Świat

Rzeź w centrum ukraińskiej stolicy

AFP, Bulent Kilic Bulent Kilic
Dziesiątki zabitych, setki rannych. Lekarze: do tłumu strzelali snajperzy.
Korespondencja z Kijowa
Wczesnym rankiem, po względnie spokojnej nocy, służby siłowe zaatakowały barykady na Majdanie. Strona rządowa złamała obietnicę o zawieszeniu broni, złożoną poprzedniego wieczora liderom opozycji. Doszło do zwarcia, które wygrali obrońcy Majdanu. Rządowe jednostki rzuciły się do ucieczki, ludzie ruszyli za nimi. Wtedy zaczął się prawdziwy koszmar. Do protestujących, którzy pobiegli ulicą Instytucką, milicja otworzyła ogień. Nad Majdanem unosił się krzyk rannych i tych, którzy w szoku nieśli martwe ciała. Milicja nie szczędziła nikogo – strzelała do protestujących i do sanitariuszy. Młoda dziewczyna ze służb medycznych została postrzelona w szyję. Wyniesiono ją z placu boju, gdy broczyła krwią.
Strzały padały również w stronę ludzi, którzy starali się zabrać ciała zastrzelonych. Ostra amunicja przebijała tarcze protestujących, którzy chcieli chronić wynoszących martwych. Jeden z uczestników wydarzeń opowiadał mi, że widział śmierć młodego chłopaka, który osłaniał ?ich tarczą. Sam w tym czasie niósł ciało trafionego prosto w głowę 19-letniego chłopca. Z dala od pierwszej linii walk, koło Lackiej Bramy, znoszono zabitych. W milczeniu, ze łzami w oczach, okrywano kolejne ofiary brutalności ukraińskich władz flagami państwowymi. Wśród zabitych znaleźli się m.in. student z Ługańska oraz wykładowca lwowskiego Ukraińskiego Katolickiego Uniwersytetu. Ludzie ze wschodu i zachodu Ukrainy, którzy razem wyszli walczyć o przyszłość swojego kraju. Później lekarze, z którymi rozmawiałem, potwierdzili, ?że do tłumu strzelali wyszkoleni snajperzy. Wielu ludzi zginęło od precyzyjnych strzałów w lewą skroń lub lewe oko. Spirala przemocy ruszyła. Z całego terytorium Ukrainy do stolicy dojeżdżają posiłki. Wbrew obawom, w obręb miasta bez problemów wpuszczone zostały nawet autobusy z ludźmi ze Lwowa. Po porannych zdarzeniach Kijów zamilkł. O ile wcześniej już zaledwie parę metrów od barykad toczyło się normalne życie, o tyle teraz ulice są opustoszałe. Kolejne sklepy, restauracje i kawiarnie są zamykane. W niektórych właściciele zdecydowali się nawet na zabranie mebli, akcesoriów, produktów. W odbitych budynkach trwały nerwowe poszukiwania elementów, które mogłyby posłużyć walczącym do budowania barykad. Na wagę złota są także leki i środki opatrunkowe, wynoszone są ubrania, karimaty, śpiwory. Trwała pełna mobilizacja. Przed budynkiem odbitego Pałacu Październikowego, którego podłoga jest pełna krwawych kałuż, spotykam 39-letniego Dimę. Mieszka w Kijowie, z zawodu jest projektantem. Parę minut wcześniej gasił pożar, teraz pomaga przy budowaniu barykad. Ponuro żartuje, że już nie projektuje mebli, tylko zastanawia się, jak je ułożyć, by stanowiły jak największą przeszkodę dla milicji. Hełm, pałkę i tarczę przywdział dzień wcześniej, po wtorkowej rzezi dokonanej przez władze. Jak sam mówi, teraz już nie ma nad czym się zastanawiać – trzeba walczyć o życie. Inaczej władze zniszczą wszystkich. Koło innego z zajętych budynków, Ukraińskiego Domu, gdzie mieści się również Muzeum Historii Kijowa, regularnie podjeżdżały samochody Automajdanu z pakunkami dla walczących. Stamtąd bowiem rzeczy zanoszone są na barykady na Hruszewskiego i Chreszczatyku. W drogę powrotną ludzie zabierają eksponaty, które ocalały po dewastacji dokonanej najpewniej przez żołnierzy wojsk wewnętrznych. Wprost do bagażników samochodów Automajdańców wkładają je zwykli ludzie, jak i pracownicy muzeum. Każdy chce pomagać i tę solidarność oraz potrzebę czynu, chęć wsparcia widać na całym Majdanie. Każdy robi to, co może. Przenosi cegły, rąbie drewno, a wielu... sprząta. Kilka godzin po odbiciu placu uprzątnięto większą jego część z resztek spalonych opon, drewna, kamieni. Prócz samochodów Automajdanu, obok Ukraińskiego Domu w oczy rzuca się grupa młodych lwowian w pełnym rewolucyjnym ubiorze. Kaski, kamizelki, ochraniacze i tarcze zdobyli dzień wcześniej, po tym jak mieszkańcy Lwowa zajęli kilka budynków służb porządkowych w ich mieście. Teraz chłopcy malują swoje tarcze na czarno, gdyż jak tłumaczą, w nocy nie odbijają one tak światła i nie zwrócą na siebie uwagi snajperów. Jednym z malujących jest 24-letni Taras, absolwent ekonomii, który ostatnio zarabiał jako kelner. Jak sam zauważa, odczuwa strach, ale nic go nie powstrzyma. Bo już nie ma innego wyboru. – Mam tylko nadzieję, że nasza walka nie pójdzie na marne - mówi. Wraz z nim do Kijowa przyjechali studenci, pracownicy korporacji, inżynierowie. Wszyscy gotowi do walki do końca. Patrząc na tych wszystkich chłopców i mężczyzn nie sposób już nazywać ich dalej protestującymi. To najprawdziwsi powstańcy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL