fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Życie Krakowa

Wiatr tak otumania, że wszystko nam się w Krakowie podoba - rozmowa z Janem Kantym Pawluśkiewiczem

Jan Kanty Pawluśkiewicz, kompozytor.
Kiedy jest pan w Krakowie, ?w które miejsce najchętniej ?kieruje pan swoje kroki?

Jan Kanty Pawluśkiewicz:
Zacznijmy od tego, że mieszkam ?w Krakowie od 40 lat, dlatego ?nie mogę być w jego ocenie tak obiektywny jak osoby, które przyjechały tu dwa dni temu. ?A lubię bardzo lokalik w Rynku – Vis-a-vis, bardzo charakterystyczny, bo po odejściu Piotra Skrzyneckiego Zbyszek Preisner ufundował tam pomnik Piotra Skrzyneckiego w postaci posągu na ławeczce.

Przychodzi pan do Vis-a-vis, żeby spotkać znajomych czy ma tam ulubione napoje i trunki?


Pomiędzy 14 a 15, kiedy chce pan spotkać kogoś z kręgu Piwnicy pod Baranami, zawsze pan tam kogoś znajdzie. To miejsce, gdzie rodziły się koncepcje wielkich widowisk Piotra, gdzie składano mu uroczyste hołdy w dniu jego imienin, gdzie planowano triumfalne bankiety pod mostem Dębnickim lub w podkrakowskich pałacach. A także wielką Noc Paryską na Floriańskiej dla 6 tysięcy szczęśliwców.

A czy personel zmieniał się ?przez te wszystkie lata?


Nie, dlatego od lat wszyscy są ?po imieniu. Biorąc pod uwagę niewielką przestrzeń, trudno sobie to wyobrazić, ale odbywają się tam wernisaże. W kręgu bywalców wydawany jest też miesięcznik. ?W latach wcześniejszych moim ukochanym miejscem była, oczywiście, Piwnica pod Baranami, zwłaszcza w godzinach wieczornych albo nawet późnowieczornych. Dużo o Piwnicy powiedziano, ale pozwolę sobie jeden epizod z jej historii przypomnieć. Późno po północy nasza koleżanka Halina Wyrodek nakłoniła strażaka ?– hejnalistę z wieży mariackiej, żeby ją tam wprowadził, a gdy już znalazła się na szczycie – zaśpiewała stamtąd piosenkę Michela Legranda „Ja nie wierzę, nigdy nie uwierzę" ?z filmu „Parasolki z Cherbourga" – ?i to w czasie gdy powinien być grany hejnał. Takie miejsca, jak Piwnica, zawsze mają swój dalszy ciąg.
A jak kiedyś wyglądał bar w Piwnicy i jaka była hierarchia miejsc?
Pomieszczenie barowe zmieniało się mniej więcej co dziesięć lat. Na początku była tylko ława, za którą dziewczyny podgrzewały czerwone wino. Wino! Mój Boże – to było polskie wino „patykiem pisane". ?W drugiej dekadzie ktoś przytargał jakiś poważniejszy mebel. ?W trzeciej dekadzie był już bar ?z prawdziwego zdarzenia. Bar wyglądał najbardziej odświętnie, kiedy Piwnicę odwiedził amerykański ambasador polskiego pochodzenia Nicholas Andrew Rey. Wtedy do baru sprowadzono wytwornych kamerdynerów ?i barmanów. Jeszcze z początku lat 60. pamiętam schody ewakuacyjne nad estradką Piwnicy ?– z okienkiem, które wychodzi ?na ulicę Świętej Anny. Kiedy przyjaciele Piwnicy nie mogli wejść przez drzwi, bo brakowało miejsc, wchodzili przez okienko wprost ?z ulicy. Kiedy wchodziły panie w sukienkach – dobrze było siedzieć w pierwszym rzędzie! Całkiem niedawno Zygmunt Konieczny opowiadał mi, że raz, kiedy Piwnica zaczęła swój program, a Piotrowi Skrzyneckiemu nie za bardzo szło jego prowadzenie, przez okienko mało co nie wpadł do środka pijany Cygan, wrzeszcząc: „Gagarin wyleciał w powietrze!". Wtedy program ruszył z powodzeniem.
Kiedy miałem przyjemność robić ?z panem wywiad dotyczący pana kolekcji płytowej wydanej ?przez Polskie Radio, wybrał pan ?na spotkanie Kawiarnię Europejską w Rynku.
Ona ma dwa życiorysy. Obecny ?i dawny. Kiedyś była to kawiarnia cinkciarzy, gdzie załatwiali swoje interesy. Ale tylko w jednej części sali, bo w drugiej części zasiadało dostojne krakowskie mieszczaństwo. W jednej części handlowano walutą, a w drugiej można było usłyszeć zdania w rodzaju: „Pan radca pozwoli zauważyć".
A gdzie pan lubi zaczerpnąć świeżego powietrza na spacerze?
Od lat 80. mieszkam na zachodnich peryferiach Krakowa ?i lubię przejść się nad stawami ?w Kryspinowie. W całości lubię ?Las Wolski ze Srebrną Górą ?i klasztorem Kamedułów. Fantastyczne są tam Skały Panieńskie, które zawdzięczają nazwę legendzie mającej korzenie w XIII wieku. Kiedy pobliski zakon oblegali Tatarzy – siostry zakonne schroniły się między skałami, ?które miały się za nimi zamknąć, odcinając drogę Tatarom. A teraz, zamiast odpowiadać na pytanie, zmienię panu tok rozmowy. Mało znana jest historia o tym, jak dwóch dżentelmenów przechadzało się po Rynku. Architekt i literat. Rzecz działa się w latach 30. Było już noc, wokół cisza, na wieży mariackiej grał trębacz, a trochę rozanielony architekt mówi do kolegi literata: „Powiedz mi, co zrobić, żeby mnie zapamiętano w Krakowie?".
Co odpowiedział literat?
„Otynkuj wieżę mariacką!".
To nie udało mu się przejść ?do historii.
Na szczęście. Ale proszę sobie wyobrazić, że na dzień przed naszą rozmową byłem na otwarciu wyremontowanej części Pałacu Krzysztofory, gdzie mieści się siedziba Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Profesor Franciszek Ziejka, przewodniczący Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, przypomniał, że sto lat temu pewien przedsiębiorczy budowlaniec ?w porozumieniu z rajcami Krakowa chciał wyburzyć Krzysztofory, ?by w ich miejsce zbudować luksusowe kawiarnie i hotele. Trudno uwierzyć, że coś takiego ?w Krakowie wymyślono. Ale wtedy wybuchła I wojna światowa.
Gdzie bez ryzyka może pan zaprosić gości na obiad?
Ten lokal, zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz, może robić podejrzane wrażenie, jednak jest tam krótka, ale rekomendowana lista dań i wszystkie są trafione. Ten lokal nazywa się Kuchnia ?i Wino, a mieści się na ulicy Świętego Józefa.
Mieszkając w historycznym mieście, rzadko odwiedzamy najważniejsze zabytki. Chodzi pan na Wawel?
Raczej przemykam obok, bo za duży tam tłok i za wielu turystów. Oczywiście chadzałem tam, a nawet miałem wielki honor mieć koncert na dziedzińcu wawelskim. Na co dzień jednak tłum mnie peszy.
Jaka jest pana ulubiona krakowska instytucja kultury?
Nie jest to miejsce moich pielgrzymek, ale znam się z towarzystwem Krakowskiego Biura Festiwalowego, które organizuje wiosną Misteria Paschalia, jesienią Sacrum Profanum, natomiast ?w grudniu, wraz z Łaźnią Nową Bartosza Szydłowskiego – teatralną „Boską komedię". Wszystkie te imprezy mają wybitnie europejski charakter, o czym decydują występujący na nich artyści.
Występują też, tyle że na ulicach, brytyjscy turyści. Narzeka się na ich najazdy.
Te rzeczy się nagłaśnia, bo Anglicy głośno się zachowują. Ale gdzie nie ma takiej zabawy? Myślę, że to się nadmiernie eksponuje. Pamiętam, że sam się w wielu miastach panoszyłem, a choćby ?w NRD, gdzie w hallu jednego ?z hotelików wypiliśmy z kolegami dwanaście butelek wina. Nie przesadzajmy z tymi Anglikami! Czasem ktoś się przebiera za Supermana i biegnie do wieży mariackiej. No i co? Znamy filmy ?o Batmanie i to nas nie zadziwi.
Kraków zachwyca bardziej niż poezja Słowackiego uczniów z klasy profesora Pimki. Ma pan na ten temat swoją teorię?
Posłużę się opinią naszego koleżki Jerzego Treli. Na podobne pytanie odpowiedział dziennikarce następująco: po wschodniej stronie Krakowa jest Nowa Huta. Wiatry nawiewają stamtąd do miasta siarkowodór, który krakusów ?tak otumania, że wszystko nam się w Krakowie podoba.
Nawet Nowa Huta?
Łaźnia Nowa Bartosza Szydłowskiego, o której już wspomniałem, bardzo mi się podoba. To wspaniałe miejsce. Ponieważ nie pamiętam czasów bohaterskiego budownictwa socrealistyczego, Nowa Huta zawsze mi się podobała. Również dlatego, że jako mieszkaniec małego miasteczka na Podhalu, czyli Nowego Targu, pojechałem tam kupić sobie pierwszą gitarę. Nowa Huta była dla nas jak wschodni Berlin. Nigdy nie reagowałem na Nową Hutę alergicznie. Może dlatego, że jestem przybyszem. Krakusem z terenu.
—rozmawiał Jacek Cieślak
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA