, że bez popytu żadnego wzrostu gospodarczego nie będzie, bo kto kupi towary i usługi produkowane przez firmy? Zasiłki zwiększają popyt, bo ludzie mają pieniądze, żeby zapłacić chociażby za zakupy w osiedlowym sklepie; bez zasiłków właściciel sprzeda mniej. Zatem pomoc społeczna tworzy miejsca pracy i sprzyja rozwojowi gospodarczemu.

Prezydent kraju, którego mieszkańców nie stać na dziecko, jest dumny ze swojej polityki prorodzinnej. Recepta na większą ilość urodzeń jest prosta i znana w całej bogatszej części Europy. Kobieta potrzebuje czasu, by móc zająć się dzieckiem, oraz pieniędzy, żeby je wykarmić. Czyli bez urlopu macierzyńskiego lub „tacierzyńskiego", bo – jak wiadomo – dobrze jest, gdy ojciec też uczestniczy w opiece nad potomstwem, oraz świadczeń ze strony państwa, czyli pieniędzy z budżetu, się nie obędzie.

Co na to Komorowski? Wspomina coś o uelastycznieniu kodeksu pracy. Nie jest jasne, o co konkretnie chodzi, ale wygląda to na kolejny ukłon w stronę przedsiębiorców, bo na pewno nie młodych matek.

Jaka zgoda?

Nasuwa się też pytanie, na czym miałaby polegać zgoda proponowana przez ustępującego prezydenta. Czy to ja mam się zgadzać z nim czy on ze mną? Obawiam się wraz z milionami Polaków, że raczej to pierwsze. Czy Bronisław Komorowski naprawdę uważa, że dla połowy Polaków, która zarabia mniej niż 2 tysiące złotych na rękę miesięcznie, to stabilizacja jest tym, czego potrzebują najbardziej? Chciałbym mu wytłumaczyć, że za 2 tysiące może żyć student, który wynajmuje pokój z kimś na spółkę, a nie ktoś, kto ma na utrzymaniu rodzinę. Czy mówienie tym ludziom, że potrzebna jest im zgoda z rządzącymi, nie jest bezczelnością? Dlaczego prezydent mówił tylko o tych, którzy są zadowoleni ze swojej sytuacji finansowej? Przecież oni są mniejszością. Ale przede wszystkim dlaczego to, co jest w interesie tych, którzy się dorobili, nazywane jest interesem kraju?

A co z tymi, którzy żyją za minimalną krajową? Ich są miliony. Przekonywanie ich, że Polska nie potrzebuje rewolucji, lecz stabilizacji, wygląda na policzek.

Komorowski pomijał milczeniem to, że nie tylko wyborcom PiS nie podoba się sytuacja w kraju. Twierdził, że nie chce wojny polsko-polskiej, lecz zgody narodowej. Ja też bym chciał zgody, ale moim zdaniem prezydent domagał się, aby jego przeciwnicy obecny konflikt przegrali walkowerem, aby sami się poddali, bo – jak rozumiem – chęci pójścia na kompromis, uznania racji drugiej strony w prezydencie nie było żadnej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA