fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Czarne konie i Holandia

Robin van Persie strzela dla Holandii pierwszą bramkę na mundialu. To zdjęcie na zawsze zostanie w historii futbolu
AFP, Lluis Gene Lluis Gene
Holandia – Meksyk i Kostaryka – Grecja to pary w niedzielnych meczach. Faworyci niby są, ale tak jakby ich nie było.
Holendrzy rozpoczęli turniej od efektownego zwycięstwa nad Hiszpanią 5:1, które już w drugim dniu zatrzęsło mundialem i stało się początkiem agonii mistrzów świata. W dwóch kolejnych meczach tylko pilnowali swojego interesu, ale i tak wygrywali.
Australijczykom tylko przez chwilę wydawało się, że mogą z nimi nawiązać równorzędną walkę – skończyło się na 3:2 dla Holandii. Tylko Chile postawiło Pomarańczowym trudne warunki. Ale wychodząc na boisko, Holandia miała już awans zapewniony, więc nie musiała rzucać do walki wszystkich sił. Mimo to zwyciężyła 2:0.
Holandia jest jedną z czterech reprezentacji, które wygrały wszystkie trzy mecze. Poza nią sztuki tej dokonały jeszcze Argentyna, Kolumbia i Belgia.
Holendrzy robili bardzo dobre wrażenie we wszystkich meczach. Trudno się w ich drużynie doszukać słabych punktów. Arjen Robben i Robin van Persie strzelili już po trzy bramki, Wesley Sneijder i Nigel de Jong rządzą w środku boiska.
Najmniej doświadczona linia obrony, złożona przede wszystkim z młodych piłkarzy holenderskich klubów, też spisuje się bardzo dobrze. Jej gwiazdą stał się niespodziewanie lewy obrońca, 24-letni Daley Blind, po którego podaniach padły trzy bramki. Jego ojciec, Danny, był podporą Ajaksu i reprezentacji. Teraz zajmuje miejsce na ławce jako asystent trenera Louisa van Gaala.
Przed czterema laty Holandia dotarła do finału mundialu. Grała skutecznie i czasami nazbyt ostro. De Jong wyróżniał się atakami, które na ulicy zaprowadziłyby go do więzienia. Przez ten czas nie stał się łagodnym barankiem, ale wyróżnia się nie brutalnością, lecz skutecznością.

Zagadka Meksyku

Holandia Louisa van Gaala, który po mundialu rozpocznie pracę w Manchesterze Utd., spotyka się z Meksykiem. O ile w Holandii wszystko podczas eliminacji (dziewięć zwycięstw w dziesięciu meczach) i przed mundialem było zapięte na ostatni guzik, o tyle w Meksyku nic. „El Tri" dostali się na mistrzostwa kuchennymi drzwiami, w wyniku niezwykle szczęśliwego zbiegu okoliczności. Zadecydowały o tym dwie bramki strzelone Panamie przez Amerykanów w doliczonym czasie, co przesunęło Meksyk na czwarte miejsce. Do tej pory wiodło mu się tak, że trzykrotnie zmieniano trenera. Czwartego – Miguela Herrerę na mecze barażowe z Nową Zelandią, wypożyczyli z klubu America. W dwumeczu Meksyk wbił Nowej Zelandii dziewięć goli i trener został na stałe.
Kiedy w pierwszym meczu Meksykanie pokonali 1:0 Kamerun, można to było przyjąć jako miłą niespodziankę. Ale to, co wydarzyło się cztery dni później w Fortalezie, to już była sensacja, o której mówił świat. Meksyk zremisował z Brazylią 0:0, bramkarz Guillermo Ochoa bronił jak Jan Tomaszewski na Wembley i stał się bohaterem narodowym. Nic dziwnego, skoro na mecze reprezentacji przychodzi na stadion Azteków w Ciudad Mexico po 100 tysięcy ludzi, a piłką żyje 100 milionów.
Meksykanie pokonali w trzecim meczu Chorwację 3:1, nie dając czasu jej piłkarzom na głębszy oddech. Sygnał do ataku dał golem 35-letni były gracz Barcelony Rafael Marquez, który ustanawia właśnie szczególny rekord: jest kapitanem reprezentacji na czwartym mundialu z rzędu. I nim się Chorwaci zorientowali, stracili dwie kolejne bramki.
Gdy ma się w ataku Brazylijczyka z pochodzenia Giovaniego dos Santosa (Villarreal) czy Oribe Peraltę (Santos Laguna Torreon), to można realnie myśleć o zwycięstwach. Tyle że Holandia to bardzo wysokie progi.

Pogromca faworytów

Kostarykanie zaczęli od efektownego zwycięstwa nad Urugwajem 3:1 i wysoką formę utrzymali. Drugą ich ofiarą były Włochy (1:0). W trzecim meczu, z Anglią, wystarczyło utrzymać remis, co też się udało (0:0). Kilkanaście dni temu mało znani piłkarze (chociaż eliminacje w strefie CONCACAF zakończyli przed Hondurasem i Meksykiem, dali się wyprzedzić jedynie Amerykanom), dziś stawiani są za wzór.
22-letni Joel Campbell, wypożyczony z Arsenalu do Olympiakosu Pireus, jest jednym z najefektowniej grających napastników. Bryan Ruiz (PSV Eindhoven) również, a bramkarz Levante Keylor Navas może kandydować do tytułu najlepszego golkipera turnieju. To już zupełnie inna Kostaryka niż ta, którą w roku 2006 na mundialu w Niemczech Polska pokonała w meczu „o honor".

Duch herosów

Niezwykła seria Kostaryki może trwać, bo Grecja, która stanęła na jej drodze, to teoretycznie jedna z najsłabszych drużyn, jakie awansowały do rundy pucharowej. Grecy zaprezentowali jednak wyjątkowy hart ducha. Kiedy w premierowym meczu po słabej grze ulegli Kolumbii 0:3, nawet we własnym kraju trudno było im znaleźć optymistów. Tym bardziej że atmosfera porażki przeniosła się do szatni i na treningi. Między zawodnikami doszło do rękoczynów, a jeden chciał nawet na własny koszt wrócić do domu. Ostatecznie konflikt zażegnano, atmosferę poprawił nieco bezbramkowy remis z Japonią.
Decydujący mecz, z Wybrzeżem Kości Słoniowej, zaczął się dla Greków fatalnie. Już w pierwszej połowie stracili po kontuzjach dwóch piłkarzy. Los uśmiechnął się do nich dopiero w ostatniej minucie. Giorgios Samaras wykorzystał rzut karny i pierwszy raz Grecja znalazła się w fazie pucharowej mundialu.
W Atenach uważają, że dopiero teraz piłkarze zaczną grać tak jak w roku 2004, kiedy zostali mistrzami Europy. Wtedy też nikt na nich nie stawiał.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA