fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Nie żyje Robin Williams

Robin Williams
AFP
Nie żyje Robin Williams, wybitny aktor zarówno komediowy, jak i dramatyczny, laureat Oscara i kilku Złotych Globów - pisze Barbara Hollender.
Został znaleziony martwy w swoim domu w Tiburon, w San Francisco, w ostatni poniedziałek. Wszystko wskazuje na to, że popełnił samobójstwo. Jak podała jego rzeczniczka prasowa, aktor cierpiał ostatnio na depresję. Zobacz galerię zdjęć
Miał wszystko: wielki talent, znakomitą karierę, wybitne kreacje zarówno komediowe, jak i dramatyczne, troje dzieci, które bardzo kochał i niedawno poślubioną żonę. Ale też demony, które prześladowały. Czas, w którym był na dnie, kliniki odwykowe. Powroty do picia, przez które rozpadły się jego poprzednie małżeństwa. Stałe wizyty na spotkaniach anonimowych alkoholików. Mówił o tym otwarcie.
Urodził się 21 lipca 1951 roku w Chicago w zamożnej rodzinie. Jego ojciec był menedżerem w kompanii Forda, matka - modelką. Z dzieciństwa wyniósł jednak poczucie osamotnienia - rodzice nie mieli dla niego czasu, do szkoły odwoził go kierowca ojca. Jeden z jego przodków Anselm J. McLaurin był gubernatorem Misssissippi i senatorem, Robin też miał zostać politykiem. Podjął nawet studia na wydziale nauk politycznych w Claremont Men'a College, ale przeniósł się na wydział aktorski, najpierw do Marin College, a potem do renomowanej nowojorskiej Juilliard School.
Początki jego kariery to stand-up comedy, kabaret, estrada. Stamtąd młody, błyskotliwy chłopak trafił do telewizji. Rozpoznawalność przyniósł mu na przełomie lat 70. i 80. serial „Mork and Mindy". Zagrał w nim obcego, który przybywa na Ziemię z planety Ork, by obserwować ludzkie stworzenia. Ale Williams nie utknął na małym ekranie. W 1982 roku zagrał swoją pierwszą ważną rolę filmową w „Świecie według Garpa".
Potrafił widzów rozśmieszać. Nie miał żadnych kompleksów, pozwalał sobie na ekranie na błazenadę. W 1997 roku tygodnik „Entertainment Weekly" wybrał go najzabawniejszym człowiekiem na świecie. Williams kochał komedie takie jak choćby „Pani Doubtfire", gdzie wystąpił w kobiecym przebraniu, spielbergowski „Hook", „Dziewięć miesięcy", „Klatka dla ptaków" czy „Patch Adams", gdzie zagrał lekarza, który małym, ciężko chorym pacjentom serwuje nietypowe lekarstwo - śmiech. A w jednej z ostatnich komedii jako samotny, „Najlepszy ojciec świata" zajmował się zwariowanym nastolatkiem.
— Komedia wyzwala w aktorze odwagę — powiedział mi kiedyś — Trzeba zrobić wszystko, co się da, żeby widza rozśmieszyć. Przestajesz wtedy myśleć o tym, że — być może — przy okazji ośmieszasz siebie samego, tracisz hamulce, wyczyniasz rzeczy, których w innym filmie nigdy byś nie zrobił.
Lubił też występować w filmach dla najmłodszych jak „Flubber" czy „Zabaweczki". Mówił, że to okazja, by również własnym dzieciom udowodnić, że ich ojciec może być niezłym kompanem.
Ale jednocześnie tworzył na ekranie kreacje pełne dramatyzmu. Był wspaniały jako didżej w „Good Morning, Vietnam". Młodzi widzowie pokochali go w kultowej roli nauczyciela, który w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów" potrafił stłamszonym przez szkolny system uczniom wykrzyczeć: „Wasze życie jest czymś niezwykłym!". W „Przebudzeniu" jako wrażliwy i oddany lekarz podarowywał dementnym pacjentom chwilę prawdziwego życia. Za te trzy role dostał nominacje do Oscara. W „Buntowniku z wyboru" jako psychoterapeuta prowadził piękne rozmowy z młodym geniuszem, który nie mógł dać sobie rady z samym sobą. To był rok 1997 i jego pierwsza statuetka złotego rycerza, za najlepszą rolę drugoplanową. W „Jakubie kłamcy" Williams stawiał czoło holocaustowi mając za broń jedynie wyobraźnię i poczucie humoru. W filmie „Zdjęcie w godzinę" przekonał widzów, że potrafi stworzyć na ekranie przekonującą postać mordercy, w „Bezsenności" zagrał pisarza psychopatę.
— Kiedy po raz pierwszy dostałem propozycję zagrania czarnego charakteru spytałem producentów: „Czy jesteście pewni, że mogę przyjąć taką rolę?" — mówił mi w wywiadzie. — „Jasne" — odpowiedzieli z przekonaniem. Byłem zachwycony. Zdaję sobie sprawę, że seria czarnych charakterów to nowy rozdział w mojej karierze. I bardzo mi się to podoba. Ludzie myślą: „Williams? Taki sympatyczny, zabawny facet, który nie mógłby skrzywdzić nawet muchy". A tu proszę: gram mordercę!
Ale uwielbiany przez wszystkich - producentów, kolegów-aktów, a przede wszystkim widzów Robin Williams nie zawsze dawał sobie radę ze sobą.
— Wszystkim się wydaje, że gwiazdy żyją na rautach, otoczone wielbicielami i kochankami — powiedział mi. — A tymczasem często są zamknięte w swoich wizerunkach, zaszczute przez paparazzich.
Mówił o samotności. Walczył z nałogami. Z dna, na którym się znalazł wyciągnęła go kobieta — Marsha Garces była jego asystentką, potem producentką jego filmów. Pobrali się w 1989 roku. Mieli dwoje dzieci (z poprzedniego małżeństwa Williams miał jeszcze syna), ale ich małżeństwo rozpadło się w 2010 roku. Rok później aktor poślubił projektantkę Susan Schneider.
Williams bardzo ciężko przeżył śmierć swojego wielkiego przyjaciela Christophera Reeve'a. „Wtedy uświadomiłem sobie, że wszyscy jesteśmy śmiertelni. Ja też" — mówił. Przeszedł przed kilkoma laty operację serca. Trochę zwolnił tempo. Dzieci usamodzielniły się, próbował stworzyć sobie nowy świat. Lubił jeździć na rowerze, to go wyciszało i uspokajało. Ale on - człowiek sukcesu - cierpiał na depresję. Odszedł mając zaledwie 63 lata. Bo nie chciał już żyć.
„Był jedyny w swoim rodzaju. Potrafił poruszyć ludzką duszę. Sprawiał, że się śmialiśmy i płakaliśmy" — napisał po śmierci Williamsa prezydent Barack Obama. A Steven Spielberg powiedział tylko tyle: „Nie wierzę, że go już nie ma".
Jest na ekranie, gdzie przypomina czasem, że w duszy człowieka są ciemne zakamarki, ale przede wszystkim leczy swoich widzów śmiechem.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA