fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Umarła lewica, niech żyje lewica - esej Jarosława Makowskiego

Wysunięcie kandydatury Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich to ze strony Leszka Millera gest rozpaczy – uważa autor
PAP/ Marcin Obara
Magdalena Ogórek chce tylko chwilę pograć na siebie

Leszek Miller i Janusz Palikot dobrze wiedzieli, kiedy zacząć polityczną karierę, ale nie wiedzą, kiedy ją skończyć zachowując twarz. Ale może to nie powinno dziwić, bo powodzenie projektu socjaldemokratycznego dla obu jest ostatnią sprawą, na której im dziś zależy.

Walka o przetrwanie

Palikot start w wyborach prezydenckich chce wykorzystać do promocji swojej osoby i dać swojej partii trochę tlenu, aby w boju parlamentarnym, jeśli Twój Ruch przetrwa, móc się wczołgać do Sejmu, przekraczając 5-procentowy próg wyborczy.

Leszek Miller nawet nie chce – jako lider – startować w wyborach prezydenckich, gdyż wie, że sromotnie przegra. Znalazł więc dublera. A dokładniej: dublerkę. Magdalenę Ogórek – młodą osobę, ambitną kobietę. Miller w ten sposób chce zmienić reguły gry, które od dawna były ustalone przy wyborach prezydenckich, gdzie o pierwsze miejsce walczyć mieli zasłużeni panowie. Sęk w tym, że zagranie lidera SLD nie tyle przypomina odważny ruch, ile ruch rozpaczy.

Bo Miller nie gra na Ogórek, ale gra na siebie. Z kolei kandydatka Sojuszu, przyjmując warunki jego szefa, pokazała, że nie gra na sukces socjaldemokracji, ale chce pograć przez chwilę na siebie. Miller, nawet kosztem osłabienia SLD – bo działacze się buntują i odchodzą – walczy dziś o jedno: chce utrzymać w partii władzę do jesieni, licząc, że może – jakimś cudem – załapie się do nowego rządu.

Po przegranej Ogórek nikt przecież w Sojuszu nie będzie płakał, a stary wyjadacz Miller będzie miał alibi, mówiąc: „Dałem szansę młodym, ale się nie sprawdzili". Szef SLD kalkuluje tak: co innego kończyć karierę jako wicepremier, nawet w ewentualnym rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a co innego jako lider Sojuszu zbierający łomot w wyborach prezydenckich.

Lewica wystawia dziś kandydata w wyścigu prezydenckim nie po to, by walczyć o zwycięstwo, ale, by (jak Twój Ruch) po raz ostatni spróbować dostać się do Sejmu. Albo po to (jak SLD), by pozwolić dotrwać obecnym przywódcom Sojuszu do wyborów parlamentarnych.

Kiedy brakuje wiarygodności

Gdzie tkwi źródło słabości lewicy? Sondaże przecież pokazują, że partia socjaldemokratyczna mogłaby liczyć w Polsce na około 20-procentowe poparcie. Najkrócej mówiąc: w braku wiarygodności. Przywódczej i programowej.

Janusz Palikot miał być zbawcą lewicy, choć dziś mówi, że jego formacja to nie „partia lewicowa" w zwykłym tego słowa znaczeniu, lecz „partia zmiany". Jeśli, po pierwsze, sam lider nie wie, jaka jest tożsamość jego ugrupowania, tym bardziej nie wiedzą tego potencjalni wyborcy. Kogo dziś reprezentuje lider Twojego Ruchu? Ludzi pracy? Klasę średnią? Młodych? Nikogo. A to dlatego, że zmienia profile programowe częściej niż skarpetki.

Oto przykład: Palikot sprowadził swoją formację do partii jednej sprawy – walki z Kościołem i promowania apostazji. Brzmi to mało wiarygodnie w ustach człowieka, który jeszcze kilka lat temu był promotorem ultrakatolickiego tygodnika „Ozon" i fanem mitycznego pokolenia JPII.

Odnowicielami polskiej socjaldemokracji mogą się okazać Leszek Miller i Janusz Palikot. Muszą tylko zrobić jedną rzecz: zwinąć sztandary. Tym samym pojawiłaby się szansa dla takich polityków jak Robert Biedroń

No i ten nieznośny brak powagi: lider Twojego Ruchu sposób uprawiania polityki sprowadza wyłącznie do happeningu. O ile rodacy lubią się pośmiać, szczególnie gdy politycy odgrywają role kabaretowe, o tyle już niezbyt chętnie oddaliby takim ludziom stery państwa. Palikot jako błazen – tak. Palikot jako polityk decydujący o losie państwie – nie.

Miller ma także problem z wiarygodnością. Silny „kanclerz lewicy" już zawsze będzie musiał się tłumaczyć z tego, że chciał w Polsce wprowadzać podatek liniowy i że bratał się z wielkim biznesem. Jak na człowieka lewicy pomysł to tyleż ekstrawagancki, co ideologicznie zabójczy.

Podobnie niezrozumiały dla lewicowego elektoratu był pomysł szefa SLD, by w jednym szeregu stanąć z Jarosławem Kaczyńskim i grzmieć, że wybory samorządowe zostały sfałszowane. Miller gotowy dla ratowania własnego przywództwa w Sojuszu bratać się z Kaczyńskim to zbyt wiele nawet dla SLD-owskiego aparatu, który do tej pory był mu skłonny wybaczyć dużo – choćby „romans" z Samoobroną i start z jej list. Ale nie z Kaczyńskim, który gardzi rodzimą lewicą.

Szef Sojuszu należy też do pokolenia tych polityków, którzy absolutnie zasłużyli sobie na polityczną emeryturę. Kiedy rozmawiam z młodymi ludźmi, co oczywiście nie może być ostatecznym wyznacznikiem, ale jest sygnałem politycznej atrakcyjności, ci mówią wprost: „choć mamy poglądy lewicowe, to na Millera nie zagłosujemy".

Parafrazując samego szefa SLD, gdy żegnał odchodzącego w cień swojego młodszego poprzednika Grzegorza Napieralskiego, któremu dziś łamie polityczny kręgosłup, zawieszając go w prawach członka Sojuszu i rozwiązując jego zachodniopomorskie struktury, można rzec: „Nowe było, ale się nie sprawdziło. Wróciło stare, tyle że nie jest już jare". Miller jest więc na tyle silny, by wciąż jeszcze trzymać SLD za gardło. Ale jest zarazem tak słaby, że nie może poważnie myśleć o wyborczym zwycięstwie swojego ugrupowania.

Cicha rewolucja

Czy zmierzch rodzimej lewicy oznacza, że jest ona Polsce niepotrzebna? Nie, oznacza tylko tyle, że odrodzenie lewicy przyjdzie najpewniej z boku. Nie dokonają tego obecni liderzy. Brak im odwagi ideowej i wiarygodności programowej. Ale to Miller i Palikot mogą się okazać odnowicielami lewicy i przyśpieszyć jej odrodzenie. W jaki sposób? Muszą zwinąć sztandary!

Tym bardziej że nowa lewica już się tworzy, ale nie na salonach, nie przy dobrym winie w szwajcarskim kurorcie pod patronatem Aleksandra Kwaśniewskiego, ale na dole, z ludźmi, którzy coraz częściej się organizują, gdyż wiedzą, że tylko działając razem, osiąga się także cele indywidualne. I to się dzieje po cichu. Bez rozgłosu.

Przykładem tej cichej rewolucji, o której dziś głośno, jest zwycięstwo wyborcze Roberta Biedronia w Słupsku, który pracowitością i otwartością dowiódł, że lewica może być skuteczna. Ale to pierwszy krok. Drugi wiąże się z tym, że nowy prezydent Słupska musi pokazać, iż potrafi być dobrym gospodarzem. Jak wiemy, wybory wygrywa się poezją, a rządzić trzeba prozą. Jeśli Biedroń odrzuci ideologiczne wojny, w których wyćwiczyła się prawica i do których będzie go prowokować, na rzecz solidarności, troski o ludzi, rozwoju miasta, ma szansę pokazać nową twarz socjaldemokracji.

Sytuacja w Polsce przypomina trochę sytuację w Hiszpanii, gdzie na gruzach partii socjalistycznej, sytej i skorumpowanej, powstaje nowa lewica. Jej trzon stanowią ruchy miejskie i – przede wszystkim – tzw. oburzeni, którzy dwa lata temu okupowali hiszpańskie place i ulice. Dziś Podemos (nazwa ta nawiązuje do sloganu Baracka Obamy: „Yes, we can") doskonale wypada w sondażach, zmierzając do wyborczego sukcesu.

Być może droga Podemos to także droga, którą winna wybrać nasza rodzima lewica, jeśli Polska ma być krajem z lewicą. Droga, która polega na ciężkiej pracy i wiąże się z długim politycznym marszem.

Bo lewicowego wyborcę w Polsce – tego socjalnego – obsługuje dziś prawica. Wyborca liberalny światopoglądowo, pochodzący z klasy średniej, sam się obsługuje, kupując sobie swoje potrzeby. A jeśli tak, to lewica musi zejść do czyśćca, by odbudować swoją polityczną wiarygodność. I to z nowymi przywódcami. Droga na skróty, którą na szybko obmyślają jej upadli liderzy – Miller i Palikot – to droga bez najmniejszych szans na zmartwychwstanie lewicowego etosu.

Autor jest filozofem, szefem Instytutu Obywatelskiego (think tanku związanego z PO) i kwartalnika „Instytut Idei"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA