fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Pozostawieni

Witold Orłowski, główny ekonomista PwC w Polsce
Fotorzepa, RP Radek Pasterski
W Polsce wcale nie mieszka już 38 mln ludzi, ale tylko 36 mln – wynika z szacunków GUS.
W tajemniczy sposób w ciągu dekady zniknęło więc około 5 proc. populacji – jak w pewnym telewizyjnym serialu science fiction. A tymczasem ta rzesza wcale nie zniknęła – po prostu spakowała walizki i wyjechała za granicę w poszukiwaniu lepszego życia. I choć nadal wielu emigrantów twierdzi, że po jakimś czasie wróci do kraju, nie ma wątpliwości, że większość tego nie zrobi.
Trudno, stało się, mleko się rozlało. Wiadomo, że jeśli ktoś zadomowił się za granicą, znalazł znośną pracę, ułożył sobie życie, tak łatwo nie podejmie decyzji o powrocie, zwłaszcza że pensja, na którą może liczyć, w kraju jest nadal znacznie niższa. Emigracja to cena, którą zapłaciliśmy za różnicę w poziomie życia odziedziczoną po dekadach komunizmu. Co nie oznacza, że cena ta nie mogła być nieco mniejsza.
Przede wszystkim skala wyjazdów nie jest żadnym zaskoczeniem. W opracowaniu sprzed 14 lat prognozowałem skalę trwałej emigracji po wejściu Polski do Unii, w zależności od wariantu, na 1–2 mln ludzi (były też szacunki wyższe). I nie było w tym nic dziwnego. Po latach zamknięcia otwierały się granice, a Polakom wolno było legalnie szukać dowolnej pracy najpierw na Wyspach, a potem w całej Europie.
Działo się to w momencie, gdy relacja płac w Wielkiej Brytanii i w Polsce wynosiła 5:1, co oznaczało, że nawet byle jaka praca na Wyspach dawała znacznie większy dochód niż niezła w Polsce.
Doszły do tego dodatkowe zachęty do emigracji – a więc błędy, których mogliśmy uniknąć przy lepszej polityce gospodarczej. Bezrobocie na ogólnym poziomie ponad 20 proc. i brak pracy dla niemal 50 proc. młodzieży na początku roku 2004 stanowiły dodatkowy, potężny bodziec do wyjazdu. Spowodowały, że pierwsza fala migracji w latach 2005–2006 okazała się znacznie potężniejsza, niż oczekiwaliśmy. Potem już strumień emigrantów mocno się zmniejszył, ale o masowych powrotach raczej nie ma mowy.
Dziś relacja płac w Europie Zachodniej i w Polsce wynosi ok. 3:1. Znacznie mniej niż dekadę temu, ale nadal bardzo dużo – i nadal nie ma wątpliwości, że za porównywalną pracę można tam dostać znacznie większe pieniądze niż u nas.
Na szczęście skończył się czas, gdy nawet praca przy zmywaku w Londynie dawała większy dochód niż  inżyniera w Warszawie. Ale dopóki różnica w zarobkach nie zmaleje jeszcze silniej (intuicyjnie powiedziałbym, że zdecydowanie poniżej relacji 2:1), ludzie będą wyjeżdżać, a już na pewno nie będą wracać. A to pewnie perspektywa całej dekady. Nie ma cudów.
Na pocieszenie (niewielkie): kiedy wreszcie GUS porządnie skoryguje dane o ludności Polski, okaże się, że PKB wytwarza o 5 proc. mniej ludzi – innymi słowy, nasz PKB na głowę mieszkańca jest o 5 proc. wyższy, niż się podaje dziś. Oznacza to, że wynosi dziś nie 68 proc. unijnej średniej, ale 72 proc. – już tylko o włos za najuboższymi krajami zachodniej Europy, które dekadę temu wytwarzały przeciętny dochód niemal dwukrotnie większy od naszego. Przynajmniej więc do Grecji czy Portugalii na pewno nie warto już dziś emigrować (wtedy jeszcze tak).
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA