fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Po to grałem na piachu i kamieniach

AFP
Grzegorz Krychowiak. O realizowaniu marzeń, zbliżającym się finale Ligi Europejskiej i oczekiwaniach.

Rz: W środę zagra pan w meczu, o jakim marzą miliony chłopców kopiących piłkę na osiedlowych boiskach, w klubach i klubikach. Zapewne i pan jako dziecko marzył o czymś takim.

Grzegorz Krychowiak:
Oczywiście, że tak. Zawsze byłem opętany piłką nożną. Tysiące podwórkowych meczów, gdy każdy starał się naśladować swoich idoli. Zbierałem wszystkie możliwe naklejki, karty, koszulki i szaliki. Wszystko, co się dało. W internacie cały pokój miałem oklejony plakatami największych europejskich gwiazd. Występ w finale, meczu o puchar, był zawsze moim marzeniem. A teraz jeszcze zagram o trofeum w Warszawie. To powoduje, że dla mnie ten mecz nabiera jeszcze większego znaczenia. Wiem, że nie jest to finał najbardziej prestiżowych rozgrywek, czyli Ligi Mistrzów. Ale Liga Europejska to też wielkie wydarzenie, też znaczące trofeum, po zdobyciu którego przechodzi się do historii. Gdy decydowałem się na transfer do Sevilli, miałem z tyłu głowy marzenie, by zagrać w warszawskim finale.

Jakie plakaty wisiały w tym pokoju w internacie?


Wszystkie możliwe, najważniejszych europejskich klubów, największych piłkarzy. Ale podczas rozgrywek podwórkowych, a nawet gry w klubie, zawsze mówiłem, że jestem Zinedine'em Zidane'em albo Stevenem Gerrardem. Te marzenia o wielkiej karierze z każdym dniem dawały mi motywację do ciężkiej pracy. No i zaprowadziły mnie do finału Ligi Europejskiej, do ligi hiszpańskiej, do reprezentacji Polski.

A mogą do Ligi Mistrzów. Po raz pierwszy w historii zwycięzca finału LE zagra w przyszłorocznej edycji Champions Legue. Podejrzewam, że musi to jeszcze bardziej zwiększać wagę tego spotkania dla wszystkich w Sevilli.


Oczywiście, tym jednym meczem możemy załatwić osiągnięcie dwóch naszych celów na ten sezon – zwycięstwa w Lidze Europejskiej i awansu do Ligi Mistrzów. Nie ma chyba osoby w klubie, która nie zdawałaby sobie sprawy z tego, że jest to najważniejszy mecz w sezonie.

Środowy mecz przeciwko Dnipro to kolejny dowód na to, że dobrze pan wybrał. Miał pan przecież też oferty z Anderlechtu czy z Fiorentiny.

Od pierwszego dnia czułem, że trafiłem najlepiej, jak mogłem. Gdybym musiał ponownie dokonywać wyboru, zrobiłbym dokładnie to samo. Zdecydowałbym się na Sevillę. Bardzo dobrze się stało, że trafiłem do Andaluzji, dzięki temu czeka mnie już w środę mecz marzeń.

Gdy trafił pan do Sevilli, głośno mówił pan o tym, że chce się nauczyć czegoś nowego. Więcej grać do przodu, bardziej ofensywnie. Udało się?

W dużej mierze tak. Dziś czuję się lepszym piłkarzem pod każdym względem. Zrobiłem na pewno postęp w wyszkoleniu technicznym, jestem lepszym zawodnikiem taktycznie. Ale także czuję się lepiej fizycznie. Gdy porównuję swoje statystyki z Reims oraz z Sevilli, to teraz przebiegam średnio większe dystanse w lepszym tempie, wykonuję więcej sprintów.

Z czego to wynika? Przecież liga hiszpańska jest bardziej techniczna od francuskiej.

Ale w Sevilli istnieje zupełnie inna, znacznie wyższa kultura pracy. A także większa intensywność treningu. Jeśli podczas zajęć przez pięć dni w tygodniu jestem zmuszony do tego, żeby biegać więcej, szybciej, wykonywać więcej sprintów, to siłą rzeczy przekłada się to później też na mecz. Oczywiście nie mogę się wypowiadać za całą ligę hiszpańską i za całą francuską, ale w Sevilli jest znacznie poważniejsze podejście do obowiązków, znacznie większa świadomość. Z całą pewnością ma to związek z tym, że Sevilla to wielki klub. Znacznie większy od Reims. Jesteśmy w Hiszpanii w ścisłej czołówce – tuż za Barceloną, Realem i Atletico.

Nie boi się pan, że możecie zlekceważyć Dnipro? Wszyscy właściwie wam już ten puchar przyznali.

Nie ma o tym mowy. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli Dnipro doszło do finału, to musiało wykonać przynajmniej tak samo ciężką pracę jak my. A my wiemy, ile nas to kosztowało. Zresztą, jak można lekceważyć zespół, który wyeliminował Napoli? I chociaż zdajemy sobie sprawę z tego, że wszyscy już nam ten puchar faktycznie przyznali przed meczem, to Ukraińcy nie mają co liczyć na to, że nie wyjdziemy odpowiednio zmotywowani.

W Sevilli zbiera pan kapitalne recenzje. Nie ma pan wrażenia, że trochę to się obraca przeciwko panu? Że ludzie w Polsce oczekują, że w reprezentacji weźmie pan piłkę, przedrybluje wszystkich rywali i wpakuje ją do bramki?

Zdaję sobie sprawę, że po transferze do lepszego klubu i do lepszej ligi oczekiwania wobec mnie jeszcze bardziej wzrosły. Z całą pewnością widzę też, że po spotkaniach reprezentacji znacznie częściej pisze się o tym, czego nie zrobiłem, a nie o tym, co zrobiłem: „W defensywie bezbłędny, ale za mało udzielał się z przodu". Nie jestem piłkarzem, który będzie notował po dwa gole w meczu i trzy asysty. Moje atuty polegają na czymś innym.

Kiedyś był pan jednak napastnikiem.

W młodszych rocznikach, ponieważ zawsze byłem szybki i silny. Ale dość wcześnie zostałem ustawiony jako defensywny pomocnik. Na tym polega wielkość trenera, żeby się zorientował, które z walorów swoich zawodników najlepiej może wykorzystać z korzyścią dla drużyny. Już jako defensywnego w drugiej linii zaczął wystawiać mnie w reprezentacjach juniorskich pan Michał Globisz. Później, gdy trafiłem do Bordeaux, byłem próbowany na różnych pozycjach: na prawej pomocy, jako dziesiątka, ale też szybko się okazało, że najwięcej drużynie daję jako defensywny pomocnik.

Ale marząc o tych finałach w dzieciństwie, pewnie chciał pan strzelać gole, a nie odbierać piłkę rywalowi?

Bardzo szybko zaakceptowałem swoją rolę na boisku. Przede wszystkim jednak po to kopałem piłkę na piachu i kamieniach, by móc w ogóle w takich meczach zagrać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA