fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Komiks „Spust" Joe Matta

materiały prasowe
„Spust" Joe Matta ?to ekshibicjonistyczna autobiografia o strachu ?przed dorosłym życiem - pisze Monika Małkowska.
Kto widział film „Wstyd" McQueena, ten pamięta problem bohatera: nie potrafił nawiązać emocjonalnych związków z kobietami, a od fizycznych relacji z nimi był uzależniony. Joe Matt, autor i główna postać „Spustu", ma gorzej – boi się seksu. Atrakcyjne dziewczyny napełniają go równie wielkim pożądaniem, co strachem. To sprawia, że próbuje znaleźć inny sposób na rozładowanie napięć erotycznych.
Niewinnie brzmiący tytuł „Spust" dopełnia prowokacyjny podtytuł: „pamiętnik onanisty pasjonata". Do tego ekshibicjonistyczna okładka – facet leżący w betach, twarzą w poduszce, z walającymi się dookoła kawałkami papieru toaletowego. Czy po takiej auto-antyreklamie warto zapuścić się w „Spust"? Jak najbardziej.
To, do czego przyznaje się Joe Matt, mało komu przyszłoby z łatwością, tymczasem amerykańsko-kanadyjski autor z porażającą szczerością obnaża przed odbiorcami swoje fobie, kompleksy i mizerię egzystencji. Co więcej, wcale nie jest wyjątkiem. Czytałam w sieci wpisy pod recenzją komiksu – nikt nie wypowiadał się o artystycznej stronie pracy, za to wielu zabierało głos w sprawie samogwałtów. I byli to wyłącznie panowie...
Chyba Matt trafił w sedno. Jego (karykaturalny) autowizerunek to figura dość często spotykana we współczesnym świecie.
Oto on – zdolny, lecz leniwy. Terapeuci dodaliby – nieprzystosowany, zagubiony, zakompleksiony. Jego azylem jest przeszłość. Kolekcjonuje zabawki z dzieciństwa, by odtworzyć iluzję szczęśliwej beztroski. Nienawidzi nadopiekuńczej matki, której się wstydzi i nie potrafi się porozumieć. Ma encyklopedyczną wiedzę o starych komiksach, lecz kompletnie brakuje mu umiejętności (i chęci), by jakkolwiek to wykorzystać.
Joe Matt daleki jest od ideału macho. Reprezentuje nieprzystosowanych społecznie samotników. Czy taki ktoś może mieć jakichkolwiek kumpli?
Joe Matt ma dwóch. Też komiksiarze, również pokręceni, lecz inaczej. Obydwu znamy – z publikowanych w Polsce zeszytów. Przed kilkoma miesiącami ukazała się praca „Życie nie jest takie złe, jeśli starcza ci sił" Setha, a nieco wcześniej „Na własny koszt" Chestera Browna.
Matt  idzie na lunch w towarzystwie Chesta i Setha i relacjonuje przebieg spotkania w komiksie „Spust" (osobny rozdział). Przy okazji dostarcza czytelnikom kolejnych argumentów na swą niekorzyść. Jawi się jako chorobliwy sknera, w dość podły sposób zarabiający na przyjacielu trochę kasy.
Jedno ratuje Joe Matta przed nim samym: autoironia. Natomiast przed niechęcią czytelnika broni go talent – bo przynudza w fascynujący sposób, genialnie dopasowując wizualną stronę opowieści do treści. Ta zaś jest wyzwaniem, obaleniem tabu. Wstyd? Matt nie zna takiego pojęcia.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA