fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Uchylone drzwi do wolności

Bogusław Chrabota
Fotorzepa, Tom Tomasz Jodłowski
Mam świadomość, jak trudno dzisiaj się wczuć w atmosferę tamtego 4 czerwca.
Ćwierć wieku, jakie minęło od wyborów z roku 1989, nie tylko zatarło większość wspomnień, ale – co najważniejsze – nałożyło na tę datę perspektywę późniejszych wydarzeń, w których  świetle musi mocno blaknąć splendor tamtych czerwcowych dni.
Może nawet lepiej pamięta się to, co wcześniej: Polskę wymęczoną stanem wojennym ?i masową emigracją. Poczucie goryczy porażki i braku elementarnych perspektyw, które osłabiały wiarę w przyszłość kraju. Ilu z nas zadawało sobie wtedy pytanie ?o sens pozostania w PRL, pod której maską kryła się kochana ojczyzna, ale która zarazem ?po wschodniemu śmierdziała trupem rozkładającego się komunizmu.
Pierwsza „Solidarność" była już tylko przeszłością. Klęska strajków z maja 1988 roku zdawała się potwierdzać, że epigoni „karnawału" nie mają sił i skazani są na porażkę. To był trudny moment. Wiedza, że coś się dzieje pod skórą systemu, że ludzie „Solidarności" rozmawiają z reżimem, była dostępna tylko bardzo niewielkiej grupie działaczy. Skąd mieliśmy wiedzieć, że nadchodzi zmiana? Gorbaczowowską pieriestrojkę i głasnost traktowaliśmy jako chwilową odwilż, jedną z tych, które przez krótki moment wietrzą barak komunizmu.
Zaczęły się kolejne wyjazdy ?z kraju. Także piszący te słowa spakował plecak i wylądował w Paryżu bez przewidywanej daty powrotu. A jednak wróciłem. Inspiracją był telefon z Polski ?o planie debaty telewizyjnej między Wałęsą i Miodowiczem. Takiego znaku opatrzności nie można było przegapić. Spakowałem plecak i w 24 godziny byłem na dworcu w Krakowie.
Potem wszystko potoczyło się już naprawdę szybko. Szara Polska powoli się budziła. ?Do ludzi docierały sygnały ?o rozmowach i jakiejś kompletnie nieokreślonej perspektywie wyprowadzenia opozycji z podziemia. W środowiskach niezależnych towarzyszyła temu dyskusja o granicach wiarygodności komunistów.
4 czerwca mieliśmy najwyżej nadzieję na powtórkę z karnawału 1980 roku. Trudno było sobie wyobrazić więcej
Byli tacy, w moim najbliższym otoczeniu mieli lekką przewagę, którzy byli przeciwni wszelkim rozmowom z „czerwonymi". Nie wierzyli w dobre intencje ekipy Jaruzelskiego. Zaproszenie do rozmów dla ludzi „Solidarności" tłumaczyli sobie dyspozycją Kremla, tragiczną sytuacją gospodarczą, na dodatek dość podłym pomysłem reżimu, by odpowiedzialność za klęskę ekonomii realnego socjalizmu przerzucić na ekipę Wałęsy. Mało kto zwracał wtedy uwagę, jak poważną skazą na socjalistycznej ortodoksji PRL były właśnie ogłoszone rynkowe reformy rządu Rakowskiego.
Powoli zbliżał się czerwiec. Rodził się ruch komitetów obywatelskich. Młodzież akademicka, a więc moi rówieśnicy, wraz  z młodymi robotnikami z huty tworzyła trzon kampanii wyborczej. Plakaty „Solidarności" można była rozwieszać już za dnia. Co prawda esbecy krążyli jak sępy wokół „straganów" wyborczych Komitetu Obywatelskiego, ale tym razem można było śmiać się im bezczelnie w oczy.
Świetnie pamiętam, jak za każdym razem, kiedy smutni panowie w prochowcach podchodzili do naszego solidarnościowego „straganu" na krakowskim Rynku, podkręcałem potencjometr wzmacniacza, by „Obława" czy „Mury" Kaczmarskiego brzmiały jeszcze głośniej. Esbecy wyraźnie się wkurzali, a nas cieszyło, że tym razem nic nie mogą zrobić.
Pierwsze dni czerwca były słoneczne. Oklejone biało-czerwonymi plakatami Kraków, Gdańsk, Warszawa, Wrocław pachniały wolnością. Dziś zastanawiam się: skąd ten zapach? Przecież imperium istniało jeszcze w stanie nienaruszonym. Komunizm trzymał się mocno nie tylko w Moskwie, ale także w Berlinie, Pradze, Budapeszcie, Bukareszcie. W Polsce stacjonowały setki tysięcy sowieckiego wojska. Komuniści dysponowali aparatem państwowym, armią, bezpieką, pieniędzmi.
W co wierzyliśmy? Czego intuicją był 4 czerwca? Czy aby niepodległego państwa? Mało kto miał takie nadzieje. Chodziło o uchylenie drzwi do wolności. Próbę odbudowy ducha pierwszej „Solidarności". Nadzieję na powtórkę z karnawału. Trudno było sobie wyobrazić więcej. A jednak powietrze pachniało wolnością. Wszak ledwie skończył się maj. To była jeszcze wiosna.
Cały dzień wyborów spędziłem jako mąż zaufania „Solidarności" w lokalu wyborczym ?w Nowej Hucie. Przyszedłem pierwszy, wyszedłem ostatni. Patrzyłem na ręce członkom komisji wyborczej z taką uwagą, że aż się trzęśli. Liczyłem głosy trzy razy. Oszustw się nie doszukałem. A potem, po podaniu wyników wyborów, był już tylko entuzjazm. Radość z niespodziewanego sukcesu i powoli narastające poczucie, że zaczyna wiać wiatr historii, który może ponieść nas dużo dalej, niż sięgały nasze marzenia.
Taki był 4 czerwca, który pamiętam. W którym uczestniczyłem. I który dziś tak właśnie rozumiem. Otwierał drzwi wolności. Po raz pierwszy w historii PRL wprowadzał realne przedstawicielstwo opozycji w sferę instytucjonalną państwa. To był początek. Nasz początek. A ich koniec.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA