fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Mahomet a oblicza wolności

Nowy numer „Charlie Hebdo” wydany w nakładzie trzech milionów egzemplarzy po ataku terrorystów na paryską redakcję tygodnika
AFP
Australijskie prawo nigdy nie zatwierdziłoby publikacji obraźliwych karykatur – pisze Iwona Pruszynska, prawnik z Sydney.

W obliczu ostatnich krwawych wydarzeń w stolicy Francji społeczeństwa demokratyczne stają przed fundamentalnym pytaniem: czy wolność słowa należy uznać za podrzędną wobec prawa do ochrony uczuć religijnych?

Myśl i mów, co chcesz

Przedmiotem wolności słowa jest prawo do swobodnego wyrażania myśli. Wolność myśli definiujemy jako wolność wewnętrzną człowieka (libertas interna). To wolność posiadania poglądów na najrozmaitsze przejawy życia biologicznego i społecznego. Myśli nieuzewnętrznione podlegają bezwzględnej ochronie (cogitationis poenam nemo patitur). W tej sferze nie wolno stosować przymusu, zresztą byłoby to bezcelowe. Myśl jest poza zasięgiem skutecznego oddziaływania zewnętrznego. Jest bowiem dla niego niedostępna. Wolność myśli ma charakter pierwotny, warunkujący wolność sumienia, a w konsekwencji także wolność słowa i druku.

Samo pojęcie „wolność słowa" jest skrótem myślowym nieoddającym w pełni wielości zagadnień związanych z problemem. Oznacza bowiem zarówno wolność słowa sensu stricto, jak i różnych zewnętrznych przejawów aktywności ludzkiej. Chodzi o swobodę uzewnętrzniania własnych myśli (opinii, informacji) w formie możliwej do odbioru, w procesie komunikowania się ludzi. Jako ogólną zasadę należałoby zatem przyjąć, że chodzi o swobodę społecznych interakcji w  przekazywaniu myśli i uczuć. Przepływ informacji, wolność jej przekazywania, swoboda wyrażania opinii oraz jawność życia publicznego to podstawa demokratycznego państwa prawa oraz wolnego społeczeństwa. Gwarantują ją konstytucje wszystkich państw europejskich, a także art. 10 europejskiej konwencji praw człowieka  i podstawowych wolności. Mówi, że wypowiedzi kontrowersyjne i wzbudzające niepokój podlegają tej samej ochronie co treści przychylnie odbierane przez odbiorców.

„Charlie" niemile widziany

Niepokoi zauważalny ostatnio w Europie, a także, a może przede wszystkim, w Australii trend do autocenzury stosowany przez coraz więcej dziennikarzy, artystów, przedstawicieli środowisk opiniotwórczych, ludzi kultury. Coraz częściej zamyka się wystawy, wycofuje programy telewizyjne czy artykuły prasowe pod presją ochrony obyczajowości i uczuć religijnych.

Australia w ogóle jest wyjątkiem wśród państw demokratycznych. Jako jedyna wypracowała swoistą cenzurę słowa przez kierunkową interpretację sekcji 18C ustawy o dyskryminacji rasowej, na podstawie której niezgodne z prawem są „obraźliwe wypowiedzi wobec (...) osoby lub grupy osób, w oparciu o rasę, kolor skóry lub pochodzenie etniczne". Obrońcy tego przepisu, potocznie nazywanego hurt feelings test, ubolewają nad tym, co wydarzyło się w Paryżu, ale nie mają wątpliwości, że australijskie prawo nie zatwierdziłoby publikacji obraźliwych karykatur.

Sekcja 18C została z powodzeniem zastosowana w 2011 r. wobec konserwatywnego publicysty Andrew Bolta, który na łamach swojej kolumny oskarżył Aborygenów o przypisywanie sobie wyższości rasowej nad innymi mieszkańcami Australii z powodu odmiennego koloru skóry. Sędzia uznał tę wypowiedź za mieszczącą się w definicji „obraźliwej i poniżającej" .

Tak też może być obecnie. Komisarz ds. praw człowieka przy rządzie federalnym Australii Tim Wilson zapowiedział, że jeśli „Charlie Hebdo" pojawi się w Australii, zostanie ocenzurowane. „Mamy w Australii prawo, które mówi, że obrażanie innych jest niedozwolone" – stwierdził.

Mowa o wspomnianej sekcji 18C ustawy o dyskryminacji rasowej.

Zwolennicy sekcji 18C bronią przepisu, twierdząc, że jest przejawem rozsądku społeczeństwa demokratycznego. Celem sekcji jest ich zdaniem objęcie ochroną jego słabszych członków przed ekscesyjnym szkalowaniem (ze względu na rasę, płeć, niepełnosprawność lub inną uogólnioną funkcję identyfikującą). Jednocześnie premier Australii Tony Abbott przywitał delegację islamskich liderów społecznych, takich jak Keysar Trad, który na zdjęciu w  „The Australian" trzyma egzemplarz „Charlie Hebdo" w geście poparcia dla wolności słowa. W trakcie spotkania Abbott oświadczył: „Musimy być przygotowani nazywać rzeczy, tak jak je widzimy", i wezwał do rewizji sekcji 18C.

Zanim to nastąpi, Australia ne est pas „Charlie"!

Pachnie średniowieczem

W demokracji media powinny być areną poglądów, wolnym rynkiem idei, powinny pomagać obywatelom w dążeniu do prawdy. Prawdy, która zgodnie z klasyczną teorią (por. Platon, Arystoteles, Locke, Kant i inni) głosi zgodność sądu z rzeczywistością. Sąd to każda myśl, która zdaje sprawę z tego, że tak a tak jest albo że tak a tak nie jest.

Tymczasem akty fundamentalizmu zmierzające do zastraszenia dziennikarzy i cenzurowania materiałów, które ośmielają się godzić we wrażliwość innych, wydają się powoli osiągać cel. Zmieniają strukturę naszego społeczeństwa z wolnego, otwartego, swobodnie wyrażającego swoje potrzeby i emocje, na uważne, przeniknięte strachem i „rozwagą" w komunikacji z innymi. W efekcie w państwa kontrolowane przez ruchy fundamentalistyczne i zwyczajnie cofnięte do wieków średnich.

Nie przez przypadek pierwszymi instytucjami w średniowiecznej Anglii, zajmującymi się oceną granic wolności wypowiedzi oraz karaniem za publicznie wyrażoną krytykę, były trybunały kościelne. Ustawa kościelna z 1315 r. Articuli Cleri uznawała władzę Kościoła za mającą wyłączne prawo orzekania w sprawach, których przedmiotem była publiczna krytyka. Obowiązywała wówczas zasada, że „ostre słowa krytyki ranią uczucia, a prawo nie kieruje się uczuciami, lecz szkodami materialnymi". Sprawy te traktowane były jako duchowe wykroczenia, dlatego znajdowały się w wyłącznej jurysdykcji Kościoła. Niemniej sądy angielskie okazyjnie rozpatrywały sprawy, których przedmiotem była krytyka publiczna władzy. Przestępstwo sedition miało bardzo ogólny charakter i za naruszenie prawa uznawano wszelkie pisemne wypowiedzi, które mogły wywołać skandal lub rzucić cień na rodzinę królewską. Najbardziej znana była sprawa z 1637 r. dotycząca książki W. Prynne'a „Histriomastrix", krytykującej moralność królowej. Izba Gwiaździsta skazała autora na obcięcie uszu.

Na każdy temat

Cenię sobie ogromnie dorobek myśli humanistycznej i jej osiągnięcia mające postać wolnych, demokratycznych społeczeństw. Ich podwaliną są wolności i prawa naturalne człowieka sformułowane w aktach prawnych o doniosłym znaczeniu.

W obronie wolności wypowiedzi zabierało głos wiele wybitnych postaci żyjących w XVII, XVIII i XIX w. W 1644 r. angielski poeta John Milton napisał słynny traktat Areopagitica, wymierzony przeciw ograniczaniu wolności słowa drukowanego. W konstytucji Pensylwanii z 1776 r. oświadczono między innymi: „Ludzie mają prawo swobodnie mówić i pisać o swych poglądach oraz je publikować, toteż nie wolno krępować wolności słowa drukowanego". Oliver Wendell Holmes Jr, sędzia Sądu Najwyższego USA w latach 1902–1932, w różnych orzeczeniach niejednokrotnie opowiadał się za wolnością słowa. Oto, co uważa za jej probierz:

„Żadna zasada Konstytucji nie zasługuje bardziej na poszanowanie niż zasada wolności myśli – nie chodzi tu o zapewnienie jej tym, którzy się z nami zgadzają, lecz o to, by mogły z niej korzystać osoby, których poglądów nie znosimy" (Stany Zjednoczone przeciw Schwimmer, 1928).

Dorobek Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sferze wolności wypowiedzi jest równie znaczny.

Należy podkreślić, że ETPC nie traktuje wolności stypizowanej w art. 10 europejskiej konwencji w sposób schematyczny, ale bada okoliczności każdej sprawy. Zgodnie z orzecznictwem prawo do wolności wypowiedzi stanowi element demokratycznego społeczeństwa, a także jeden z fundamentalnych warunków jego rozwoju oraz samorealizacji jednostki. Powyższa zasada, wyrażona po raz pierwszy w 1976 r. w sprawie Handyside przeciwko Wielkiej Brytanii, określa istotę wolności słowa chronionej na podstawie art. 10 EKPC. Wynika z tego, że wolność wypowiedzi jest rozpatrywana w aspekcie makro-, tzn. jako zasada organizacji i funkcjonowania społeczeństwa. Zgadzam się z historycznymi prelegentami, dlatego uważam za niedopuszczalne stosowanie przemocy w celu zagłuszania niewygodnych treści. W krajach demokratycznych, respektujących prawa podstawowe, ochrona uczuć religijnych nie może być realizowana kosztem nieproporcjonalnej ingerencji w wolność słowa.

Wyrażam tym samym nadzieję, że władze państw demokratycznych podejmą spójne i skuteczne środki w celu zagwarantowania swoim obywatelom swobody korzystania ze wszystkich praw podstawowych, w tym wolności wyrażania opinii i kształtowania sądów na każde, również niewygodne, tematy.

Autorka jest prawnikiem mieszkającym i praktykującym w Sydney

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA