fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

T-Mobile Nowe Horyzonty 2014

Zimowy sen, reż. Nuri Bilge Ceylan
Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Zaczyna się wrocławskie filmowe szaleństwo. Jedną z pierwszych atrakcji jest „Zimowy sen" Ceylana - pisze Barbara Hollender.
Tegoroczny festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty otwierają nowoczesne i zwariowane „Dzikie historie" Damiana Szifrona. A zaraz potem publiczność obejrzy nagrodzony w tym roku canneńską Złotą Palmą film Nuri Bilge Ceylana „Zimowy sen". Roman Gutek, dyrektor festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, poleca
Turecki reżyser nie przyjedzie do Wrocławia, ale był gościem festiwalu w 2010 roku. Jest twórcą hołubionym przez krytyków i dyrektorów filmowych imprez. I ulubieńcem Cannes, które go wylansowało. W 1995 roku trafił tam jego krótki obraz „Kokon".
W 2002 roku wywiózł z Lazurowego Wybrzeża Grand Prix Jury za „Uzak", w 2006 roku nagrodę FIPRESCI za „Klimaty", dwa lata później laur za reżyserię „Trzech małp". Złotą Palmę mógł zdobyć w 2011 roku za „Pewnego razu w Anatolii", ale jurorzy przyznali mu kolejne Grand Prix. Podczas tegorocznej edycji Cannes zrehabilitowali się i Nuri Bilge Ceylan wpisał się do grona zdobywców Złotej Palmy. Zobacz galerię zdjęć

Ulubieniec koneserów

Kim jest ten 55-letni turecki reżyser? Niszowym artystą, za którym szaleją filmowi koneserzy? A może już klasykiem kina? I jaką szansę wśród szerszej publiczności mają jego toczące się w wolnym rytmie filmy?
– Nie mam wątpliwości, że jego twórczość to wciąż nisza – mówi Roman Gutek, który wprowadził na polskie ekrany kilka jego tytułów. – Ceylan należy do artystów cenionych przez krytyków, ale w kinach jego filmy ogląda po kilka tysięcy osób. Dzisiaj funkcjonuje cała grupa reżyserów, których dzieła istnieją głównie w obiegu festiwalowym. „Życie Adeli. Rozdział 1 i 2", też uhonorowane Złotą Palmą, miało mizerną widownię. Takie czasy. Trzeba robić swoje i wychowywać publiczność.
Pokaz trwającego trzy i pół godziny „Zimowego snu" na T-Mobile Nowych Horyzontach dla „wychowanej" publiczności będzie wydarzeniem. Ceylan filmuje przykrytą śniegiem wioskę w Kapadocji. Właściciel wykutego w skale hotelu jest niespełnionym aktorem i średnio spełnionym pisarzem. Obok niego żyją kobiety – dużo młodsza żona, coraz bardziej się od niego oddalająca, i niedawno rozwiedziona siostra. Reżyser powołuje się na inspiracje Czechowem, krytycy wymieniają też inne nazwiska – Dostojewskiego, Bergmana.
Kamera obserwuje bohaterów, podsłuchuje ich długie rozmowy na temat życia, wyznawanych wartości, dobra i zła. Podczas rozmów ludzie obnażają się, pokazują swoje słabości i skrywane rany, wyzwalają uczucia, jakie dotąd ukrywali, a przecież i tak nie potrafią powiedzieć głośno tego, co najważniejsze.
Ceylan zadaje pytania o moralność, o rolę inteligencji, ale też o odpowiedzialność za bliskich, o wartość pracy charytatywnej, o relacje między ludźmi zamożnymi i ledwo wiążącymi koniec z końcem.

O sobie i rodzicach

Reżyserem, jak twierdzi, został po przeczytaniu „Roman by Roman" Polańskiego. – Uzmysłowiłem sobie, jak wysoko może zajść człowiek bez zaplecza, po życiowych zakrętach i tragediach – mówi.
Sam pochodzi z niewielkiego miasteczka, do 17. roku życia jedyny kontakt ze sztuką miał przez komiksy. Ale gdy zdał do szkoły filmowej, miał już jasno skrystalizowane poglądy, co chce robić. Rzucił studia po dwóch latach, żeby stanąć za kamerą.
– Ludzie są szczęśliwi z bardzo prostych powodów i nieszczęśliwi z jeszcze prostszych – mówi Nuri Bilge Ceylan i w tym stwierdzeniu ukryte jest jego artystyczne credo. Miał 36 lat, gdy zadebiutował jako reżyser krótkiego „Kokonu", dopiero przed czterdziestką wziął się do fabuły. Zrobił „Miasteczko" o własnej rodzinie, a dwa lata później w „Chmurach w maju" krytycznie spojrzał na siebie: reżysera, który filmuje rodziców, nadużywając ich zaufania.
Pokazywał ludzi przegranych. W „Uzaku" fotografik ze Stambułu zrobił karierę zawodową, ale jego życie prywatne leżało w gruzach. Nie potrafił się z nikim porozumieć, podtrzymać żadnego związku. Podobnie jak wykładowca uniwersytecki z „Klimatów". ?W „Trzech małpach" Ceylan skupił się na współczesnej moralności. „Pewnego razu w Anatolii" było już arcydziełem. Opowiadając historię nocnej wyprawy, podczas której policjanci z domniemanym zabójcą szukają ciała ofiary, Ceylan dotyka meandrów i tajemnic życia. To był jeden z najbardziej intrygujących filmów ostatniej dekady na świecie.

Zaufanie do żony

Sam pisze scenariusze, reżyseruje je, montuje, czasem produkuje. Często opiera się na rodzinie. Największe zaufanie ma do żony – Ebru Ceylan jest współscenarzystką jego filmów, do „Trzech małp" przygotowała scenografię, w „Uzaku" i „Klimatach" też zagrała.
Filmy Ceylana są bardzo osobiste, podobnie zresztą jak innych twórców nowego kina tureckiego: Semiha Kaplanoglu czy Yesim Ustanoglu. To prawda, w tle jest rzeczywistość kraju zawieszonego między Europą i Azją, jednak przede wszystkim Ceylan pokazuje choroby XXI wieku – samotność, mijanie się ludzi. Przypomina w tym trochę Krzysztofa Kieślowskiego z czasów „Dekalogu".
– Nie chcę nikogo przekonywać ani niczego wyjaśniać – mówi. – Ja tylko obserwuję życie. Jak ktoś, kto patrzy na nieznajomą parę w kawiarni i zastanawia się, kim są ludzie siedzący przy stoliku obok, co ich łączy, jakie mają problemy.
A więc reżyser niszowy, klasyk czy mistrz? Ktoś, kto tęskni za chwilą wyciszenia i refleksji, da się pewnie uwieść jego nostalgicznym nastrojom. A w końcu artyści mawiają, że warto pracować, jeśli można dzięki sztuce zmienić życie choćby jednego człowieka.

Roman Gutek, dyrektor festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, poleca:

„Dzikie historie", którymi inaugurujemy festiwal, wnoszą do kina dużo świeżego powietrza. To czarna komedia, w której każdy odnajdzie własne przeżycia i namiętności. Gorąco polecam też „Lewiatana" Andrieja Zwiagincewa – świetny film, który w bezkompromisowy sposób kreśli obraz współczesnej Rosji, gdzie władza idzie w parze z Kościołem. Bardzo wysoko cenię dokument „Porwanie Michela Houellebecqa" – ciekawy melanż fikcji i dokumentu, w którym można się przyjrzeć jego bohaterowi jako człowiekowi i pisarzowi. A jednocześnie jest to satyra na media i świat celebrytów. Mamy również dużo filmów muzycznych, m.in. „Peter Gabriel – Back to the Front" – świetny zapis koncertu w londyńskiej O2 Arena. A spod serca chciałbym wyciągnąć „Moje siódme miejsce" – filmowy dziennik Borisa Lehmana, Szwajcara, który od lat mieszka w Belgii. Tytuł odnosi się do jego kolejnego mieszkania. Ten dokument trwa sześć godzin, ale Lehman przygląda się ludziom, miejscom. To film osobisty, skromny, delikatny. Bardzo piękny.—bh
 
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA