fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Gdańsk: Wolne Miasto brunatnych ludzików

Aktyw Hitlerjugend agituje. Marzec 1935 r.
Imagno/Contributor/Getty Images
To nie Austria była pierwszym łupem Hitlera, lecz Gdańsk.

Jest w centrum Gdańska hotel o nazwie Wolne Miasto, niedaleko niewielkie muzeum pod nazwą Strefa Historyczna Wolne Miasto Gdańsk. Oba obiekty, jak nietrudno zauważyć, nawiązują do okresu istnienia Wolnego Miasta Gdańska w latach międzywojennych (w listopadzie tego roku minie 95. rocznica jego powstania). Nawiązują doń nazwą, wystrojem, zgromadzonymi dokumentami, zdjęciami, artefaktami z przeszłości. Są to nawiązania przede wszystkim sentymentalne, odwołujące się do tego, co niezwykłe, piękne, stylowe, w międzywojennym klimacie miasta. A zarazem – nobilitujące symbolicznie twór, jakim było to quasi-państwo utworzone na podstawie postanowień traktatu wersalskiego.

Te obiekty to widoczny znak żywej w Gdańsku co najmniej od początku lat 90. swego rodzaju sentymentalnej subkultury w stylu retro. Działają liczne strony internetowe, fora, grupy formalne i nieformalne pasjonatów międzywojennej historii miasta. Można nawet spotkać maniaków, którzy umieszczają na swoich samochodach naklejki z napisem „Wolne Miasto Gdańsk/Freie Stadt Danzig" albo wywieszają flagi WMG. Są tacy, którzy na forach internetowych używają tylko niemieckich, przedwojennych nazw ulic albo niemieckojęzycznych pseudonimów nawiązujących do przeszłości Gdańska. Dzieje się to wszystko, mimo że tylko garstka dzisiejszych gdańszczan wywodzi się z przedwojennego miasta. Około jednej trzeciej ma korzenie kresowe, reszta wywodzi się z różnych części Polski, najczęściej z centralnej.

W latach 90. i na początku wieku gigantycznym sukcesem na lokalnym rynku wydawniczym była seria albumów pod zbiorczym tytułem „Był sobie Gdańsk" (wydanych także po niemiecku) przygotowana przez Donalda Tuska (tego Donalda Tuska), Wojciecha Dudę i Grzegorza Fortunę. Większość zamieszczonych w niej zdjęć archiwalnych Gdańska pochodziła właśnie z lat międzywojennych. Oszczędny, rzeczowy komentarz był dodatkiem do wielu (często niepublikowanych wcześniej) obrazów z życia i architektury miasta przed dekadami.

Lata 20., lata 30.

Podobnych wydawnictw ukazywało się potem bardzo wiele, są żelaznym towarem w księgarniach i sklepach z pamiątkami z Gdańska dla turystów. Polityki nie ma w nich prawie wcale albo została ledwie muśnięta, jak na paru zdjęciach z albumów Tuska i Fortuny przedstawiających flagi ze swastyką albo polskie transparenty patriotyczne. Z takich książek więcej dowiadujemy się o przedwojennej gdańskiej kuchni, napitkach, tramwajach, życiu kulturalnym czy budownictwie niż o wielkiej historii. A Gdańsk jawi się nieomal jak miasto multi-kulti: Niemców, Polaków, Żydów, Kaszubów, choć w rzeczywistości, nie ma co ukrywać, było to miasto zdominowane przez Niemców (i nie zmienia tego fakt, że niemal połowa z nich miała polsko brzmiące nazwiska, było też sporo mieszanych rodzin).

To wszystko jest zrozumiałe, lata 20. i 30. mają swój urok, ludzie w każdym mieście lubią poznawać archiwalia i odkrywać, że „tu było, tu stało" coś pięknego albo po prostu niezwykłego. Ludzie lubią też pozytywne emocje. Gdańsk zaś w każdej epoce był fascynującym miastem, wdzięcznym tematem landszaftów.

Ta nostalgia za międzywojennym Gdańskiem ma, jak wynika z powyższych przykładów, swoje dobre strony, ma potencjał marketingowy, rozbudza też zainteresowanie historią i topografią miasta. Problem w tym, że taka pamięć jest wybiórcza, przypomina nostalgię za PRL – najważniejsze skojarzenie to na przykład Bolek i Lolek, „Czterej pancerni", oranżada, mały fiat, „Czterdziestolatek", koszule non-iron czy lody Pingwin. Jeśli polityka i różne złe strony, to najczęściej na zasadzie absurdalnego humoru.

Ten sentyment jest może jeszcze mocniejszy po stronie niemieckiej (wśród tych Niemców, którzy cokolwiek wiedzą o Gdańsku; wielu, jeśli nie większość, nie wie prawie nic). Zwłaszcza wśród tzw. wypędzonych i ich potomków. Niemiecka miłość do Wolnego Miasta Gdańska zaczęła się bynajmniej nie w momencie jego powstania i istnienia – wtedy Niemcy domagali się jego likwidacji, a na włączenie Gdańska do Rzeszy w 1939 roku zareagowali entuzjastycznie (żeby było jasne – ówczesnych miejscowych Polaków też nie zadowalało istnienie Wolnego Miasta Gdańska, woleliby żyć w granicach Polski). Dopiero w 1945 roku nagle dziesiątki tysięcy pozostałych tu Niemców zapałały miłością do Wolnego Miasta. Łudzili się, że dogadają się z Sowietami i pozostaną w swojej „małej ojczyźnie", tym razem w komunistycznym „wolnym mieście" Gdańsku, zachowując jego niemiecki charakter.

To okazały się nadzieje płonne, nie powstała Gdańska Republika Ludowa czy podobny twór, Gdańsk stał się miastem prawie w stu procentach polskim (choć nie zapominajmy o przybyłych ze Wschodu nielicznych społecznościach Tatarów, Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła" oraz kilkudziesięciu Karaimów z Wileńszczyzny). Ale myśl o potrzebie istnienia Wolnego Miasta zapłodniła umysły wielu „wypędzonych" i bardziej rewizjonistycznie nastawionych Niemców.

Dlatego dobrze, że (przy wsparciu, co warto docenić, także władz Gdańska) ukazała się pod koniec ubiegłego roku także na polskim rynku książka Dietera Schenka „Gdańsk 1930–1945. Koniec pewnego Wolnego Miasta" – połączenie typowej pracy historycznej z albumem. Oczywiście w wolnej Polsce historycy Uniwersytetu Gdańskiego, PAN czy IPN prowadzili i prowadzą dobrze swoje badania, historia Gdańska i całego regionu w XX wieku jest świetnie w Polsce opisana i zbadana. Ale zasięg ich prac, nawet jeśli ich autorzy pojawiają się czasem w mediach, jest stosunkowo niewielki.

Jest w tej nowej książce masa mniej znanych dotąd zdjęć. Większość z nich przedstawia nazistowskie flagi, transparenty, parady, spędy, wykrzywione w nienawiści czy ekstazie twarze mieszkańców Gdańska, uściski i zadowolone oblicza nazistowskich notabli. Gdy wchodzimy w okres wojny, mamy wstrząsające zdjęcia i opisy zbrodni, ofiar i katów. Kontrast z poprzednimi „sentymentalnymi" albumami jest uderzający. To tak, jakby ktoś chował te zdjęcia pod korcem, na zasadzie „bo co babcię denerwować, niech się babcia cieszy". Część zdjęć pochodzi z niemieckiego wydania książki: w polskim wydaniu redaktorzy z wydawnictwa Oskar dodali jeszcze drugie tyle ze zbiorów gdańskich archiwów.

Nienawiść

Niewiele pozostaje z wygładzonego, poprawnego politycznie obrazu międzywojennego miasta. Może parę epizodów i zjawisk z pierwszych lat jego istnienia we wprowadzających rozdziałach, gdy w gdańskiej polityce było trochę miejsca nawet dla polityków pochodzenia żydowskiego czy polskiego. Ale i wtedy rywalizacja polsko-niemiecka o wpływy w mieście była ostra.

W ujęciu Schenka to nie Austria była pierwszym łupem Hitlera, ale właśnie Gdańsk. NSDAP, przy poparciu większości mieszkańców, przejęła tam władzę i wprowadziła totalitarne rządy krótko po przejęciu władzy przez Hitlera w samej Rzeszy. Najpierw zlikwidowała niemiecką opozycję, potem zabrała się do Żydów i Polaków. Gdańscy naziści byli w absolutnej awangardzie niemieckiej machiny zbrodni. Nie przez przypadek już w pierwszych dniach września rozpoczęła się pod Gdańskiem budowa obozu koncentracyjnego Stutthof, już w pierwszych miesiącach pochodzący z Gdańska i okolic naziści wymordowali metodycznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi – pozostałych jeszcze na Pomorzu Żydów, polskiej inteligencji i niepełnosprawnych umysłowo z niemieckich szpitali i ośrodków psychiatrycznych. To z Gdańska pochodziło też wielu katów.

Niemcy przygotowywali się do tego od kilku lat: policja gdańska była infiltrowana przez nazistów i w ramach swoich zwykłych policyjnych obowiązków zbierała informacje nie tylko o różnych mordercach czy złodziejach, ale też np. o polskich działaczach. Przydało się to do sporządzenia list proskrypcyjnych. Policja kryminalna z Gdańska znazyfikowała się i oddała na służbę bezprawia jako pierwsza z gdańskich instytucji. Dieter Schenk podkreśla to z przykrością jako były niemiecki policjant i kryminolog. Dlaczego to takie ważne? Niemcy jako państwo to machina prawna, przestrzeganie prawa przez instytucje i obywateli to w odczuciu Niemców jedna z najwyższych wartości dla dobrego obywatela. Demaskowanie bezprawnego, przestępczego charakteru działań totalitarnego reżimu, bezprawnych inicjatyw przywódców niemieckich w tamtym okresie najmocniej porusza niemieckie poczucie przyzwoitości. W tym kontekście Schenk oskarża, że RFN (i NRD) niestety niewiele zrobiły, by procesowo rozliczyć te zbrodnie i ukarać katów.

Raporty biegłego

Schenk pisze wprost w przedmowie, że jego celem jest zaproponowanie niemieckiemu czytelnikowi innego niż zwykle spojrzenia na historię miasta. „Istnieje wiele książek o Gdańsku, w tym także »starym Gdańsku«, mieście, które podczas wojny zostało całkowicie zniszczone" – pisze Dieter Schenk. - „Napisano je z historycznego, urbanistycznego i turystycznego punktu widzenia (...). I tak Peter Oliver Loew, być może najlepszy niemiecki znawca Gdańska, opublikował szereg mądrych książek, a wśród nich obszerną historię miasta nad Motławą od czasów jego założenia w roku 977. Inni autorzy w swych publikacjach przedstawiali los gdańskich Żydów czy też pisali o obozie koncentracyjnym Stutthof utworzonym przez nazistów w Sztutowie pod Gdańskiem. Jednak na rynku brakowało do tej pory ilustrowanej historii Gdańska o czasach, gdy powiewały nad nim flagi ze swastyką. Celem niniejszej książki jest przypomnienie o tym pełnym cierpienia fragmencie historii miasta oraz o ciążącej na narodowych socjalistach odpowiedzialności za zniszczenia i ofiary ludzkie".

W innym miejscu czytamy: „Jeszcze dzisiaj – na podstawie zapisów prawa międzynarodowego – prowadzi się dyskusje, czy Wolne Miasto de iure nie jest nadal podmiotem wspomnianego prawa; rozważania te są jednak dalekie od jakiegokolwiek poczucia politycznej rzeczywistości. W zawstydzający sposób zacierają odpowiedzialność Niemiec za wywołanie II wojny światowej, w wyniku której centrum miasta zostało zniszczone w 90 procentach, a elity i niezliczeni obywatele pochodzenia polskiego zostali wymordowani przez członków grup specjalnych, Selbstschutzu, sądów wojennych, funkcjonariuszy policji bezpieczeństwa i niemieckiego Wehrmachtu".

Schenk jest doceniany w Polsce – jest m.in. Honorowym Obywatelem Gdańska i laureatem nagrody przyznanej za 2012 rok Książka Historyczna Roku za pracę „Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji Wschodniej". Ale pisze przede wszystkim dla niemieckiego czytelnika. Tam zresztą też jest doceniany, otrzymał Order Zasługi Republiki Federalnej Niemiec na Wstędze, co nie najgorzej świadczy o państwie niemieckim. Jego wszystkie książki mają coś ze skrupulatnego, bogato ilustrowanego raportu biegłego napisanego na zlecenie sądu. I to nie tylko sądu historii: są napisane językiem z pogranicza nauk prawniczych, kryminalistyki, historiozofii i dziennikarstwa. Oto niemiecka multidyscyplinarność, kultura prawna i drobiazgowość służąca dobrej sprawie. Jeżeli pojawiają się w Polsce obawy, że Niemcy zapominają o historii najnowszej lub, co gorsza, zaczynają ją relatywizować, to nadzieją zawsze jest praca takich ludzi jak Dieter Schenk.

Do roku 1989 Schenk był dyrektorem biura Interpolu w federalnej policji kryminalnej w Hesji. Jego nazwisko stało się szerzej znane w 1995 roku, gdy wydał książkę „Poczta Polska w Gdańsku: dzieje niemieckiego zabójstwa sądowego". Wykazał, że sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, funkcjonariusze służb specjalnych i policyjnych, którzy brali udział w pokazowym procesie i mordzie sądowym na obrońcach Poczty Polskiej z 1 września 1939 roku (skazano na śmierć i rozstrzelano w październiku 1939 roku na gdańskiej Zaspie 38 Polaków), złamali obowiązujące wówczas prawo Wolnego Miasta i prawo niemieckie. Tymczasem nie tylko nie zostali ukarani, lecz część z nich zrobiła po wojnie karierę w RFN. Obrońcy Poczty Polskiej mieli zaś status – używając dzisiejszego języka – terrorystów. Dzięki tamtej książce Schenka i dzięki jego staraniom ofiary zostały uniewinnione przez sądy niemieckie, co umożliwiło rodzinom ofiar dochodzenie odszkodowania od państwa niemieckiego.

Natomiast biografie Alberta Forstera, gauleitera NSDAP w Gdańsku i po wybuchu wojny namiestnika Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie, oraz Hansa Franka, kata Polski, gubernatora Generalnego Gubernatorstwa, to duże dokonania współczesnej literatury faktu i historycznej. Nic nie umyka w nich uwadze autora, ani wielka historia i wielkie zbrodnie, ani szczegóły z życia prywatnego, także te intymne, zabawne, oburzające, kompromitujące, albo pozytywne (bywały takie). Poznajemy tych zbrodniarzy zza biurka w całej ich złożoności, małości i demonicznej wielkości. Są nawet okoliczności łagodzące – kompleksy, naiwność i podatność na wpływ autorytetów, przypadki życiowe, ciasne horyzonty, oddanie rodzinie, domniemane nawrócenie (jak u Hansa Franka w celi śmierci). Mając to wszystko, czytelnik wydaje wyrok. A właściwie nie musi go wydawać, bo obaj skazani zostali na karę śmierci, czytelnik musi tylko odpowiedzieć sobie, czy słusznie.

Tym, co jest uderzające w tych portretach obernazistów, jest ich banalność, zupełnie jak u Hanny Arendt. W wielu miejscach przypominają zakompleksionych karierowiczów na stanowiskach, jakich pełno i dziś na całym świecie, w każdym kraju. W najnowszej książce Schenka „metoda procesowa" została zastosowana do większej ilości ludzi. W roli głównej, co zrozumiałe, występuje znowu Forster, ale są też inni działający tam notable i zbrodniarze III Rzeszy, tacy jak Arthur Greiser czy Richard Hildebrandt. Albo postaci niejednoznaczne, jak umiarkowany nazista, prezydent gdańskiego Senatu Hermann Rauschning, który dopuszczał możliwość porozumienia z Polską, ale ostatecznie musiał uciekać za granicę; dotarł do USA, w swoich artykułach i książkach demaskując kulisy reżimu.

Bardzo ciekawy i ważny jest rozdział poświęcony głowie miejscowego Kościoła bp. Karolowi Marii Splettowi. Był w podobnej sytuacji jak chorwacki prymas abp Alojzije Stepinac, przez lata oskarżany o kolaborację w czasie II wojny światowej z chorwackim zbrodniczym reżimem ustaszów, a kilkanaście lat temu beatyfikowany przez Jana Pawła II. Splett, jak wynika z książki, podlegał ciągłym brutalnym naciskom i szantażowi ze strony totalitarnej władzy, musiał publicznie milczeć na temat zbrodni dokonywanych na polskich księżach i konfiskat budynków kościelnych oraz rugować język polski z kościołów, ale jednocześnie zakulisowo robił, co mógł, by bronić Polaków i Kościoła. Po wojnie został przez komunistów oskarżony w pokazowym procesie o kolaborację i uwięziony. Jego niesprawiedliwa czarna legenda pokutuje tu i ówdzie.

Schenk również w tym przypadku rozważa okoliczności łagodzące, tym razem nie tylko w odniesieniu do konkretnych ludzi, ale także całej społeczności miejscowych Niemców. Przypomina na przykład, że ustalenia traktatu wersalskiego dotyczące Gdańska rzeczywiście tylko pogarszały sytuację i stawały się zarzewiem przyszłych konfliktów, zwłaszcza w sytuacji, gdy ich gwaranci – mocarstwa alianckie i Liga Narodów – nie miały instrumentów i ochoty, by egzekwować ustalone przez siebie zasady. Przypomina, że dla Niemców z Gdańska oderwanie od Niemiec było rzeczywiście tragedią. Przywołuje też konkretne sytuacje, w których polskie państwo i Polonia gdańska też potrafiły grać ostro o swoje interesy. Przyznaje wreszcie, że w ostatnich wyborach w WMG 40 procent Niemców jednak nie głosowało na nazistów, a i w późniejszym okresie zdarzały się nie tak rzadko przykłady odwagi. Tysiące Niemców za swój sprzeciw zapłaciło życiem bądź gehenną w obozach koncentracyjnych.

Ale żaden z tych faktów nie usprawiedliwia – nie pozostawił wątpliwości Schenk – ani niemieckich zbrodni, ani wyroku historii, jakim było zakończenie niemieckiej historii miasta.

Duże wrażenie robią liczne zdjęcia i opisy losu Polaków i Żydów gdańskich w środku tego narodowosocjalistycznego karnawału, w czasie gdy ruszyła machina zbrodni. Uświadamiają, jakim heroizmem i piętnem było bycie Polakiem czy Żydem. Książka przywodzi też na myśl wyświechtaną Norwidowską frazę: „przeszłość jest dziś, tylko cokolwiek dalej".

Selfie Rudolfa Hessa

Mieszkam w Gdańsku i dziwnie się czuję, oglądając na prywatnych zdjęciach uśmiechnięte gęby na przykład Alberta Forstera albo Rudolfa Hessa (dziś może robiliby sobie selfie), w miejscach, które mijam albo często odwiedzam. To uczucie przenikania się przeszłości i teraźniejszości pojawia się też przy czytaniu o sytuacji politycznej w Gdańsku, o tym, jak NSDAP dochodziła tam do władzy, przy poznawaniu haseł i chwytów propagandy niemieckiej. Na dynamikę wydarzeń wpływał również kryzys gospodarczy lat 30. oraz niespełnione aspiracje konsumpcyjne i prestiżowe drobnomieszczaństwa i burżuazji.

Gdańsk krok po kroku na oczach świata opanowywały brunatne ludziki, nie wiadomo dokładnie, przez kogo finansowane. Na początku zasilali ich szeregi bezrobotni, przestępcy, ludzie z półświatka, pospolici chuligani. Zupełnie jak dziś w Donbasie albo na Krymie. Znajomo brzmią argumenty o ochronie ludności niemieckiej , obserwacja naprzemiennych „resetów" i wzrostu napięcia. Widocznie pewne zjawiska i mechanizmy powielają się w ludzkiej historii, niezależnie od czasów i narodów, których dotyczą.

Czy więc nie było nic dobrego w historii Wolnego Miasta Gdańska? Było. W książce Dieter Schenk ledwie musnął ten temat. Otóż odrębny status prawny terytorium WMG (tworzący z niego w zasadzie strefę wolnocłową) przy położeniu na styku Polski i Niemiec doprowadził do bezprecedensowego, w porównaniu z ponad 100 latami rządów pruskich, rozwoju gdańskiej gospodarki. Wystarczy wspomnieć, że obroty gdańskiego portu wzrosły po I wojnie światowej nawet kilkunastokrotnie, w mieście od połowy lat 20. bardzo szybko podnosił się poziom życia, a co za tym idzie – konsumpcja i inwestycje. To był efekt przymusowego nastawienia miasta na gospodarkę cywilną (wcześniej gdańska gospodarka była ściśle związana z wojskiem), szerokiego dostępu zarówno do rynku polskiego – aż po dzisiejszą zachodnią Ukrainę, czyli ówczesną Małopolskę Wschodnią, jak i niemieckiego.

Do tego doszedł rozwój turystyki. Swoje biznesy lokował tu kapitał nie tylko niemiecki i polski, ale także z całej Europy, a także zza oceanu. Gdańsk, zwłaszcza w latach 20., miał też szczęście do władz, jeśli chodzi o planowanie przestrzenne, koncepcje architektoniczne i politykę socjalną. Różne poczynione wówczas inwestycje służą do dziś. Można to porównać z międzywojennym rozwojem Warszawy, która przecież też do końca I wojny światowej była miastem w cieniu koszar.

A mimo to niemal wszystkie niemieckie partie w Gdańsku twierdziły, że Polska „wysysa soki" z Gdańska, i powoływali się przy tym na przykład choćby Gdyni. Co też nie było prawdą, bo Gdynia i Gdańsk to były porty – mimo że konkurencyjne – komplementarne, w pewnym momencie wykosiły niemal całą konkurencję: Elbląg, Królewiec, Szczecin... Jak widać, na wojnie rzeczywiście pierwszą ofiarą jest prawda, a racjonalne argumenty schodzą na drugi plan. To też nauka i ostrzeżenie dla współczesnych.

Autor jest współtwórcą i zastępcą redaktora naczelnego portalu Rebelya.pl, współpracownikiem „Gazety Bankowej". Mieszka w Gdańsku

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA