fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Tomasz Wiktorowski: Jestem częścią układanki

Tomasz Wiktorowski: – Naprawdę nie mam żadnego problemu z tym, że w ekipie pojawia się postać legenda i może swym blaskiem przyćmić pozostałych
Fotorzepa/ Piotr Nowak
Tomasz Wiktorowski o czwartym roku w drużynie Agnieszki Radwańskiej i współpracy z Martiną Navratilovą.

Rz: Kto jest ojcem lub matką kontraktu Agnieszki z Martiną Navratilovą? Ostatnio przyznaje się do tego zaskakująco wiele osób...

Tomasz Wiktorowski: Nie zastanawiamy się nad tym, po prostu jesteśmy zadowoleni, że ten projekt udało się zrealizować. Nie możemy się doczekać, by pojechać do Miami i stanąć z Martiną twarzą w twarz.

Wiadomość została przyjęta przez tenisowy świat zdecydowanie pozytywnie, ale przecież istnieje niebezpieczeństwo, że pomysł nie wypali. Gdzie są te pola, na których grozi fiasko?

Nie widzę takiego niebezpieczeństwa. Nawet jeśli coś nie wyjdzie, to będziecie mieli dobry temat do opisania, do krytyki, analizy i gdybania. Sama radość z dziennikarskiego punktu widzenia. Jak wyjdzie, też dobrze. Z naszej strony jest podobnie – jeśli sukces przyjdzie – będziemy szczęśliwi, jeśli, odpukać, nie – to świat się nie kończy. Trzeba będzie dawać sobie radę w inny sposób. Nikt z nas dziś nie zakłada, że może się nie udać.

Nie uważa pan, że praca z legendą Wielkich Szlemów to także okazja do wysłuchania wykładów, o jakie trudno na innych sportowych uniwersytetach?

Będę się mógł wypowiedzieć na ten temat dopiero po rozpoczęciu współpracy. Poczekajmy do pierwszych turniejów, aż wspólnie coś zrobimy. Nie sprowadzałbym zresztą kontraktu z Navratilovą tylko do faktu, że poznamy wielką mistrzynię rakiety. To przecież także wyraźny sygnał, że Agnieszka wciąż chce się rozwijać, osiągać lepsze wyniki. Teraz w Miami spotykamy się tylko na pięć dni. Potem są Sydney, Melbourne i następne turnieje. Pierwsze oceny będziemy mogli tak naprawdę wystawić po grze w marcu w Indian Wells i Miami.

Navratilova wśród wielu zainteresowań ma także grę w golfa, jest całkiem dobrą amatorką, może spotkacie się z nią także na polu?

Takich planów nie ma, ale Miami i okolice to region lubiany o tej porze roku przez inne tenisistki, więc przy okazji umówieni jesteśmy na grę z Karoliną Woźniacką.

Nick Bollettieri powiedział niedawno, że jest wszystkim: od trenera wszech specjalności po przedsiębiorcę, motywatora, doradcę, guru po prostu. Kim jest dziś, po 3,5 roku pracy z najlepszą polską tenisistką, Tomasz Wiktorowski?

Jestem wciąż częścią układanki, która nazywa się ekipa Agnieszki Radwańskiej. Choć osiągnęliśmy wspólnie pewne sukcesy, pozostajemy skromnymi ludźmi, naprawdę nie mam żadnego problemu z tym, że w ekipie pojawia się postać legenda i może swym blaskiem przyćmić pozostałych. Choć staram się jak najlepiej robić to, co umiem, mam pełną świadomość, że jak się uda osiągnąć wielki sukces, to wszyscy powiedzą: no tak, przyszła Martina i pokazała, jak się to robi.

Jak pan ocenia dotychczasowe „pewne sukcesy"?

Wydają mi się zauważalne: wygrane w Miami, Pekinie, Tokio, Montrealu, w kilku mniejszych turniejach. Oprócz Sereny Williams Agnieszka pokonała wszystkie rywalki z pierwszej dziesiątki świata, mówimy też o wielkoszlemowym finale i dwóch półfinałach. Kiedyś przeczytałem w polskiej gazecie tekst, jak modelowa była dwuletnia praca mojego trenerskiego wzorca, znakomitego Carlosa Rodrigueza z Na Li. Spojrzałem w tabelki, porównałem z trzema latami pracy z Agnieszką i wcale nie wypadło gorzej, jedyną znaczącą różnicą jest to, że Chinka wygrała Australian Open. Może dlatego mogę czasem pomyśleć, że wykonujemy całkiem przyzwoitą robotę.

Pomijając wyniki, co jeszcze wzmacnia pański stonowany optymizm?

Podoba mi się, że Agnieszka wciąż robi postępy, także w kwestiach technicznych. Staramy się ulepszać jej umiejętności limitowane warunkami fizycznymi, mówiąc krótko – nawet skuteczność i powtarzalność pierwszego serwisu, choć oczywiście nie będziemy śrubować prędkości podania. Agnieszka wzmocniła się fizycznie, choć pewnie nie wszystkich przekonam do tego zdania. Wzmocniła się jednak w tym sensie, że nie ma, jak kiedyś, przewlekłych kontuzji, nie przechodzi operacji, nie jest oklejona od góry do dołu dziwnymi plastrami. Teraz nie musimy myśleć o gonieniu planów treningowych, o nadrabianiu zaległości, tylko możemy dbać o właściwe przygotowanie fizyczne. Kiedyś zaaplikowanie cięższego treningu ogólnorozwojowego skończyłoby się dla Iśki abonamentem szpitalnym.

Może pan powiedzieć, że Agnieszka Radwańska w 26. roku życia będzie lepszą tenisistką niż wcześniej?

Tak, choć jest coraz starsza i może późno odkrywamy jej rezerwy, to są elementy, które może poprawić. Może być lepsza, choć nieco inaczej – związany z wiekiem i intensywnością walki w WTA Tour jej średni poziom być może nieco się obniży, lecz mam nadzieję, że za to będzie walczyć o największe trofea. Na to liczymy, że może rzadziej, ale pojawią się wyniki bardziej spektakularne. Była już nr 2 na świecie, być nr 1 przy Serenie Williams wciąż jest bardzo trudno, ale nadal możemy myśleć o innych  sukcesach, których Agnieszka nie ma.

Czy oglądana przez pana i Agnieszkę z bliska wakacyjna liga w Indiach lub późniejsze spotkania ligi drużynowej w Azji mają znaczenie dla tenisa? Były głosy, że te nowe sposoby rywalizacji mogą się przyjąć i wpłyną na dyscyplinę w przyszłości...

Głównym sensem organizowania tego typu imprez jest biznes, nie ma co dyskutować. Można jednak, przy dobrym zaplanowaniu okresu przygotowawczego, włączyć takie mecze w proces szkolenia, choć nie kryję, że jest to trochę męczące.

Czyli zarzuty, że przerwa na odpoczynek i regenerację po sezonie jest przez wielu wykorzystywana na dodatkową pracę zarobkową, mają sens?

Nie wszyscy pojechali grać do Azji, choć przyznaję: większość z tych, którym grę zaproponowano, zgodziła się. Nie traktowałbym jednak tych lig jako czegoś innego niż biznes. Główną motywacją była gaża. Może jest to pole doświadczalne dla regulaminowych eksperymentów, ale to samo można robić w innych miejscach. Dla mnie najbardziej istotne było to, że Agnieszka mogła włączyć tego typu start w cykl przygotowań, że gdybyśmy nawet do Indii nie polecieli, to przygotowania w kraju wiele by się nie różniły. Z tego punktu widzenia nie był to najgorszy pomysł. Innym zapewne pasowały te wyjazdy, gdyż – poza dochodami – dawały okazję do rozrywki, odpoczynku od presji poważnych startów.

Polski Związek Tenisowy pod kierownictwem nowego-starego prezesa znów zaufał panu w kwestii prowadzenia drużyny kobiet w Pucharze Federacji. Nie było uwag, że to nie jest pańskie pierwszoplanowe zajęcie?

Chyba trudno zmieniać kapitana, gdy po raz pierwszy weszliśmy do grupy światowej. Jeśli jednak zarząd uznałby, że ma lepszego kandydata, to nie powiedziałbym w swej obronie nawet dwóch zdań. Uważam, że drogę od grupy euro-afrykańskiej do pierwszej światowej warto jeszcze przemierzać razem. Będziemy próbowali pokonać Rosję.

Z racji tych obowiązków patrzy pan na polskie tenisistki i widzi, że za Agnieszką znów jest duża przerwa, kilka dziewczyn już, już witało się z pierwszą setką rankingu WTA, ale nic z tego nie wyszło. Czemu tak się dzieje?

Naprawdę dobrze znam tylko przyczyny spadku Urszuli Radwańskiej. Wiem, jak wyglądały jej przygotowania i problemy, a właściwie tylko problemy, jakie miała w 2014 roku. Teraz po prostu cieszę się, że jest zdrowa. Ma na plecach ciężki bagaż porażek. Wydaje się dobrze przygotowana do sezonu, jestem przekonany, że ma możliwość, by wrócić tam, gdzie była, ale będzie musiała przejść długą drogę, być cierpliwa, pełna samozaparcia. Inaczej znosi się porażki na poziomie ITF, gdy kiedyś walczyło się o wysokie cele w turniejach WTA.

—rozmawiał Krzysztof Rawa

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA