fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Ryszard Bugaj o Ewie Kopacz: Nie radzi sobie

Ryszard Bugaj
Fotorzepa/ Dominik Pisarek
Tylko spadające ceny ropy łagodzą obecnie problemy gospodarki – mówi Ryszard Bugaj, ekonomista

2015 to rok wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Praktycznie od razu wejdziemy w kampanię i będzie ona trwała aż do jesieni. Czy wydarzenia polityczne odbiją się na gospodarce?

Ryszard Bugaj, ekonomista z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN: Sądzę, że tak. Rynki lubią spokój, a poziom niepewności polityczno-społecznej jest obecnie znacznie większy niż w przeszłości, szczególnie w czasach przed kryzysem gospodarczym. I ta niepewność dotyczy zarówno sytuacji wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Na zewnątrz powoduje ją działalność Rosji i sytuacja na Ukrainie.

Tu oczywiście pojawia się pytanie o konsekwencje tego wszystkiego dla Polski. Nie należę do ludzi, którzy obawiają się bezpośredniej agresji na Polskę, ale jeżeli konflikty na Ukrainie się pogłębią, to inwestorzy zaczną działać ostrożniej, a może nawet powstrzymają się przed kolejnymi inwestycjami. Już samo to wystarczy do obniżenia PKB. A jeżeli dodamy do tego fakt, że mamy początki deflacji, to konsekwencje obu tych zjawisk byłyby niedobre.

Jakie?

Deflacja mogłaby się pogłębić i zakorzenić, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami, które za sobą pociąga – a więc konsumenci powstrzymują się od zakupów, czekając na dalsze obniżki cen, produkcja spada, przedsiębiorcy zwalniają, bezrobocie zaczyna rosnąć.

Co jeszcze może wpłynąć na naszą gospodarkę?

Fakt, że w Europie ciągle jeszcze nie zakończył się kryzys z 2008 r. Co prawda, znajduje się on w zupełnie innej fazie niż na początku, udało się uniknąć głębokiej recesji i to był sukces. Ale ogromny poziom zadłużenia, które w wielu krajach przekracza nawet 80 proc., i konieczność jego redukcji to są czynniki schładzające gospodarkę.

Europa może podzielić los Japonii, w której od lat wzrost PKB oscyluje wokół zera. Nie wierzę, że uda się pobudzić gospodarkę europejską pomysłami typu inwestycje europejskie, co zaproponował niedawno Jean-Claude Juncker, szef Komisji Europejskiej. Boję się, że podzielą los Polskich Inwestycji Rozwojowych, o których tak malowniczo mówił Bartłomiej Sienkiewicz, że to kamieni kupa. Tak czy inaczej, słaba gospodarka europejska oznacza słabą gospodarkę polską.

A czy wewnątrz kraju też pan widzi zagrożenia dla naszego rozwoju?

W kraju narasta sprzeciw wobec sytuacji pracowników. Widać to chociażby po proteście Porozumienia Zielonogórskiego, który jest bardziej stanowczy niż zwykle. Coraz większa liczba pracobiorców nie jest objęta kodeksem pracy i ci ludzi powoli mają tego dosyć. A ponieważ w mediach znajdują potwierdzenie swoich frustracji, bo publicyści coraz częściej uznają, że to wcale nie jest w porządku, iż jedni pracownicy są w gorszym położeniu niż inni, to ci pierwsi mogą zacząć się buntować.

Tę sytuację dużej niepewności części pracowników należałoby usunąć. Spodziewam się jednak dużego oporu ze strony przedsiębiorców. Biznes wcale nie zamierza pójść na ustępstwa. Dlatego sądzę, że wchodzimy powoli w fazę nasilonego konfliktu społecznego.

Już nie raz wróżono, że wybuch społeczny jest tuż, tuż i jak dotąd do niego nie doszło.

To prawda, ale podwójne wybory w 2015 r będą sprzyjały takim konfliktom. Atmosfera wyborcza zachęca do protestów. Nie twierdzę, że do nich dojdzie, ale ich prawdopodobieństwo rośnie. Coraz mniejsza stabilizacja społeczna podlega kumulacji i rośnie prawdopodobieństwo przesilenia.

A werdykt wyborczy? Czy rynki mogą negatywnie zareagować na zmianę władzy?

Nie sądzę. Rynki są dosyć odporne na zmiany polityczne. Gdy dawno temu Leszek Balcerowicz odchodził z rządu, „Gazeta Wyborcza" biła na alarm, że giełda się załamie. Tymczasem nic takiego się nie stało. Przeciwnie, giełda zaczęła gwałtownie rosnąć. Nasz problem jest inny – gdyby rozstrzygnięcia polityczne nie gwarantowały stabilności z nowymi rządzącymi, mogłoby to wypłoszyć z Polski inwestorów.

Boję się przyszłorocznego rozstrzygnięcia wyborczego. Z jednej strony uważam, że PO powinna zostać odsunięta od władzy, szczególnie że na jej czele stoi Ewa Kopacz, która kompletnie sobie nie radzi jako szefowa rządu. Z drugiej strony trudno mi patrzeć z wielką nadzieję na alternatywę PiS-owską. Odkąd Jarosław Kaczyński przygarnął Jarosława Gowina i zaczął dwuznacznie mówić o Januszu Korwin-Mikkem, widać, że PiS nie postawi twardo interesu pracowników na pierwszym miejscu, kosztem interesu przedsiębiorców.

Ale najgorsza będzie sytuacja, gdy PiS wygra wybory parlamentarne ale zostanie wykolegowane z rządzenia. Wówczas nastroje polityczne będą mocno napięte i może dojść do gwałtownych zachowań.

Ponure perspektywy kreśli pan dla naszej gospodarki. Nie ma pozytywnych czynników?

Owszem, jest czynnik łagodzący ewentualne problemy gospodarcze, czyli spadająca cena ropy. Ale to jedyny element pozytywny.

Czy w przyszłym roku może dojść do wzrostu bezrobocia?

Nie widzę ku temu przesłanek. Tylko jakaś potężna zamieć polityczna lub społeczna, która zaowocowałaby spadkiem tempa wzrostu czy wręcz recesją mogłaby do tego doprowadzić. Problem jednak polega na tym, że jeżeli bezrobocie utrzyma się na obecnym, wysokim poziomie, będzie to sytuacja dolegliwa.

Na spadek bezrobocia nie ma co liczyć?

Jestem co do tego sceptyczny. Wydaje się, że wzrost wydajności pracy ciągle jest możliwy, a ponieważ wzrost gospodarczy jest na dość niskim poziomie 3-3,5 proc. PKB, nie gwarantuje spadku bezrobocia. Są oczywiście czynniki demograficzne, które będą sprzyjały stopniowemu zmniejszaniu się liczby osób bez pracy, ale pytanie, co się stanie z 2 mln emigrantów. Bo jeżeli perspektywy za granicą będą marne, to oni po prostu zaczną wracać.

Na razie nie są marne. Ciągle za granicą zarabia się lepiej i łatwiej jest znaleźć pracę niż w Polsce.

Ale w Europie zapowiada się niska stopa wzrostu. A jeżeli Niemcy podejmą kroki, które zasygnalizowały, zmierzające do ograniczenie zadłużenia, będzie to dodatkowo dławiło wzrost.

Do tego wszystkiego w Polsce dochodzą rzeczy nieprzewidywalne, np. skala oszustw podatkowych. Niedawno został opublikowany raport organizacji audytowej PricewaterhouseCoopers (PwC), która oszacowała, że z tytułu oszustw na podatku VAT Polska może tracić około 40 mld zł rocznie. To jest gigantyczna kwota będąca wynikiem drobnych zmian, które pozwoliły oszustom podatkowym wygryźć bardzo dużą dziurę w budżecie. Pytanie, co z tym zrobimy? Być może nic. Według prezesa NBP Marka Belki, w ostatnich latach poziom tolerancji dla oszustów podatkowych stał się wyjątkowo wysoki. Tego typu zjawiska bardzo osłabiają naszą gospodarkę.

–rozmawiała Eliza Olczyk

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA