fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

PiS w lizbońskim ślepym zaułku

Jarosław Kaczyński, klucząc w sprawie ratyfikacji traktatu, ryzykuje marginalizację swojej partii – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Nie sposób zliczyć, ile już razy obwieszczano powstanie partii Radia Maryja. Nie powinno to dziwić; jej istnienie byłoby spełnieniem marzeń salonu. Bez wątpienia bowiem okazałaby się ugrupowaniem bardzo radykalnym nie tylko w poglądach, ale przede wszystkim w stawianiu najwyższych wymagań partnerom potencjalnych kompromisów.
[srodtytul]Kto zasługuje na pobłażliwość[/srodtytul] Pobieżna nawet obserwacja mediów związanych z toruńskim redemptorystą pozwala zauważyć, że obowiązuje w nich zasada: wszystko, co inni chwalą, my ganimy, która każe tępić nie tylko liberałów czy zwolenników Unii Europejskiej, ale także Harry’ego Pottera, Czesława Miłosza czy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Nie każdy jest traktowany z równą surowością (np. Andrzejowi Lepperowi nikt nie wypominał kontaktów z prostytutkami), ale to, kto zasługuje na pobłażliwość, a kto ma być rozliczany najsurowiej, zależy wyłącznie od uznania ojca dyrektora.
[wyimek]Referendum w sprawie traktatu jest na rekę najwyżej „Naszemu Dziennikowi” i „Gazecie Wyborczej”. Ale po co to rozwiązanie forsuje Jarosław Kaczyński?[/wyimek] Postulowana partia Radia Maryja nie miałaby więc żadnej zdolności koalicyjnej – raz, że sama trwałaby w pryncypialnym sprzeciwie wobec wszystkich, a dwa, że szybko zabrnęłaby w takie hasła, że każdy, kto by do niej wyciągnął rękę, byłby zdyskredytowany w oczach większości elektoratu. Taka partia więc nie tylko zablokowałaby te, powiedzmy, 10 procent głosów, które inaczej wzmocniłyby jakąś inną formację prawicową, ale też związałaby umiarkowanej prawicy ręce. [srodtytul]PiS odesłany w niebyt[/srodtytul] Powtórzyłby się w Polsce scenariusz, który swego czasu z wielkim sprytem realizował Francois Mitterrand, wzmacniając Le Pena – socjaliści zawsze mogli wejść w sojusz z komunistami, natomiast centroprawica, czujnie pilnowana przez media, o żadnych porozumieniach z „faszystami” nie mogła nawet pomyśleć, była więc przez długie lata systematycznie ogrywana, bez względu na to, ile zdobyła głosów. Są tacy – jak rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski – którzy uważają, że ze względu na znaczenie traktatu najlepszym rozwiązaniem byłoby referendum. Wydaje się jednak, że inne motywy przyświecają „Naszemu Dziennikowi” i „Gazecie Wyborczej”, którym takie rozwiązanie dałoby okazję do umeblowania na nowo sceny politycznej. Referendum bowiem polaryzuje stanowiska. Z jednej strony wystąpiłaby PO (marginalizując przy okazji PSL i lewicę), wzywając do ratyfikacji, z drugiej zaś… właśnie, kto? Raczej nie Jarosław Kaczyński, który ma kłopoty z przełożeniem swojego „za, a nawet przeciw” na język zrozumiały dla prostego wyborcy. Na drugim biegunie stanęłyby więc jakieś komitety przeciwko targowicy obwieszczające traktat zdradą narodową. I byłyby dla przeciwników ratyfikacji bardziej wiarygodne niż Kaczyńscy, którzy sami tę „targowicę” wynegocjowali i jeszcze się upierali, że jest sukcesem. Przekształcenie tych komitetów w partię, która odesłałaby PiS w niebyt, tak samo jak swego czasu PiS odesłał AWS, byłoby już tylko kwestią czasu. [srodtytul]Po co to Kaczyńskiemu[/srodtytul] Jeszcze kilka tygodni temu, mimo wszystkich problemów Kaczyńskiego, perspektywa jego całkowitej marginalizacji wydawała się nierealna. W tej chwili tak nie jest; prezes PiS wmanewrował się w ślepy zaułek i nie ma już dobrego wyjścia. Albo otworzy drogę nowej partii, zajmującej skraj sceny politycznej i oddającej całą jej resztę PO, albo, by się ratować, zajmie ten skraj sam i okopie się na nim, z tym samym długofalowym skutkiem. Rozumiem doskonale, dlaczego na rzecz powstania własnej partii działa „Nasz Dziennik”, rozumiem, dlaczego wiodący do tego scenariusz wspiera „Gazeta Wyborcza”, rozumiem, że to się podoba Platformie. Ale co kierowało Jarosławem Kaczyńskim, nijak pojąć nie mogę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA