fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Urodziny genialnego pianisty Keitha Jarretta

Keith Jarrett
materiały prasowe
Dziś, 8 maja Keith Jarrett kończy siedemdziesiąt lat, z tej okazji ukazują się dwa albumy: jazzowy „Creation” i klasyczny „Samuel Barber/Béla Bartók”.

Keith Jarrett już dawno w Polsce nie występował. Po ostatnim koncercie jego tria w Sali Kongresowej 30 kwietnia 2003 r. miał powiedzieć, że już nigdy do Warszawy nie przyjedzie. Teraz o jego występ w Narodowym Forum Muzyki zabiega Wrocław, Europejska Stolica Kultury 2016. Bo zobaczyć Jarretta na żywo to przeżycie, które zapada w pamięć na zawsze. Nikt nie tworzy takich spektakli muzyki jak on, kiedy improwizuje każdą nutę od pierwszej, do ostatniej. Jeszcze ciekawsze są występy jego tria z kontrabasistą Garym Peacockiem i perkusistą Jackiem DeJohnette'em. A przecież grają standardy. Tylko że inaczej niż wszyscy dotąd, z twórczą pasją przesuwają granice możliwości technicznych, odnajdują w melodiach i harmoniach to, co istotne, co trafia do każdego wrażliwego słuchacza. A mają ich tysiące w wyprzedanych dużo wcześniej prestiżowych salach.

Pojechałem specjalnie na koncert tria Jarrett/Peacock/DeJohnette na Jazz Fest Wien. Zagrali w przestronnym, skromnie udekorowanym, jak na Wiedeń, Konzerthausie. Muzyka była o niebo lepsza, niż to, co wydaje Manfred Eicher na płytach ECM Records. Oprócz wspaniałej muzyki i jednego z najlepszych koncertów, jakie dane mi było wysłuchać w życiu, zapamiętałem też zgrzyt. - Kiedy mówimy żadnych zdjęć, to oznacza żadnych zdjęć - powiedział rosły manager, który po pierwszym bisie wyszedł z muzykami na scenę. Jarrett i kompania, którzy ukłonili się nisko po koncercie, teraz zeszli ze sceny szybko i już na nią nie wrócili. A wszystko przez smartfony i fotograficzną fobię Jarretta. Kiedyś pognał za fotografem na lotnisku im. F. Chopina w Warszawie, żeby zabrać mu film. A przecież w sieci są jego zdjęcia. Czy podobnie jak John Zorn ma uraz do polskich fotografów?

Z czego najbardziej znany jest Keith Jarrett? Z solowego albumu „The Köln Concert" zagranego na słabym fortepianie, bo Filharmonia Kolońska poskąpiła lepszego. Nagranego na przywiezionym w ostatniej chwili magnetofonie Studer. Słuchaczom spodobało się to, że młody pianista odsłonił im swoją duszę i pokazał muzykę „od kuchni". Jarrett na żywo zmaga się z dźwiękami, próbuje znaleźć melodię, zachwyca dojrzałością i naiwnością. To laboratorium twórcy i magia, która temu towarzyszy. W rezultacie dziś „The Köln Concert" dogania „Kind of Blue" Milesa Davisa w liczbie sprzedanych płyt, która przekroczyła 4 mln.

Jarrett mógłby dostać wszystkie muzyczne nagrody, ale wcale nie ma ich tak wiele. Nie znajduje uznania Amerykańskiej Akademii Fonograficznej (NARAS). Jako pierwszy odebrał Polar Award w obu kategoriach: klasycznej i popularnej, po raz pierwszy w jej historii.

Keith Jarrett urodził się 8 maja 1945 r. w Allentown, w stanie Pennsylwania. Po rodzicach odziedziczył krew austriacką, węgierską, francuską, szkocką i irlandzką. Zaczął naukę gry na fortepianie zanim skończył trzy lata. Ma słuch absolutny. Był nastolatkiem, kiedy jeden z jego młodszych braci usiadł do fortepianu i zaczął przebierać palcami po klawiaturze. Keith był zaszokowany, bo w rozsypanych nutach odnalazł piękno. Poszukiwania naprowadziły go na jazz, od którego wcześniej wyraźnie stronił. Wstąpił do Berklee College of Music w Bostonie, gdzie na zajęciach pewien basista spytał go: „Czy zawsze chcesz grać tak czysto?"

- To było dobre pytanie - wspominał Jarrett w rozmowie z dziennikarzem magazynu „Down Beat". - Nie, nie chciałem. Nie wiem, jak wyglądałby dziś jazz, gdyby od początku wszystko w nim było perfekcyjne.

Dużo czasu zajęło mu pozbycie się perfekcji w graniu. W poniedziałki jeździł do Nowego Jorku i w klubie Village Vanguard szukał okazji przyłączenia się do jam session. Miał szczęście. Któregoś dnia zauważył go perkusista Art Blakey i zaprosił do swojego zespołu New Jazz Messengers. Nie minęło kilka miesięcy, a na młody talent zwrócił uwagę saksofonista Charles Lloyd. Z jego kwartetem, który był pod koniec lat 60. najpopularniejszym zespołem jazzowym, objechał cały świat. Wystąpił również na festiwalu Jazz Jamboree '67.

Do swojego elektrycznego zespołu zaprosił go Miles Davis. Jarrett grał u niego na organach i fortepianie elektrycznym, a słychać go m.in. na płytach „Live-Evil" i „At Fillmore". Podczas kiedy u Lloyda nauczył się jazzowej dyscypliny w graniu solówek, u Davisa rozwijał swobodne, rozbudowane formy, w których mieszały się różne style. Ale znienawidził elektryczne instrumenty klawiszowe. Jego domeną pozostał fortepian.

W 1971 r. Columbia wydała dwupłytowy album kwartetu Jarretta „Expectations" ukazujący freejazzowe fascynacje pianisty. Ale nie przedłużyła kontraktu, spece od marketingu woleli mieć w katalogu płyty Herbiego Hancocka, który grał muzykę fusion. Dlatego Jarrett przyjął propozycję od młodego niemieckiego wydawcy Manfreda Eichera, który dopiero co założył w Monachium swoją wytwórnię ECM Records.

Solowe improwizacje Jarretta na płycie „Facing You" zachwyciły krytyków otwierając mu drogę do koncertów, którymi wkrótce zasłynął na całym świecie. Dwa lata później ukazał się trzypłytowy album z występów w Bremie i Lozannie. „Time Magazine" mianował go „Albumem Roku". Następny był „The Köln Concert".

Seria solowych improwizacji wydanych na płytach: „Paris Concert" (1990), „Vienna Concert" (1991), „La Scala" oraz nagrania w trio zostały przerwane przez syndrom chronicznego przemęczenia. Do sal koncertowych powrócił po wydaniu zarejestrowanego w domowym studiu „The Melody at Night, With You" dedykowanego żonie.

Kiedyś spotkał się za festiwalową sceną z twórcą free jazzu Ornette'em Colemanem. - Powinieneś być czarny - miał mu powiedzieć saksofonista. - Wiem, wiem, pracuję nad tym - ripostował Jarrett.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA