fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mirosław Żukowski o Żylecie

Mirosław Żukowski
Fotorzepa/Waldemar Kompala
Europa dzięki Legii to znów jest nasza liga. Bardzo się z tego cieszę, szczególnie gdy mecze oglądam w telewizji, bo niestety Legia sporo traci przy bliższym poznaniu.

Przekonuję się o tym za każdym razem na stadionie przy Łazienkowskiej. Jest on tak piękny, że spokojnie mógłby być moim Teatrem Marzeń, o jakim nawet nie śniłem, gdy prawie pół wieku temu listonosz przynosił zaprenumerowaną przez ojca „Naszą Legię". Ale to nie jest mój stadion, czuję się tam źle i zwykle do domu wracam smutny, nawet jeśli mecz był dobry.

Wiem, że futbol to nie filharmonia, jestem gotów bez mrugnięcia okiem zaakceptować to, że czasem górę biorą złe emocje, bo nasi nie strzelili, rywal to cham, sędzia jest ślepy, a zupa była za słona. W Barcelonie podczas meczu z Realem kataloński kibic tuż za moimi plecami krzyczał „Casillas cabron", w Niemczech na głowę spadło mi pół litra piwa w plastikowej szklance, ale nie widziałem, by gdziekolwiek seans nienawiści był z przyzwoleniem klubu tak dobrze zorganizowany jak na Legii.

Nikt mnie nie przekona, że człowiek dyrygujący Żyletą, któremu przygotowano specjalną platformę, krzyc...

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA