fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Koalicja z Pis. Miller nie ma nic do stracenia - analiza Elizy Olczyk

Eliza Olczyk
Fotorzepa, Ryszard Waniek
SLD stracił na zbliżeniu z PO. To dlatego w ostatnim roku przed wyborami do Sejmu przyszedł czas na nową strategię – działanie we wspólnym froncie partii opozycyjnych.

Leszek Miller uśmiechający się do Jarosława Kaczyńskiego to obrazek niewidziany od czasów rządów PiS. Gdy doszło wtedy do próby aresztowania Barbary Blidy, zakończonej samobójczą śmiercią byłej posłanki Sojuszu Lewicy Demokratycznej, dla wielu działaczy SLD porozumienie z PiS stało się niemożliwe.

Jednak dziś Leszek Miller nie ma już nic do stracenia. Poprzednie strategie Sojuszu – atakowania PiS i PSL, a obchodzenia się w białych rękawiczkach z Platformą Obywatelską – przyniosły jego partii godny pożałowania wynik w wyborach samorządowych.

Działacze Sojuszu muszą przyjąć do wiadomości fakt, że między nimi a PO nie ma chemii. Donald Tusk miał co prawda sporo szacunku dla politycznych osiągnięć Leszka Millera, ale nigdy nie przepuścił okazji, by wykorzystać jego partię do własnych celów.

Gdy w telewizji publicznej Sojusz zawiązał nieformalną koalicję z PiS, obie partie były z tego zadowolone. Gdy Sojusz zmienił front i zaczął orientować się na Platformę, stracił większość wpływów. Podobnie było z warszawskim referendum w sprawie odwołania prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Gdy SLD nie poparł tej inicjatywy, bo – jak donosiły media – liczył na powrót do władzy w stolicy, w której PO rządzi samodzielnie, skończyło się tym, że Gronkiewicz-Waltz ocaliła stanowisko, a partia Leszka Millera nadal jest w opozycji.

Z nieoficjalnych informacji wynika też, że Tusk wykorzystał Millera w charakterze straszaka do rozgrywki z prezydentem Bronisławem Komorowskim, by skłonić go do poparcia Ewy Kopacz na premiera. W zamian były już premier miał obiecać Millerowi zawarcie koalicji we wszystkich sejmikach.

Być może dlatego Sojusz w kampanii samorządowej postanowił przebrać się za partię agrarną i przypuścić frontalny atak na Polskie Stronnictwo Ludowe. A przecież miał plan, bardziej przystający do oblicza ideowego i elektoratu, przeprowadzenia kampanii informacyjnej, kto straci na porozumieniu klimatycznym wynegocjowanym na szczycie Unii Europejskiej przez panią premier. Miała być mapka interaktywna, spotkania przed dużymi, energochłonnymi zakładami pracy i ulotki z hasłem „Ewa Kopacz zlikwiduje twoje miejsce pracy". Zapadła jednak decyzja, by szefowej rządu nie atakować, bo część wyborców SLD ją popiera. I teraz Sojusz na własne życzenie został zmarginalizowany w wielu samorządach.

Dlatego w ostatnim roku przed wyborami parlamentarnymi partia Millera może przetestować nową strategię – działania we wspólnym froncie partii opozycyjnych. Opozycja nie musi zważać na różnice programowe, bo dogaduje się wtedy, gdy ma wspólny interes. Poza tym obie partie nic nie ryzykują. Między ich elektoratami nie ma żadnych przepływów. Nikt więc nikomu nie uszczknie głosów.

Kiedyś istniało niebezpieczeństwo, że wyborcy SLD niezadowoleni z tej partii przerzucą się na PO. Dziś jednak wydaje się, że wszyscy, którzy mieli odejść od Sojuszu, dawno już to zrobili, więc tym również nie ma się co przejmować.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA